Z dziadkami na narty - nowy pomysł na naukę narciarstwa

"Dziadowska szkoła narciarska" - instytucja babci i dziadka w kontekście wychowywania dzieci znana jest od wieków i generalnie postrzegana jako najlepsza ze wszystkich dostępnych na rynku opcji. Skoro sprawdza się w życiu codziennym, to dlaczego nie wykorzystać jej do nauczania narciarstwa?

Ależ TAK, polecam z pełnym przekonaniem! Jeżeli zrobimy parę prostych założeń, a mianowicie, że dziadkowie (nie mówi się babciowie, więc dziadkami określam i babcię i dziadka) lubią wnuki, mają chęci i możliwości żeby się nimi zająć, znają się na narciarstwie, to jazda, niech się wykażą! Mówię to z pozycji młodego ambitnego rodzica, który pragnie aby jego maleństwo szybko stanęło na nartach. Uczyć je samemu - droga przez mękę, masa nerwów, spięć, konfliktów, niepotrzebnych łez. Wszyscy to wiemy.

Wynająć obcego instruktora - dobre rozwiązanie, ale wiąże się z presją czasu, miejsca, warunków pogodowych, od dziecka wymaga adaptacji i pociąga za sobą odpowiednie koszty. Powierzyć małego adepta narciarstwa dziadkom - SAMOGRAJ. Dziadkowie obsłużą klienta od A do Z, full wypas, all inclusive. Dziadkowie przyjadą po dziecko, ubiorą, skompletują sprzęt, wywiozą na zajęcia i oddadzą z powrotem z dostawą do drzwi. Cały ciężar przechodzi na "dziadowskiego" instruktora. On odpowiada za to, żeby uczeń był zadowolony. Jego problemem jest, gdzie i jak poprowadzić lekcję, jakich używać zachęt i metod, kiedy sikać i co jeść, kiedy wracać do domu. Rodzice nie powinni ściśle rozliczać dziadków z wyników, nie dopytywać się, z której góry mały człowiek już zjechał. Powinno im wystarczyć, że dziecko było pod dobrą opieką, coś tam robiło na świeżym powietrzu i wróciło radosne choć zmęczone do domu. Przy takim podejściu wszystkie strony pracują w spokoju, swoim rytmem, a efekt prędzej czy później zostanie osiągnięty.

Oczywiście kluczową kwestią jest więź uczuciowa, jaka łączy dziadostwo (skoro mówi się wujostwo na wujka i ciotkę, to chyba dziadostwo na dziadka i babcię) z wnukostwem. Miłość wiele wybacza, więc będzie dobrze! Instruktor i uczeń muszą się doskonale rozumieć, wyczuwać nastroje, nadawać na tej samej fali. To dorosły musi słuchać, obserwować, reagować na sygnały wysyłane przez małego partnera. To nauczyciel musi się dopasować do chwilowego stanu psycho-fizycznego ucznia i odpowiednio go wykorzystać. Jak ma power i humor, to skaczemy na Małysza, jak jest słaby i smutny, to budujemy bałwana. Jasne, że nawet dziadkom czasem puszczają nerwy, choć z natury powinni mieć więcej doświadczenia, cierpliwości, wyrozumiałości. Jak malec "strzeli focha", to i święty tego nie zdzierży, ale na szczęście pamięć już nie ta, więc wybaczenie przychodzi szybko. Zwykle pomaga całkowita zmiana tematu, choćby to miało być wspólne zjedzenie czegoś niezdrowego.

Uśmiech dziecka oznacza, że zadanie zostało wykonane, pomimo że cel lekcji narciarskiej nie został osiągnięty. Nie szkodzi, mamy czas, jesteśmy partnerami długoterminowymi, nic nie musimy na już. No właśnie, o takie partnerstwo tu chodzi, żeby dziecko nie wiedziało, że uczestniczy w jakimś programie. Lepiej niech sądzi, że razem się bawimy i nikt od niego nic wielkiego nie oczekuje. To wymaga od dziadostwa zniżenia się do poziomu wnuków - co nie przychodzi trudno, bo jak wiadomo człowiek dziecinnieje na starość - przy jednoczesnym poważnym, prawie dorosłym traktowaniu młodzieńca. Dzieci to lubią, bo czują się szanowane i docenione. I odwrotnie, zdziecinnienie może sprawić instruktorowi prawdziwą frajdę pod warunkiem, że kręgosłup i kolana na to pozwolą. Zrobienie czegokolwiek wspólnie, jak równy z równym niesie ze sobą ogromną wartość i ładunek emocjonalny, a także motywację do dalszych działań. Co może najważniejsze, dziadowski nauczyciel nie oczekuje zwykle materialnego wynagrodzenia, ani od ucznia, ani od jego opiekunów/rodziców. Satysfakcję czerpie z obserwacji rozwoju swojego podopiecznego i radości z przebywania z nim. Zadośćuczynieniem za wysiłki jest uśmiechnięta buźka malucha. Jak jeszcze wnuczątko wyzna miłość babci lub dziadkowi, to "instruktor" cały wniebowzięty i biegnie do sklepu po nowe narty!

Aleksander Karolus

materiał udostępniony dzięki uprzejmości SITN