Alpy francuskie. L'Espace Killy - nie tylko dla orłów

300 km tras, 100 wyciągów, 2 metry śniegu!

Otwierając butelkę szampana po zdobyciu złotego medalu na niedawnych mistrzostwach świata w narciarstwie alpejskim (Alpine World Ski Championship), Amerykanka Lindsey Vonn rozcięła sobie palec. Trzeba było założyć cztery szwy. Tak odniesiona kontuzja znalazła sporo zrozumienia wśród kibiców, gdyż zawody odbywały się we francuskim Val d'Isere, gdzie jazda na nartach (czy na desce) i huczne zabawy, często do białego rana, tworzą nierozerwalną parę. Nigdzie indziej (jak dotąd) nie wsiadałem niemal o świcie do skibusów (jeżdżą przez całą dobę, ale nocą wożą do klubów) i nigdzie indziej nie musiałem w klubie czekać ponad pół godziny na zostawienie kurtki w szatni.

***

Do Val d'Isere przyjeżdża się jednak przede wszystkim po to, by wyszaleć się na stokach. Położony we francuskich Alpach kurort ma 150 km tras, a wraz z sąsiednim Tignes - dwa razy tyle. To prawdziwy narciarski hipermarket. Nic dziwnego, że skibusami są tu autobusy przegubowe, zaś wyciągi (jest ich ponad 100) zabierają łącznie 150 tys. osób na godzinę! W ciągu dwóch godzin były w stanie wywieźć w góry ćwierć miliona kibiców - wszystkich, którzy pojawili się tu w lutym, by podziwiać najważniejsze, trwające dwa tygodnie mistrzostwa świata.

Ta gigantomania może przerażać na pierwszy rzut oka. Val d'Isere, choć jest jednym z największych ośrodków narciarskich na świecie, nie zamieniło się jednak w górskie blokowisko, w znacznej mierze zachowując charakter uroczego sabaudzkiego miasteczka, jakim było jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku. Z urbanistycznego punktu widzenia nadal jest typową górską ulicówką. Zabudowania stoją wzdłuż głównej drogi, po której kursują skibusy. Kościół parafialny św. Bernarda, patrona alpinistów i mieszkańców najwyższych gór Europy (nie licząc Kaukazu), pochodzi z XVII w. i jest jedną z niewielu świątyń, jakie ocalały z pożogi Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Nawet największe i najbardziej nowoczesne budynki w Val d'Isere są stylizowane na tradycyjne sabaudzkie chalets (chaty pasterskie) z kamienia i drewna. Spędziłem po kilka nocy w dwóch pensjonatach typu chalet . W obu panowała dużo swobodniejsza atmosfera niż np. w pensjonatach tyrolskich reklamujących się jako rodzinne. Dlatego Val d'Isere jest magnesem dla młodych ludzi, którzy czują się tu jak w... akademiku, pichcąc wspólne posiłki czy potykając się o buty rzucane pod drzwiami w przedpokoju. Są też oczywiście chalets z pełną obsługą, bardziej przypominające hotele niż "chaty". Nie brak też luksusowych hoteli, gdzie goszczą takie osobistości jak Bono, lider zespołu U2, czy Richard Branson, ekscentryczny multimilioner i poszukiwacz przygód.

Mimo nowoczesnej infrastruktury i tłumów turystów okolica jest przyrodniczym sanktuarium. Założono tu bowiem najstarszy francuski park narodowy Vanoise. Ochronie podlega krajobraz wysokogórski z charakterystycznymi dlań piętrami roślinności (w tym także pozbawionym roślin najwyższym piętrem tzw. niwalnym, które jest krainą wiecznego śniegu). Symbolem Vanoise jest koziorożec - obawa przed jego wyginięciem była bezpośrednim impulsem do założenia parku. Obecnie trwają próby przywrócenia na tych terenach populacji orłosępa brodatego. Linie wysokiego napięcia oraz linie kolejek linowych nie są jednak wielkim sprzymierzeńcem tego padlinożercy.

***

Trudno w to uwierzyć, ale mistrzostwa świata nie sparaliżowały ośrodka. Zawodnicy opanowali centralne rejony Bellevarde (tu odbywały się konkurencje dla mężczyzn) i Solaise (tu rywalizowały kobiety z Lindsey Vonn na czele, która zdobyła aż dwa złote medale!). Zwykłym narciarzom zostały tereny położone na obu krańcach miasta - La Daille i Le Fornet. Ten ostatni jest rajem dla amatorów jazdy poza wyznaczonymi trasami.

Prócz tego dostępne dla wszystkich chętnych było także Tignes, znacznie mniej urokliwe, ale wyżej położone (2100 m n.p.m.) niż Val d'Isere (1850 m). Obie miejscowości tworzą połączony region L'Espace Killy, czyli "obszar Killy'ego". Nazwano go tak na cześć wielkiej legendy francuskiego narciarstwa alpejskiego. Jean-Claude Killy, który wychował się i nauczył jeździć na nartach właśnie w Val d'Isere i zdobył aż trzy złote medale olimpijskie (tzw. alpejska korona) na igrzyskach w Grenoble w 1968 r.

Najwięcej jest tras dla średnio zaawansowanych. Znajdziemy również zjazdy tylko dla orłów, z najsłynniejszą, czarną La Face Olympique - zaprojektowaną specjalnie na igrzyska w niedalekim Albertville w 1992 r., kiedy do rozegrania konkurencji alpejskich wykorzystano tereny Val d'Isere. La Face zaczyna się tuż pod szczytem Bellevarde, na wysokości ponad 2800 m, skąd amatorów mocnych wrażeń czeka karkołomny trzykilometrowy zjazd o (bagatela!) 63-procentowym nachyleniu. Przyznaję, że ominąłem ją szerokim łukiem. Warto jednak wjechać na Bellevarde funikularem z La Daille. Dzięki tej szybkiej, biegnącej tunelem kolejce szynowo-linowej w parę minut pokonamy ponad tysiąc metrów wysokości względnej. Potem proponuję zjechać ze szczytu jedną z szerokich, czerwonych tras w kierunku Le Daille. Ktoś, kto lubi rekordowo długie zjazdy, nie może ominąć 10-kilometrowej Sache wiodącej ze szczytu L'Aiguille Percee (2740 m) do Tignes Les Brevieres (1550 m). By jej posmakować, trzeba kupić karnet na całe Espace Killy (sześciodniowy kosztuje 208,50 euro, samo Val d'Isere jest tylko o 10 euro tańsze). Dzięki łącznemu karnetowi skorzystamy z drugiego funikularu wjeżdżającego pod szczyt La Grande Motte (3656 m) - górny odcinek pokonujemy kolejką linową. Można tu pojeździć czerwonymi trasami wytyczonymi na lodowcu. Niegdyś Tignes było położone bliżej Val d'Isere. Zostało zatopione po II wojnie światowej w efekcie budowy tamy i elektrowni. Raz na 10 lat jezioro Chevreuil jest osuszane i wtedy można zobaczyć pozostałości dawnej wioski na jego dnie. Nowe Tignes przeniesiono wyżej, ponad granicę lasów, w sąsiedztwo lodowca.

***

W Val'd Isere co roku odbywają się w grudniu jedne z pierwszych w sezonie zawodów z cyklu Pucharu Świata. Nieprzypadkowo właśnie tutaj - kurort słynie z obfitych opadów śniegu. Narciarze i snowboardziści mogą się nim cieszyć od listopada do mają, a na dwóch lodowcach nawet latem. Zawody Pucharu Świata w konkurencjach alpejskich przenoszono awaryjnie do Val d'Isere wtedy, gdy we Włoszech czy w Austrii brakowało śniegu. Obecnie pokrywa śnieżna wynosi od 155 w dolnych do 205 cm w górnych partiach Espace Killy. Sporo tras leży powyżej 2000 m oraz po północnej części stoków.

Te niewątpliwe atuty sabaudzkich stoków potrafią jednak przysporzyć narciarzom sporo zgryzoty. Z powodu burzy śnieżnej odwołano nawet w tym roku zawody drużynowe podczas mistrzostw świata. Duże opady śniegu zwiększają zagrożenie lawinowe (w 1970 r. lawina zabiła tu aż 42 osoby!) i utrudniają utrzymanie tras w dobrym stanie. Na własnej skórze przekonałem się, że gdy pada śnieg, część najbardziej uczęszczanych zjazdów szybko pokrywa się nieprzyjemnymi muldami. Nie ma też co liczyć na to, że spędzimy tu cały tydzień na lekkim, łatwym i przyjemnym szusowaniu w pełnym słońcu jak we włoskich Dolomitach. Na pewno będą dni z padającym śniegiem, mgłą czy wietrzne. Ważne jest więc pozytywne nastawienie, nawet w trudnych warunkach. Podczas silnej mgły, gdy widoczność była ograniczona do 2-3 m, w rejonie Solaise znalazłem rynnową trasę, gdzie można było jeździć niemal na pamięć regularnymi skrętami, ograniczonymi przez ukształtowanie terenu. Wystarczyło jedynie nadstawiać uszu, by nie paść ofiarą kogoś nadjeżdżającego z tyłu.

Trochę uciążliwe bywa korzystanie z największych wyciągów linowych, których kabiny mogą pomieścić (na stojąco) kilkadziesiąt osób. Trzeba się wtedy przepychać, bo nie ma tu zwyczaju ustawiania się w uporządkowane kolejki. To jednak zrozumiała cena imponującej skali narciarskiej megainwestycji w tym regionie.

Dużo bardziej irytujący jest sposób oznakowania tras. Trzeba znać nazwy wszystkich miejsc w okolicy, bo zjazdy nie są ponumerowane i drogowskazy na skrzyżowaniach tras atakują kakofonią rozmaitych nazw, które nic nam nie mówią w pierwszych dniach pobytu. Konieczne jest nieustanne zatrzymywanie się i wyciąganie mapki (łatwo tu zatęsknić za klarowną numeracją tras w austriackich kurortach!). Miłym zaskoczeniem są natomiast ruchome liny rozciągane na płaskich odcinkach lub niewielkich podejściach łączących np. wyciągi. Dzięki nim odpada denerwująca konieczność podchodzenia na nartach kilkunastu czy kilkudziesięciu metrów. Wystarczy chwycić stalową linę i już jedziemy, zamiast spacerować jodełką. Niestety, nie wszędzie znajdziemy te udogodnienia.

***

Po forsownych zjazdach nie sposób nie spróbować lokalnych specjałów, z fondue i raclette na czele. Jeszcze tylko lampka sabaudzkiego Pinot Noir i można już rozprawiać o zagmatwanych kolejach losu tego regionu. W starożytności mieszkali tu Celtowie. Z tamtego okresu wywodzi się nazwa Sabaudii, czyli "kraju lasów jodłowych". W Val d'Isere średniowieczni sabaudzcy książęta mieli swój domek myśliwski, skąd wypuszczali się na polowania. We francuskie ręce region trafił w drugiej połowie XIX w. jako nagroda za poparcie Paryża dla zjednoczenia Włoch. Z perspektywy czasu widać, że był to szczodry podarunek króla Wiktora Emanuela II, ojca chrzestnego współczesnych Włoch. Sabaudia stała się bowiem wielkim zagłębiem turystycznym, odwiedza ją co roku ponad 30 mln turystów (znacznie więcej niż całą Polskę). W zimie region przeżywa prawdziwą brytyjską inwazję, choć nie brakuje gości z wielu innych, także pozaeuropejskich państw. Bywa, że Brytyjczycy przyjeżdżają we francuskie Alpy także na zarobek. Para Anglików przygotowywała posiłki w moim chalet - proste, ale smaczne i pomysłowe. Prawdziwym przebojem w ich wykonaniu okazały się grillowane korzenie pietruszki w miodowej glazurze, podane jako dodatek do wieprzowiny.

***

Przed odjazdem warto dobrze wypocząć. Jeśli wracamy do kraju samochodem, czeka nas (w przypadku Warszawy) ok. 20-godzinna jazda non stop - do pokonania mamy ok. 1900 km. Gdy zdecydujemy się na samolot, przejazd z lotnisk w Genewie czy Lyonie zajmie ok. 4 godz. Tak więc wyprawa do Val d'Isere to propozycja dla zdeterminowanych narciarzy. Ale możliwości jazdy i rozrywek pozanarciarskich jest tu tyle, że grzechem byłoby ich nie spróbować.

W sieci

www.valdisere.com

www.chalets.direct.com