Skóra kontra zima

Stok może być bardziej niebezpieczny niż gorąca plaża. Nie daj się więc zwieść i stosuj zimowe kosmetyki z filtrem. Ochronią nie tylko przed niebezpiecznym promieniowaniem, ale także przed wiatrem i zimnem.

Słońce w górach bywa bardzo zdradliwe, a im wyżej jesteśmy, tym bardziej się narażamy na jego działanie. Dość powiedzieć, że z każdym tysiącem metrów promieniowanie zwiększa się o 15 proc. Na dodatek krystalicznie czyste powietrze, choć tak przyjemne, łatwiej je przepuszcza. Jeśli dodać do tego procenty ze śniegu - a ten potrafi odbijać nawet 80 proc. promieni - może się okazać, że na stoku nierzadko powinniśmy się zabezpieczać wyższym filtrem niż na egzotycznej plaży. Jeśli tego nie zrobimy, kłopoty mamy niemal jak w banku. I nie chodzi tylko o charakterystyczne czerwone twarze z białymi kołami wokół oczu zasłanianymi przez okulary przeciwsłoneczne. Na nasłonecznionych lodowcach nierzadkim widokiem są narciarze z oczami opuchniętymi tak, że otwierają je ledwie w szparki, i ustami wyglądającymi jak po wstrzyknięciu silikonu. Dziwią się, dlaczego się tak opalili? Przecież wcale mocno nie przypieka i niebo nie jest bezchmurne.

Twarz otulona kołderką

Narty to dla skóry prawdziwy test. Atakuje ją nie tylko słońce, ale także mróz i wiatr. Jeśli zjeżdżamy z prędkością 20 km/godz., działanie już kilkustopniowego mrozu jest nawet dwa razy większe. To spore wzywanie, zwłaszcza jeśli mamy skórę delikatną i suchą, której szkodzą zmiany temperatur. Jeśli przebywamy na zimnie, naczynia krwionośne się kurczą, a gruczoły łojowe produkują mało substancji natłuszczających. Skóra jest słabo chroniona i zaczyna się przesuszać. Tak, to prawda - wysoki filtr UV to podstawa i nie powinniśmy wychodzić na stok, nie smarując się wcześniej kremem z filtrem przynajmniej 25, ale nie może to być kosmetyk zachowany z lata. W tych warunkach nie spełni swojej roli. Oprócz ochrony przed słońcem krem zimowy powinien bowiem dobrze nawilżać i natłuszczać. Nawet jeśli jest bardzo gęsty, warto go nałożyć grubszą warstwą - nadmiar szybko się wchłonie, a na twarzy zostanie nam swoista kołderka chroniąca przed zimnem i wiatrem. Dlatego wybierając krem, przeczytaj dokładnie jego skład i upewnij się, że zawiera porządne składniki natłuszczające (np. wosk pszczeli, masło karite, glicerynę) i wiążące wodę w skórze (np. aminokwasy). Kiedy już go kupisz, nie poprzestań na smarowaniu się tylko przed porannym wyjściem na narty. Kremy dla narciarzy zamykane są w wygodnej tubce, łatwo je schować do kieszeni kurtki, mieć zawsze pod ręką i stosować w ciągu dnia. Jeśli warunki są wyjątkowo kiepskie, nie zaszkodzi, np. w czasie przerwy na posiłek, posmarować się raz, poczekać, aż krem się wchłonie, po czym nałożyć drugą warstwę. Dzięki temu unikniemy nie tylko poparzeń słonecznych, ale także zaczerwienień, odmrożeń i przesuszenia.

Jeśli jednak masz skórę tłustą, lepiej wybierz krem o lżejszej konsystencji, a po powrocie z szaleństw na stoku odczekaj kwadrans i zmyj go letnią wodą, żeby nie zatykał porów.

Szczególną uwagę trzeba zwrócić również na miejsca wrażliwe: nos, okolice oczu, wargi i - o czym wiele osób zapomina - wystające spod czapki płatki uszu. W ich wypadku najlepiej sprawdza się sztyft ochronny, z wyższym filtrem, nie tak tłusty i często - dla wygody - ze sznurkiem, co pozwala go zawiesić na szyi i mieć do niego dostęp niemal w każdej chwili. W przypadku maluchów popularne są sztyfty barwiące twarz na różne kolory, np. niebieski, dzięki czemu łatwo zobaczyć, czy każde jej miejsce zostało dobrze posmarowane. Takich sztyftów, dla "funu", czasami używają też dorośli, przy okazji malując sobie policzki w fantazyjne barwy ochronne. Jeżeli sztyftu nie mamy pod ręką, ostatecznie można go zastąpić pomadką do ust - ta na stoku jest nieodzowna. Musi mieć wysoki filtr i powinno jej się używać regularnie, nawet co godzinę. Jeśli usta już nam spierzchną, absolutnie nie należy ich oblizywać, bo będzie jeszcze gorzej.

Nie wolno zapominać o dłoniach. W tych warunkach bardzo łatwo o ich przesuszenie, zaczerwienienie i pieczenie. Przed wyjściem na stok i założeniem rękawiczek powinno się je posmarować dobrym kremem ochronnym, łącznie z nadgarstkami, które potrafią niespodziewanie zacząć wystawać z rękawiczek. Jeśli mimo to dłonie zaczną nam dokuczać, można zastosować kurację błyskawiczną: przed snem nałożyć na nie grubą warstwę kremu i bawełniane rękawiczki. Rano na pewno będzie lepiej.

Z daleka od kaloryfera

Skóry nie powinno się katować także już po powrocie ze stoku. Przede wszystkim należy oszczędzić jej szoku termicznego i po wejściu do ciepłego pomieszczenia pozwolić jej się do tego ciepła przyzwyczaić. Absolutnie nie wolno siadać natychmiast przy kaloryferze czy wskakiwać do wanny z gorącą wodą. Potem należy oczyścić twarz i wklepać w nią grubszą warstwę kremu nawilżającego. Jeśli jest zaczerwieniona, zastosować krem łagodzący. Z kolei z większymi podrażnieniami świetnie radzi sobie maść Alantan, którą można kupić w aptece za kilka złotych. Jest bardzo tłusta i nieszczególnie pachnie, ale naprawdę pomaga - także na spierzchnięte dłonie czy pozadzierane skórki wokół paznokci. Znam wiele osób, które nie ruszają się bez niej na żaden wyjazd.

Całe ciało, szczelnie owinięte przez cały dzień w grube przylegające ubrania, także może się przesuszyć i łuszczyć. Dlatego warto zapakować do kosmetyczki delikatne mydło nawilżające i porządny balsam odżywczy.

Dobre kremy dla narciarzy, zarówno ochronne, jak i łagodzące podrażnienia, oferują firmy sprzedawane w aptekach, np. La Roche Posay, SVR i Avene. Z firm polskich na rynku mamy m.in. Dax Perfectę, Flos Lek, Lirene. Sztyfty ochronne oferują m.in. Vichy i Avene. Dobre zimowe pomadki znajdziemy m.in. w ofercie Neutrogeny i Nivea, a Dax Sun to pomadka na wygodnym sznureczku.

Copyright © Agora SA