Porady dla kobiet. Sport po trzydziestce

Jako kobieta po trzydziestce, która w okresie dzieciństwa i wczesnej młodości miała bardzo silnie rozbudzone ambicje sportowe, przeglądam czasami prasę kobiecą i szukam informacji, nowinek o sporcie dla kobiet. I co?....

I nic. Owszem, szczególnie w kwietniu, w maju, pojawiają się porady, co zrobić, żeby schudnąć. Dziesięć brzuszków dziennie, trzy razy machnąć nogą do tyłu, byle systematycznie i koniec kłopotów z nadwagą, czy z wiszącym brzuchem. Nic tylko ubierać kostium i przechadzać się po plaży zgarniając od niechcenia łakome spojrzenia mężczyzn. W sezonie jesienno-zimowym gazety raczej milkną na ten temat, zalecając jedynie, celem utrzymania z trudem przecież wypracowanej sylwetki, trzymanie się diety i zasad racjonalnego odżywiania. Pewnie po to, by na wiosnę znowu pisać, że ruch to zdrowie i uroda, ze szczególnym naciskiem na to drugie. Czyli szczupłe, wysportowane uda są OK nie dlatego, że łatwiej dzięki nim jeździć na rowerze, czy na nartach, ale dlatego, że znienawidzony cellulitis zniknął bez śladu. Nie mam nic przeciwko szczupłym, gładkim udom, wręcz przeciwnie - bardzo je sobie cenię, ale intuicyjnie wyczuwam, że nawet w sporcie amatorskim, uprawianym po dwudziestce, trzydziestce, czterdziestce itd. nie tylko o to chodzi.

Bo przecież sport to fajna rzecz. Nie tylko wpływa korzystnie na zdrowie i ogólne samopoczucie, ale może też dostarczać różnych, odmiennych od tych z codziennego , miejskiego życia, doświadczeń. Wystarczy pójść na narty w wysokie góry, gdzie nie ma wyciągów, i od razu jakość przeżyć jest nieporównywalna z narciarstwem, dajmy na to, w Bukowinie. Po pierwsze piękne widoki i możliwość obcowania z resztkami dzikiej przyrody, po drugie wielka satysfakcja, że się zrobiło coś, co budziło wcześniej lęk i czego nie robią inni. Im trudniej było, im bardziej trzeba było się zmęczyć, tym większa radość po.

Podobnie jest z rowerami, ze wspinaczką. I chociaż tych sportów nie uprawiam, z zazdrością patrzę na dziewczyny i kobiety, które startują w maratonach rowerowych, albo jeżdżą na przeprawy górskie, podczas których niejeden facet krzyczy, że umiera i, że nie pojedzie ani metra dalej. Albo na te, które wspinają się w okolicznych skałkach, często zostawiając dzieci na dole pod okiem tatusiów. Są spocone i brudne, na pewno nie myślą, jak wyglądają, bo przecież ścigają się łeb w łeb, i często zdarza się, że wygrywają.

Aaaa! No pewnie, że tego wszystkiego nie da się robić bez wcześniejszego przygotowania. Że przysłowiowe dziesięć przysiadów przed sezonem nie wystarczy. Już teraz truchleję na myśl o czekającym mnie w tym roku rodzinnym zjeździe z Zawratu. Nie tylko będę musiała się tam dostać na nartach, poganiana przez męża i córkę, ale jeszcze zjechać po tej stromiźnie. A muszę przyznać, że z wiekiem lęk wysokości staje się coraz bardziej paraliżujący. Już teraz, siedząc wygodnie w fotelu, czuję pot zalewający czoło i ból wszystkich mięsni na następny dzień. Już prawie mi się odechciewa, ale wystarczy, że przypomnę sobie jeden z marcowych weekendów ubiegłego roku, który przyszło mi spędzić na Wierchomli, modnej ostatnio stacji narciarskiej stworzonej z myślą o tzw. narciarstwie rodzinnym. Piękny dzień przyciągnął kłębiące się w każdym kierunku tłumy, do wyciągu trzeba było stać pół godziny, a sam zjazd trwał zaledwie cztery minuty. Kiedy stwierdziłam, że, chcąc się prześlizgnąć bokiem, jadę po trasie wyciągu orczykowego i ktoś z dołu krzyczy rozpaczliwie UWAGA!!! od razu postanowiłam udać się do baru ulokowanego na środku stoku. Nie napiszę jak to się skończyło, ale wiem na pewno: sto razy bardziej wolę ten Zawrat.

Oczywiście... kilka skitourowych wypraw nie załatwi sprawy pewnych niedoskonałości figury. Nad tym się trzeba dużo bardziej napracować, czy to siłowni, czy na sali, czy gdziekolwiek się da. Ale zorientowałam się, że przy wrodzonym lenistwie, wizja przepięknie wyrzeźbionej sylwetki jeszcze nigdy nie nakłoniła mnie do sportu. Już prędzej do zakupów w telesklepie jakichś wymyślnych urządzeń, które "same" ćwiczą. Jedyne co powoduje, że zmuszam się do wysiłku, to najczystsza przyjemność, która płynie ze zjazdu po stromym omuldzonym, albo gładkim i szerokim stoku, albo po puchu, kiedy słońce mieni się w płatkach śniegu, a ja czuje, że, mimo tysiąca różnych dolegliwości wieku przed -średniego, nadal mogę to zrobić. Prościej ujmuje to mój kolega, stary kawaler. Ilekroć próbuje wyciągać mnie na różne sporty, a ja mu odpowiadam, że nie mam czasu, kwituje to jednym zdaniem: "Nie gadaj..., na baby i na sport zawsze trzeba mieć czas".