Psychologia, a narciarstwo

Co ma wspólnego narciarstwo z psychologią? Lepiej, żeby nic, ale niestety ma. Coraz częściej słyszy się w telewizji czy radiu, wypowiedzi Małysza czy innego wielkiego sportowca, typu: "Dziękuję mojemu trenerowi, psychologowi, masażyście itd.", albo: "Swój sukces zawdzięczam pracy trenera, psychologa i ...". Wymieniani są różni specjaliści, ale ostatnio psycholog pojawia się na drugim miejscu, po trenerze.

"Eee tam" ...pomyślicie sobie - "to dotyczy sportu wyczynowego, a nie amatorów". Nie jest to prawda. Psychologia jest związana z naszym życiem, w tym szczególnie ze sportem, bez względu na poziom jego uprawiania.

Dobrze się stało, że opadła już kurtyna wstydliwości związana z psychologią, która jest często kojarzoną z psychiatrią. Wizyta u psychologa oznaczała do niedawna, że ma się coś "z głową" i środowisko się od niego odsuwało. Dopiero ostatnio społeczeństwo dopuściło do świadomości fakt, że psycholog nie jest "lekarzem" ludzi z problemami, a jedynie ludzi zupełnie zdrowych, którzy znaleźli się w okolicznościach, z którymi nie zawsze mogą sobie poradzić.

Tak też dzieje się w sporcie. Sport - nawet dla zawodowców - to emocje, które wyzwalają się w niekontrolowany sposób powodując np. dekoncentrację na starcie. Na wiele dni przed startem lub wyjazdem na narty, męczy nas stres, strach o to jak sobie poradzimy, lub pozbawiony zdefiniowanych przyczyn, lęk o wszystko. Są to zjawiska normalne, które odczuwamy silniej lub słabiej w zależności od naszej konstrukcji psychicznej i świadomości naszego przygotowania do czekającej nas najbliższej przyszłości. Narciarstwo amatorskie obfituje w przeróżne niepokoje i stresy, z którymi dobrze jest powalczyć.

Źródła

Wymienię teraz kilka najczęściej spotykanych źródeł stresu, lęku i strachu, ale zanim to zrobię, w prosty sposób zdefiniuję te trzy pojęcia. Prosty -to znaczy bez terminologii fachowej i w sposób łatwo przyswajalny.

Stres - negatywnie odczuwany stan silnego podenerwowania w wyniku zaistniałych lub mających nastąpić zdarzeń, niekoniecznie przykrych. Stres może być krótkotrwały lub permanentny np. wskutek stałego obciążenia psychicznego. Strach - uczucie bojaźni przed jasno określonym celem, działaniem, np. zjazdem. Strach o dużej sile, może wywoływać niekorzystne objawy somatyczne tj. niemoc mięśniowa, drgawki. Może też mobilizować do działania, zatem w pewnym sensie oddziaływać korzystnie. Czasem potrafi przejść w stan euforii bardzo niebezpiecznej dla nas, ponieważ obniżającej zdolność podejmowania prawidłowej decyzji o stopniu podejmowanego ryzyka. Lęk - uczucie dyskomfortu i niepokoju, którego przyczyn sobie nie uświadamiamy. Często pojawia się nagle i również nagle znika. Może też mieć charakter permanentny, co chwilę dając nam znać o swoim istnieniu. Działając w ten sposób, może wywołać stres.

Są z pewnością jeszcze inne źródła opisywanych doznań oraz przypadki skomplikowane, których opisanie wykracza, jak sądzę, poza ramy tego artykułu. Skomentujmy krótko, opisane wyżej źródła doznań. Z każdym z wymienionych można sobie poradzić. I to jest wiadomość optymistyczna. Pesymistyczna jest taka, że w ogóle występują.

Stres bezpośrednio przed startem lub zjazdem o charakterze ekstremalnym jest zjawiskiem normalnym, ale przeszkadzającym w realizacji zadania. Jest to wystarczający powód by z nim walczyć. W zależności od konstrukcji psychicznej narciarza, stres ten należy zamienić na mobilizujący, inaczej on sam się zamieni na paraliżujący. Taki mobilizujący stan często jest wynikiem obaw o utrzymanie naszej pozycji. Bywa, że zamienia się we wściekłość i dodaje sił. Jeżeli nie ulegniemy w całości takiemu "dopalaczowi" i pozostawimy sobie odrobinę zdrowego rozsądku, to prawdopodobnie odniesiemy sukces. Jeżeli "pójdziemy na całość", to będzie duże prawdopodobieństwo wystąpienia błędu.

Gorzej sytuacja się ma, gdy do głosu dojdzie obawa o nas samych lub o prawidłowe przejechanie trasy zawodów. Można to ująć tak, że nie jesteśmy siebie pewni, zwłaszcza gdy mamy świadomość, iż podejmujemy się zadania, do którego nie jesteśmy przygotowani (np. zbyt mała lub przekraczającego nasze możliwości ilość treningów). Tego typu strach jest niewątpliwie uzasadnioną obroną naszego organizmu, działającą w kierunku rezygnacji z realizacji celu, zatem mającą charakter racjonalny. Często wspomagany jest też nadmierną wyobraźnią, ukazującą nam niekorzystne warianty rozwoju wypadków. eżeli źródło strachu uznamy za pewne - to czy relacja pomiędzy nim a rzeczywistością jest prawdziwa? Być może nie doceniamy samych siebie. W tym miejscu stajemy na rozdrożu: wycofać się, czy spróbować szczęścia? Niestety, nie znam lepszego rozwiązania niż "rozpoznanie walką". Musimy jednak liczyć się z tym, że strach usztywni nasze ruchy i dopiero wtedy, gdy się przekonamy, że "nie taki diabeł straszny, jak go malują", odetchniemy z ulgą, wyluzujemy się i nasze szanse na wygraną skokowo wzrosną.

Na szczęście w narciarstwie ból trwa stosunkowo krótko, natomiast w alpinizmie, nieporównywalnie dłużej. Bywa, że alpinista przez całą drogę podlega wpływowi stresu lub strachu, nawet w zejściu. Na cmentarzach są całe alejki tych, co się wyluzowali na szczycie. W tym przypadku strach decyduje o ostrożności, choć bywa, że nadmiernej. Ale czy ostrożność może być nadmierna? Jeżeli wpływa na naszą skuteczność, to tak. W życiu jest więcej paradoksów niż się spodziewamy.

W narciarstwie spotykamy kilka typowych źródeł lęku, stresu i strachu , do takich należą:

-stres przedstartowy lub strach

-obawa przed zmiana techniki jazdy z tradycyjnej na nowoczesną

-strach przed ekspozycją (nastromieniem) i ukształtowaniem stoku zwłaszcza u początkujących narciarzy, którego szczególną odmianą jest:

-strach przed zjazdem sportowym lub ekstremalnym

-strach przed powrotem do narciarstwa po terapii powypadkowej

-strach przed starością jako obniżeniem możliwości fizycznych i psychicznych.

Jak odróżnić strach od lęku?

Nie zawsze się to udaje, ale bywa, że da się. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy początkującymi narciarzami, a trasa prowadzi trawersem po bardzo stromym zboczu. Boimy się - to zrozumiałe. Przymierzamy się do tego trawersu, raz z lewa, raz z prawa, ale strach nas powstrzymuje, a inni ludzie nas mijają i bez problemu przejeżdżają tę trasę. Właśnie, inni! Na oko, wcale nie są lepsi od nas, a nie mają problemów! To nas mobilizuje, ustawiamy się tak jak instruktor przykazał i rzeczywiście ...spokojnie przejeżdżamy trawers, a wieczorem przy piwie opowiadamy, jakie to nas spotkały przeżycia.

Inny przykład: znowu jesteśmy początkującymi i uczymy się "krystianii odstokowej" wg terminologii i zasad techniki tradycyjnej (przepraszam, że wracam do przeszłości, ale tak naprawdę to znakomita większość jeździ do dzisiaj techniką tradycyjną). Stok w miarę stromy, jedziemy w skos stoku i przygotowujemy się do skrętu. Pozycja nasza powinna wyglądać mniej więcej tak: narty zakrawędziowane, biodra do stoku, a tułów i głowa wychylone od stoku, ręka dolna przygotowana do wbicia kija. Niemcy nazwali kiedyś tę pozycję "Kommastellung", czyli pozycję przecinka, co znakomicie oddaje jej kształt. W tym opisie, chodzi o słowa:"tułów i głowa wychylone od stoku", czyli wychylone ku "przepaści". I tu jest pies pogrzebany -naturalnym odruchem człowieka jest cofanie się przed niebezpieczeństwem, zaś tutaj wymogi techniczne "gwałcą" nasze wrodzone skłonności. Nie dość, że mamy kłopoty z aspektem technicznym ewolucji, której staramy się nauczyć, to jeszcze problemy z naszymi naturalnymi odruchami. Wniosek: nauka posuwa się powoli, a metodyka, którą byliśmy uczeni jest ...mało skuteczna.

Stres i strach powypadkowy, występuje w wyniku przykrych doznań związanych z upadkiem, wypadkiem lub innym nagłym i nieprzyjemnym zdarzeniem. Uprawiając narciarstwo, musimy sobie zdawać sprawę, że takie sytuacje są na porządku dziennym. Jeżeli świadomie nie sformułowaliśmy tego "przełożenia", to tkwi ono w naszej podświadomości i może być przyczyną lęku.

To był taki porządek definicyjny, a teraz przełóżmy to na konkretny przypadek. Na pewnej trasie doznaliśmy urazu - dużego, małego - to bez znaczenia. Wystarczy, że jego wspomnienie zagościło w naszej pamięci. W wyniku tego, może się zdarzyć, że poweźmiemy niechęć do tej trasy. Podbudową tej niechęci będzie strach. Gorszym wariantem będzie, jeżeli doznaliśmy poważnej krzywdy.

Wtedy możemy nawet zerwać z narciarstwem, bo strach przed uprawianiem tego sportu będzie tak silny, że nie będziemy w stanie go pokonać, a na jeżdżenie w ciągłym stresie nie będziemy mieli ochoty. Takie skrajne sytuacje najczęściej występują na początku naszej narciarskiej drogi tzn. wtedy, kiedy jeszcze nie pogodziliśmy się z rzeczywistością, jaka towarzyszy narciarstwu, a góry kochamy miłością czystą, wzniosłą i nieskalaną. Taki wypadek gwałci nasze wyobrażenia i w efekcie tegoż, narciarstwu mówimy: nie! Podobne przypadki, porzucenia narciarstwa mają miejsce w dojrzałym wieku, kiedy nasza sprawność nie jest już taka jak kiedyś i - bardziej niż w młodości - dbamy o nasze zdrowie. Uraz, którego doznaliśmy może stać się "kropka nad i" oraz powodem, do powiedzenia sobie: "najwyższy czas z tym skończyć". Obydwa te przypadki można by uznać za uzasadnione i nie napisać ani zdania więcej na ten temat, ale gdyby tak było w każdej z opisanych sytuacji, to liczba narciarzy malałaby, a nie rosła. Wniosek: trzeba sobie z tym jakoś radzić. Nie wiem czy istnieje ogólna recepta na takie "przypadłości", ale wiem jak ja bym postąpił, tym bardziej, że miałem nieszczęście być w takich sytuacjach. Jeżeli po ciężkim upadku, byłem w stanie jeszcze jeździć, to natychmiast powtarzałem trasę na tych samych zasadach, lub przy zastosowaniu ostrzejszego kryterium. Raz jednak było tak, iż poważny upadek podczas zjazdu na trasie Selva Gardena w Dolomitach, wyłączył mnie z narciarstwa na jakiś czas. Najszybciej jak mogłem, przyjechałem z powrotem w Dolomity i przy pierwszej nadarzającej się okazji, powtórzyłem zjazd jadąc jeszcze szybciej. Nie pozostał nawet ślad po stresie, nie mówiąc o strachu przed trasą.

Mam taką uwagę: nie wszystkim ta terapia pomaga, bo raz, że trudno niektórym się na nią zdecydować, albo "powtórka z rozrywki" nie wyjdzie, a wtedy to już "zdechł pies".

Kolejne problemy

Następny problem, to przejście z techniki tradycyjnej na współczesną. Pomijając "dobrą" robotę mediów i propagandę niedouczonych fascynatów, to pozostaje jeszcze aspekt psychologiczny. Mówimy sobie tak: "posiadam jakieś umiejętności, nawet niezłe, mam opinię dobrego narciarza, technika, którą się posługuję jest ładna, więc po co mi ten carving? Stanę się znowu uczniem? Będę się znów przewracał, zachowywał nieporadnie, a ludzie na stoku będą sądzić, że jestem początkującym narciarzem. Nie, nie wchodzę w to". A niby, dlaczego nie? "Nie, bo nie", zabrzmiał najsilniejszy z argumentów. Narciarz jest osoba aktywną, więc nie można podejrzewać, o zachowawczość, więc chodzi o bojaźń, czyli strach. Strach przed utratą swojej - wypracowanej przez lata - pozycji, że staniemy się śmieszni, oraz żal, iż tak ładnie osadzone w naszym mózgu nawyki ruchowe nie zdadzą się na nic.

Generujemy więc w sobie zestaw argumentów prawdziwych i fałszywych, potem tylko w nie uwierzyć, czyli okłamać samego siebie - i mamy spokój. Tylko czasem, odzywa się w nas nutka prawdy, ale łatwo odsuwamy ją na plan dalszy. Ta nutka prawdy jest naszym sumieniem, objawiającym się w postaci strachu. Im bardziej zakopujemy go, gdzieś we wnętrzu naszej psychiki, tym bardziej daje nam we znaki. Tutaj zachodzą dwie możliwości. Albo nie wytrzymujemy tego, mówimy: "raz kozie śmierć" i idziemy w tą krawędź, albo wręcz kolanem upychamy ten problem na dnie naszej psychiki i niechcący, w miarę upływu czasu, sam zamienia się w lęk, zaś każdy wyjazd na narty okupujemy stresem, niewiadomego już pochodzenia. Nie u wszystkich musi tak być, ale statystycznie, u wielu.

Tak oto, w sposób niezmiernie skrótowy, pragnąłem Was zapoznać z zarysem aspektów psychologicznych w narciarstwie. Jeżeli przebrnęliście przez ten tekst i czujecie, że może Wam pomóc, to nie widzę dla siebie większej satysfakcji.