"The Art of Flight" - recenzja

Film Curta Morgana powstał w 2010 roku i pokazuje wyczyny grupy snowboarderów w najdzikszych ostępach naszej planety. Jako lokalizacje posłużyły m.in.: Alaska, Kolumbia Brytyjska, Chile, Patagonia oraz Jacksons w USA. Promowany jest jako "sportowy film akcji". Nie wiem czy istnieje taka kategoria filmów. Na pewno jest to film. Jest też w nim mnóstwo akcji. I zdecydowanie opowiada o sporcie. Więc może tak?

Pozwolę sobie opisać ten film z dwóch różnych perspektyw. Na początku po prostu jako zwykły widz. Muszę przyznać, że momentami siedziałam naprawdę z szeroko otwartą buzią, wbita w fotel i absolutnie pozytywnie zszokowana tym, co widziałam na ekranie. To było niesamowite, nieprawdopodobnie widowiskowe, wbijające w fotel.

Film posiada wszystko, czego możemy sobie zażyczyć. Piękną i nietkniętą ludzką stopą przyrodę, wspaniałe widoki, dzikie zwierzęta no i oczywiście podniebne ewolucje na snowboardzie. Wyniesione na iście podniebny (dosłownie i w przenośni) poziom. Dodatkowo jest perfekcyjnie sfilmowany. Czegóż więcej można chcieć, zapytacie? Fanom i zapaleńcom prawdopodobnie wystarczy a może nawet będzie za mało. LUKAS NAZDRACZEW/Lukas Nazdraczew

Jeżeli jednak włączymy na chwilę chłodną analizę i spróbujemy opisać film jako krytyk - recenzent?

Po pierwsze rzuca się w oczy brak fabuły. Być może nie jest ona konieczna ale jakiś pomysł na klamrę, na spięcie scenariusza chyba jednak by się przydał. A tak mamy po prostu grupę ludzi, która wsiada do helikoptera, leci a następnie zjeżdża z góry. I tak kilka razy, w różnych lokalizacjach. Ciekawie robi się jedynie, kiedy jeden z nich ma wypadek.

Po drugie czas trwania. Dla zwykłego zjadacza chleba film jest zdecydowanie za długi. Półtorej godziny w miarę jednostajnego wideoklipu, bo do tego w gruncie rzeczy film się sprowadza, do serii efektownych ujęć i obrazków; to jednak zbyt wiele. Od realizacyjnej strony nic filmowi zarzucić nie można. Nakręcone to jest perfekcyjnie a zwolnione ujęcia robią naprawdę oszałamiające wrażenie. Przez pierwsze pół godziny. Potem zaczynają nużyć.

Na koniec jedna refleksja. Mi najbardziej podobał się fragment w rodzinnej miejscowości Travisa w Jackson. Wcześniej była Alaska i Ameryka Południowa (Chile). Piękne widoki, dzika zwierzyna (niedźwiedzie, konie, orły), niebezpieczne momentami ostępy. A prawda jest taka, że wystarczą dwie rzeczy. Śnieg i deska. Oraz oczywiście odpowiedni ludzie. Nie trzeba moim zdaniem jechać na kraj świata. Ta część filmu jest najbardziej energetyczna. Widać, że oni się bawią, że są w swoim żywiole. I te emocje, które są szczere i prawdziwe, których nie można udać czy oszukać; są największą wartością tego filmu. W tym fragmencie widać czystą i niewysłowioną radość do sportu. Nie chęć pojechania gdzieś, gdzie jeszcze nikogo nie było a czystą, prostą i piękną miłość do snowboardu. I tym na pewno twórcy filmu wygrywają. Szczerością.

Wywiad ze Stanisławem Karpiel - Bułecka

Podyskutuj z nami na www.facebook.com/kochamnarty?ref=ts

Anna Chodkiewicz

PS. Nie można nie wspomnieć, że film powstał dzięki wsparciu firm Quicksilver i RedBull

Czytaj także