Na narty do... Australii

Australia to kraj niezachodzącego słońca, upały dochodzą do 50 stopni ciepła, biegają kangury, misie koala leniwie obgryzają drzewa eukaliptusowe,ludzie ?smażą? się na plażach lub pływają na surfingu, a w lasach tropikalnych śpiewają papugi. Taki obraz tej części świata jawi się przeciętnemu Europejczykowi

Jak niemal każdy turysta odwiedzający Australię, swoją przygodę w poznawaniu kontynentu rozpocząłem od zwiedzania środka. Przemierzyłem tysiące kilometrów płaskich przestrzeni, by móc dotrzeć do świętej góry aborygenów Ayers Rock. Obraz pozostał jeden: słońce, pustynie, czerwony piach.

Niewyobrażalna susza, ziemia zniszczona od słońca. Brak deszczu od lat na pustkowiu kreuje krajobraz niczym z Marsa. Jadąc dalej na zachód dotarłem do Rafy Koralowej i pięknych plaż południowo-zachodniej Australii. Raj dla żeglarzy, płetwonurków, surferów, wszystkich miłośników sportów wodnych.

Wydawałoby się, że na tym kontynencie panuje wieczne lato, że tak jest prawie przez cały rok. Jednak jest czas gdzie przychodzi w góry zima...

W Alpach Australijskich w okresie od czerwca do końca sierpnia (czyli dokładnie w czasie europejskiego lata) pada śnieg i to wcale nie na małej przestrzeni. Pasmo górskie rozpościera się na długości 320 km, pokryte śniegiem, góry zatem są większe niż cała Szwajcaria! Trudno sobie wyobrazić białe szczyty przekraczające wysokość 2000 m n.p.m., gdzie już kilkaset kilometrów dalej na północ zaczynają się pustkowia czerwonej ziemi, miejsca gdzie kręcono m.in. futurystyczny film Mad Max. Taka właśnie jest Australia - kraj wielkich kontrastów natury.

Alpy Australijskie dla mnie, zapalonego narciarza, szusowanie w tak egzotycznych warunkach było od dawna marzeniem. Chciałem zjechać na nartach z najwyższego szczytu kontynentu -Góry Kościuszki. Miało to być kolejne wyzwanie w pokonywaniu najwyższych gór świata na nartach. Chciałem też spędzić tydzień w największym ośrodku Australii, Thredbo -120 km tras narciarskich brzmiało całkiem nieźle.

Nie oczekując zbyt wielkich mrozów i intensywnych opadów śniegu, wraz z dwójką znajomych, zdecydowałem się 17 lipca wyruszyć z Sydney ok. 500 km na północ przez Canberrę w Alpy Australijskie. Wypożyczyliśmy duży samochód, w którym zamierzaliśmy spać. Jadąc w górzystym terenie dotarliśmy ok. 5 rano do miasteczka Thredbo.

Już na początku uświadomiłem sobie, że samochód jako mieszkanie nie był najlepszym pomysłem, ponieważ temperatura na zewnątrz spadła do ok. -7°C! Samochody na parkingu pokryte były warstwą świeżego puchu. Taki klimat bardzo poprawił mi samopoczucie, może jednak narciarstwo w Australii jest możliwe!? Mój sceptycyzm opadł zupełnie, kiedy o świcie wyszło słońce i odsłonił się przepiękny widok - białe szczyty dookoła! Od 8.30 ruszyły wszystkie wyciągi. Tłumy narciarzy zaczęły szturmować dolną stację wyciągu o swojsko brzmiącej nazwie Kościusko Express. Widok z krzesełka był wielce oryginalny, ponieważ pode mną przesuwały się drzewa eukaliptusowe całe pokryte śniegiem! Podobno podchodzą tu czasem kangury. W budynku stacji widziałem zdjęcia jak skaczą na śniegu, liczyłem, że i mnie uda się zrobić podobne zdjęcie.

Po kilku przesiadkach dotarłem do najwyższego punktu w Australii, do którego można dotrzeć wyciągiem - 2038 m n.p.m. Całkiem wysoko. Zaskoczyła mnie wielkość ośrodka, nowoczesna infrastruktura narciarska, oraz ilość kilometrów tras dobrze przygotowanych. Najdłuższy zjazd ma 5,9 km, Dzięki pięciu kamerom zainstalowanym w górach można śledzić w Internecie warunki panujące na stokach 24 godziny na dobę (www.thredbo.com.au). Dwa dni w tygodniu możliwa jest jazda nocna przy sztucznym świetle.

Na jeden dzień słońce zaszło i temperatura spadła do -11 stopni, wiał silny wiatr, a śnieżyca umożliwiała widoczność jedynie na 10 metrów. To znak, że nawet w niewysokich górach załamanie pogody może być niebezpieczne. Wejście na najwyższy szczyt Australii trzeba było odłożyć na pewną pogodę. Kilka dni poświęciłem na jazdę poza wyratrakowanymi trasami. Był świeży puch i mało ludzi, czyli to, co we freeride najpiękniejsze. Przygotowywałem się, aby ostatniego dnia zjechać z Góry Kościuszki.

Góra Kościuszki Niebo od początku dnia było bezchmurne, wiał w prawdzie wiatr, ale pogoda miała być słoneczna. Nie zabrałem ze sobą żadnego tour'owego i alpinistycznego sprzętu, zwykły zestaw (twarde buty Salomon Xscream i narty Beta carve Atomic 10.11). Góra nie jest wyzwaniem wspinaczkowym, ani tak ekstremalnym, żeby jechać na krawędzi wypadku - to raczej była piękna wędrówka po bezludnych górach wśród zimowej scenerii.

Wybrałem dłuższy wariant podejścia na szczyt, po kilometrowych lodowych płaszczyznach musiałem dostać się do podnóża góry. Mijając wielkie białe przestrzenie cały czas nie mogłem się nadziwić ile tu śniegu. W połowie drogi natrafiłem na małe schronisko z wmurowaną pamiątkową tablicą, mówiącą, że w 1997 roku 4 snowboardzistów zginęło w tym rejonie. Hmm...

Okrążając jeden dwutysięcznik, jeszcze około 3 kwadranse zajęło mi, aby stanąć na szczycie 2228 m n.p.m. Z wierzchołka rozpościerał się przepiękny widok, przypominający nasze polskie Karkonosze (no, może trochę większe) przysypane po horyzont śniegiem. Góry, białe góry... Po pół godzinie dotarł na szczyt miejscowy przewodnik narciarski, z którym rozmawiałem m.in. o tym jak polski podróżnik Edmund Strzelecki odkrył najwyższy szczyt Australii i nazwał go - jak to śmiesznie wymawiają Australijczycy - Mount "Koziosko". Zrobiłem kilka pamiątkowych zdjęć i czas było zjeżdżać.

Zjazd był bardzo przyjemny, dobre podłoże i dość zmrożony śnieg umożliwiał jazdę długim carvingowym skrętem.

Wracając do Sydney miałem wrażenie, że cały czas byłem w znajomych górach: podobny krajobraz, tłumy narciarzy, miasteczko jak każdy alpejski kurort, knajpki, ratraki, skibusy, cały ten europejski zgiełk... Ale po dziesięciu kilometrach od Thredbo, przy drodze zobaczyłem znak drogowy: "Uwaga, kangury!".