Les Diablerets: narciarski sabat

Ponoć czarownice zlatywały tu na sabat, a diabły grały w kręgle. To im Les Diablerets zawdzięcza nazwę i symbol - grającego na flecie diabełka.

Les Diablerets (1150 m n.p.m.) to niewielkie miasteczko w Alpach Waadtlandzkich, w katonie Vaud, z drewnianymi domami o spadzistych dachach i kościółkiem z pobieloną, strzelistą wieżą. Góruje nad nim szczyt o tej samej nazwie wysoki na 3209 m. Tuż obok lodowiec Tsanfleuron, co w dawnym dialekcie znaczy "kwitnące pole". Jedna z legend głosi, że dawno temu, za sprawą okrutnego występku miejscowego pasterza, piękne, ukwiecone pastwiska na Tsanfleuron zamieniły się w lodową pustynię. Dziś to miejsce zwie się Glacier 3000 - w najwyższym punkcie lodowiec ma dokładnie 3000 m.

By się nań dostać, jadę skibusem do stacji kolejki linowej w Col du Pillon (1546 m), tuż za Les Diablerets. Ale można też wjechać z Reusch (1350 m). Wagonik w zawrotnym tempie wspina się ponad miasteczko. W dole kultowa, bardzo trudna czarna trasa zjazdowa, na którą już za rok poprowadzi wyciąg. Kolejka mija o włos pionową, chropowatą skałę z zamarzniętym wodospadem (gratka dla amatorów ice climbingu). Obok biegnie via ferrata ("żelazna droga") - trudny wspinaczkowy szlak, którego pokonanie ułatwiają wbite w skałę metalowe uchwyty, drabinki i lina poręczowa.

W pośredniej stacji kolejki Cabane (2525 m, rok temu zorganizowano tu zawody w skokach base jump z gondoli zawieszonej nad przepaścią) przesiadam się do drugiego wagonika. W dole sterczą ze śniegu poszarpane skały...

Końcowa stacja kolejki przypomina kształtem diabli dwuząb (zaprojektował ją szwajcarski architekt Mario Botta). Są tu dwie restauracje i taras widokowy. Na lodowcu czekają wyciągi krzesełkowe, orczyki oraz łatwe, szerokie nartostrady. Na dół, do stacji kolejki w Reusch, prowadzi trudniejsza, 14-kilometrowa, czerwono-czarna trasa.

Niestety, dzisiaj nici z nart - strasznie wieje, w powietrzu śmigają kłujące bryłki lodu. Ciężko iść, a co dopiero zjeżdżać na nartach. Ale można przejechać się śnieżnym busem, który wygląda jak ratrak z miejscami siedzącymi (godzinna wycieczka 12 franków szwajcarskich).

Na wygładzonych stokach nie ma żywej duszy. Zatrzymujemy się na skraju lodowca, tuż obok szczytu Les Diablerets (3209 m n.p.m.). Przed nami na horyzoncie majestatyczny Mont Blanc, za nim francuska część Alp. Po lewej stronie widać charakterystyczny, zaostrzony kieł - Matterhorn. Ruszamy w jego kierunku. Przed nami wyrasta samotna skała w kształcie ogromnej kolumny. To Quille du Diable, czyli Diabli Kręgiel. Ciskanie weń głazami było ponoć ulubioną zabawą tutejszych diabłów. W dawnych czasach były one postrachem mieszkańców doliny. Spadające skały, lawiny, wiatr hulający wśród szczytów i wszelkie nieszczęścia brano za oznaki ich bliskiej obecności.

Dziś mieszkańców Les Diablerets chroni nowoczesny system przeciwlawinowy. A u stóp Quille du Diable stoi obite srebrną blachą, przypominające stację kosmiczną schronisko Refuge l'Espace.

Wiatr nie zelżał ani trochę, więc wracam kolejką do Les Diablerets, by pojeździć na niżej położonych stokach. Wysiadam ze ski busu w samym centrum, skąd czerwona, trochę staroświecka gondola (w środku cztery ciasne siedzenia) wywozi mnie na zbocza za miasteczkiem.

Po prawej stronie połyskuje Glacier 3000, a przede mną rozległy teren narciarski Insenau (trasy niebieskie i czerwone, pięć orczyków, snowpark). Wyciągi są, niestety, dość krótkie, ale stoki dobrze przygotowane, w sam raz dla początkujących i dzieci. Ja wybieram najdłuższy orczyk prowadzący na górę Floriettaz (2120 m n.p.m.). Gdy wiózł mnie po raz pierwszy, nie mogłam uwierzyć, że wybudowali go Szwajcarzy - trasa, którą go poprowadzono, wskazywała raczej na iście włoską fantazję: to w dół, to w górę, a już najbardziej zaskoczył mnie niespodziewany zakręt za jednym ze słupów.

Z Floriettaz roztacza się przepiękny widok na dolinę i cztery połączone ze sobą szpice Dents du Midi (Zęby Południa, 3257 m n.p.m.). A sama nartostrada pełna przepłaszczeń i niespodziewanych stromizn stała się moją ulubioną.

Do Les Diablerets można wrócić kolejką (wyciągi zatrzymują się o 16.30) lub jedną z dwóch nartostrad. Znaki informują, że szlak jest oblodzony (nie jest sztucznie naśnieżany). Na początku jadę przez las, potem opłotkami i podwórkami Les Diablerets. Mijam drewniane domy ze skośnymi dachami przykrytymi czapami śniegu. Na gankach dostrzegam charakterystyczną sylwetkę diabełka grającego na flecie. Zgodnie z legendą to dobry duszek okolicy (jego matka była elfem, a ojciec diabłem). Podobno w lasach i na łąkach można usłyszeć jego grę...

Warto pospacerować po okolicy na rakietach śnieżnych (pół dnia ok. 40 franków, w cenie przewodnik) albo wybrać się na sanki. Tor ma 7,5 km (na górę prowadzi wyciąg krzesełkowy) i zaczyna się na szczycie Les Mazots (1717 m n.p.m.). Okalają go półmetrowe śnieżne bandy, więc można się nieźle rozpędzić (wypożyczenie sanek 8-12 franków).

Wieczorem idę na fondue do znanej restauracji Des Mazots. W podgrzewanym rondelku topią się miejscowe sery doprawione białym winem i przyprawami. Macza się w nich nadziane na widelec kawałki chleba. A kto zgubi w rondelku kawałek, stawia współbiesiadnikom kolejkę białego lokalnego wina, które zawsze towarzyszy potrawie.

Kiedy po serowo-winnej uczcie wracamy leśną drogą do miasteczka, wcale się nie dziwię, że niektórzy słyszą granie diablego fletu...

Jak dojechać

Najlepiej samolotem do Genewy lub Zurychu (http://www.swiss.pl ), a potem pociągiem z przesiadką w Aigle (z Genewy 120 km, z Zurichu 250). Samochodem autostradą A9 w kierunku Grand St. Bernard, należy z niej zjechać w Aigle - stąd już tylko 20 km do Les Diablerets

Trochę cen

Ski pass obejmujący wszystkie tereny narciarskie w Alpach Waadtlandzkich (Glacier 3000, Les Diablerets, Leysin, Les Mosses, La Lecherettte, Villars, Gyon - 215 km tras) - 1 dzień 55 franków dorośli, 36 dzieci; 5 dni 225/147; 7 dni 295/192

Wypożyczenie nart (Holiday Sport) - 1 dzień 28 franków, 7 dni 115; buty - 1 dzień 15 franków, tydzień 58; snowboard - 1 dzień 38 franków, tydzień 145

W sieci

www.diablerets.ch