Żeby ciało nadążyło za duchem

Żeby zimowe ferie spędzić na stoku, a nie w łóżku, trzeba się do nich odpowiednio przygotować. Zmiana temperatury i czasu spędzonego za biurkiem na ruch na świeżym powietrzu dla organizmu potrafi być szokiem.

Wiele osób twierdzi, że zjazdu ośnieżonym zboczem, z wiatrem szumiącym w uszach, nie da się porównać z niczym innym. A jeśli zjedzie się tak raz, zwykle łapie się bakcyla już na zawsze. Narciarstwo ma wiele zalet i jedną wadę - nie można go uprawiać przez cały rok. Co tu dużo mówić, nie można go uprawiać nawet przez całą zimę (kiedy już się jej doczekamy). Zwykle nasze narciarskie możliwości ograniczają się do jednego, maksymalnie dwóch tygodniowych wyjazdów w sezonie, czasem dodatkowo kilku weekendów spędzonych w bliższych górach.

Przez kilka tygodni studiujemy mapy, trasy, przewodniki i internet w poszukiwaniu zakwaterowania jak najbliżej wyciągów - żeby nie tracić na dojazdy ani godziny cennego czasu. Wreszcie decydujemy, dokąd wyjeżdżamy. Zabieramy się za przegląd i uzupełnienie sprzętu, ostrzenie nart, może nawet zrobimy kilka przysiadów, po których wydaje nam się, że poprawiliśmy kondycję. Myślimy, że jesteśmy świetnie przygotowani. W końcu nadchodzi dzień, kiedy przypinamy deski, stajemy na szczycie, szusujemy, potem jeszcze raz, robi się gorąco - zdejmujemy czapkę, robi się jeszcze goręcej - rozpinamy kurtkę. Trochę się zmęczyliśmy, przysiadamy więc napić się grzanego wina na świeżym powietrzu. Jest świetnie. Dopóki nie nadchodzi następny dzień i okazuje się, że gardło boli, z nosa leci, a termometr pokazuje stan podgorączkowy. Dzielnie wstajemy z łóżka i idziemy na stok, przecież tak na ten wyjazd czekaliśmy. Wieczorem się jednak okazuje, że w zawodach narciarz - zarazki wygrywają te drugie. Następne dni spędzimy więc w łóżku, w najlepszym razie - zjeżdżając najwyżej po kilka razy po łatwiejszych stokach. Co zrobić, żeby do tego nie dopuścić? Jeszcze przed wyjazdem zadbać o wzmocnienie odporności i kondycji.

Siła z wnętrza

Najlepszym zabezpieczeniem, w które możemy wyposażyć nasz organizm, jest regularne dbanie o niego. To nie kosztuje dużo czasu ani pieniędzy, nie wymaga drogich leków ani codziennych wizyt na siłowni. Wystarczy mu poświęcić odrobinę uwagi i nie zamęczać wiecznymi zmartwieniami. Wielu z nas nie pamięta, że najwięcej mogą zdziałać rzeczy najprostsze: unikanie wiecznego stresu, odpoczynek, wystarczająco długi sen, rzucenie używek, przebywanie na świeżym powietrzu, spacerowanie zamiast tylko jeżdżenia samochodami i właściwe odżywianie. Chociaż zimą mocno nas kusi jedzenie posiłków bardziej kalorycznych - wszelkich słodyczy, ciast, klusek, kanapek - absolutnie nie wolno zapomnieć o warzywach. To, że nie ma ich świeżych, nie oznacza, że są drogie. Jako źródło wzmacniającej organizm witaminy C doskonale sprawdzają się mrożonki: brokuły, szpinak, kapusta, truskawki, czarne porzeczki, żurawina; świetne w tej roli są także natka pietruszki, cytrusy i poczciwa cebula. Ważne, żeby jeść je codziennie, a dla uniknięcia strat cennej witaminy nie gotować zbyt długo. Potrzebne nam będą też antyoksydanty, czyli cząsteczki potrafiące zwalczać wolne rodniki. A tymi są witamina E (oleje roślinne, orzechy, pieczywo z pełnego przemiału) i witamina albo prowitamina A (mleko, jaja, marchew, pomidory). Nie wolno też zapominać o rybach, najlepiej tłustych (zawierają wzmacniające ogólną odporność kwasy omega-3) i probiotykach (zawarte w jogurtach i kefirach pałeczki kwasu mlekowego regulują pracę przewodu pokarmowego, chronią przed infekcjami, wspomagają odbudowę flory bakteryjnej). Wreszcie, w zimowej diecie, na stałe powinni zagościć dwaj prawdziwi zabójcy bakterii i wirusów, czyli czosnek i miód. Niektórzy zaprawieni w bojach narciarze radzą nawet, żeby na tydzień-dwa przed wyjazdem zafundować sobie codzienną kurację w postaci ząbka czosnku (dla uniknięcia zapachu najlepiej przed snem) i cytryny z miodem.

Ważne jest nie tylko to, co jemy, ale także jak jemy. Organizm głodny nie potrafi się skutecznie bronić. Dlatego trzeba mu dostarczać pożywienia w małych porcjach, ale stale i zamiast tylko porannej kawy i sutej kolacji jeść pięć lekkostrawnych posiłków dziennie.

Narty na Kasprowym WierchuNarty na Kasprowym Wierchu Fot. Marek Podmokły/Agencja Gazeta

I siła z zewnątrz

Dla organizmów niektórych z nas wyjazd na narty może być prawdziwym szokiem. Na co dzień przesiadujemy przecież w ciepłym mieszkaniu, ciepłym biurze i ciepłym samochodzie, a pojęcie ''ruch'' w naszym wykonaniu sprowadza się do przemieszczania między tymi trzema miejscami. Nie marzniemy, znikąd nie wieje, świeżego powietrza brak. Tymczasem wyjazd na ferie przenosi nas nie tylko z miasta w góry, ale niemal do innego świata. Nagle zaczynamy spędzać cały dzień na zewnątrz, marznąć, oddychać mroźnym powietrzem, ruszać się - takie przestawienie się na inne obroty bywa dużym wyzwaniem. Zamiast stosować terapię szokową, do niego też się można jednak przygotować. Jak we wszystkim najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Z nadejściem pluchy i pierwszych mrozów nie wolno zamykać się w domu i jako jedynego sportu uprawiać leżenia przed telewizorem, bo na stoku osłabienie i zakwasy będziemy mieli gwarantowane. Żeby wzmocnić odporność, nie trzeba uprawiać męczących biegów przełajowych, wystarczy zwykły spacer - ważne tylko, żeby uprawiać go codziennie przez przynajmniej pół godziny. Można też chodzić na basen, fitness, jogę albo do... szkoły tańca. Na tydzień przed wyjazdem warto zacząć ćwiczyć bardziej intensywnie - robić przysiady, skoki przez ławeczkę, skręty, skłony, zbiegać i wbiegać po schodach, dzięki czemu poprawimy kondycję, wzmocnimy mięśnie nóg i przygotujemy je do czekającego je wysiłku.

Oprócz tego trzeba też przygotować się na zmianę temperatury. Jak? Najlepiej hartując się zimnem albo zmieniając szybko temperaturę. Oczywiście nie trzeba od razu zostawać morsem i pławić się w lodowatym jeziorze (choć - co tu kryć - tacy ludzie odporność mają znakomitą). Na początek wystarczy zakręcić kaloryfery, otworzyć okna i chodzić po mieszkaniu w lekkim ubraniu albo i bez niego. Kiedy się przyzwyczaimy, obniżyć temperaturę, wychodzić na chwilę na zewnątrz, polewać się chłodną wodą, a z czasem w niej kąpać. Można też brać prysznic na przemian z gorącej i zimnej wody, zaczynając polewanie od stóp, a kończąc na karku. Ale uwaga - nie wolno tego robić na siłę, jeśli zaczynamy szczękać zębami i drżeć, oznacza to, że organizm się broni i powinniśmy przyzwyczajać się do zimna w wolniejszym tempie.

Jeśli chcesz wzmocnić odporność, pamiętaj, żeby: - nie stresować się i odpoczywać;-wysypiać się; - jeść dużo warzyw, owoców, witamin i probiotyków; - nie nadużywać kawy, alkoholu i papierosów (najlepiej w ogóle z nich zrezygnować); - ruszać się na świeżym powietrzu; - hartować się, przebywając w zimnie; - w razie potrzeby - po konsultacji z lekarzem - przyjmować leki uodparniające

Dobrym rozwiązaniem będzie też skorzystanie z sauny albo z krioterapii. Gorąco podnosi temperaturę organizmu, co niszczy wirusy i bakterie. Panujące w kriokomorze zimno (grubo poniżej 100 st. C) nie tylko świetnie wzmacnia odporność i pobudza system immunologiczny, ale także pomaga w leczeniu wszelkich zwichnięć, naderwanych ścięgien, nie wspominając o poprawie jędrności skóry i spowolnieniu procesów starzenia. Żeby terapia zimnem odniosła skutek, nastawmy się na 10 do kilkunastu krótkich, maksymalnie trzyminutowych zabiegów, w czasie których wejdziemy do jaskini zimna ubrani jedynie w kostium kąpielowy, rękawiczki, skarpetki i czapkę. Spokojnie, tak ekstremalną temperaturę odczuwa się inaczej niż 20-stopniowy mróz. Czeka nas jedynie lekkie pieczenie albo kłucie.