Narty we Włoszech. Valtellina - we włoskim Tybecie

Tu nigdy nie brakuje śniegu. W końcu nazwa Livigno oznacza lawinę...

- Jedziesz do Livigno? Pogoda murowana! - przekonywali znajomi, zazdroszcząc przyszłej opalenizny. Miasteczko słynie bowiem z najbardziej nasłonecznionych stoków w Alpach. Nawet na turystycznych folderach litera "o" w nazwie przypomina słońce. Niestety, kiedy dotarłam na miejsce, niebo przesłaniały ciemne chmury...

***

Takiego śniegu jak w tym roku dawno już nie było - mówi pan Rodigari, odgarniając z podjazdu świeży puch. Jest koniec stycznia, właśnie wróciliśmy z nart, a on, jak co dzień, na posterunku. Mimo nieustannie zacinającego śniegu energicznie angażuje do pracy rodzinę i z daleka kiwa na kierowcę pługa, by pomógł odkopać zasypaną drogę.

Wynajmuje nam drewniany dom w niewielkim Trepalle, 11 km od Livigno (północna Lombardia, prowincja Sondrio, 40 km od szwajcarskiego St. Moritz). Nareszcie ma gości mówiących po włosku, więc chętnie opowiada o rodzinnych stronach. Trepalle to kilkanaście porozrzucanych gospodarstw, piekarnia, tabacchi i Market Europa. Wieś słynie z bardzo niskich temperatur - w lutym 1956 r. zanotowano 45 stopni poniżej zera. Jak z dumą powtarza pan Rodigari, to najwyżej położona osada w Europie zamieszkana na stałe - 2208 m n.p.m. Jeden z jej mieszkańców uwieczniony został nawet w literaturze. W latach 50. proboszczem Trepalle był kontrowersyjny don Alessandro Parenti, który zainspirował pisarza Giovanniego Guareschiego do stworzenia postaci rubasznego księdza don Camillo w serii opowiadań "Mały światek don Camilla", "Don Camillo i jego trzódka", "Towarzysz don Camillo"...

***

Samo Livigno nazywane bywa "włoskim Tybetem". Leży w szerokiej dolinie Alta Valtellina w sercu Alp Retyckich (nazwa od starożytnego plemienia Retów), w Masywie Bernina. Jego najwyższym szczytem jest Piz Bernina, 4049 m n.p.m., uznany za piąty pod względem trudności wierzchołek Alp. Na skraju masywu znajduje się Przełęcz Bernina (2200 m n.p.m.), przez której siodło prowadzi najwyżej zbudowana linia kolejowa w Europie.

W średniowieczu Livigno było zagubioną w górach osadą przemytników, pasterzy i drobnych kupców. Swój rozwój zawdzięczało położeniu na przecięciu ważnych dróg handlowych. Dzięki temu cieszyło się dużą autonomią - nadał mu ją w 1538 r. szwajcarski kanton Grigioni. Uprzywilejowanej pozycji nie zdołały podważyć ani panujące tu kolejno dynastie, ani Napoleon, ani burzliwy XX wiek. I tak jest do dziś, bo Livigno jest strefą wolnocłową.

Jeszcze na początku lat 50. minionego wieku dojazd był możliwy zaledwie przez trzy miesiące w roku - przełęcze łączące miasto ze Szwajcarią, jak choćby Forcola di Livigno (2315 m n.p.m.), pozostawały zimą nieprzejezdne. Do czasu, gdy szwajcarscy inwestorzy rozpoczęli budowę zapory i sztucznego jeziora Lago del Gallo. Na jej potrzeby wykopali tunel Munt La Schera na granicy Szwajcarii i Włoch, długi na 3,5 km, a szeroki co najwyżej na 4 m. Po zakończonych robotach nie zasypali go i w 1961 r. oddali do użytku publicznego. Wtedy Livigno otworzyło się na świat i turystykę. W styczniu 1965 r. uruchomiono pierwszy wyciąg na szczycie Monte Sponda (2576 m) i tylko tunel pozostał tak samo wąski. Ruch odbywa się więc wahadłowo, co 15 minut, albo przez kilka godzin tylko w jednym kierunku (przed podróżą zaopatrzmy się w rozkład, by nie spędzić kilku godzin na przymusowym postoju; przejazd w jedną stronę - 15 euro).

Wydostawszy się z Munt La Schera, zjeżdżamy 5 km wąską serpentyną. Po chwili otwiera się przed nami malownicza dolina. Jej środkiem wije się długie Livigno leżące na wysokości 1816 m. Przy głównej szosie podziwiamy lodowe rzeźby - ostało się ich jeszcze kilka po grudniowym konkursie, na który co roku zjeżdżają artyści z całego świata ( www.artinice.org ).

Po obu stronach miasteczka pełno wyciągów: cztery gondole, 14 krzesełek i 13 orczyków. Trasy narciarskie liczą 115 km, miłośnicy biegówek mają dla siebie 40 km. W Scuola Sci w pobliżu dolnej stacji wyciągu na Carosello kupimy skipassy, dostaniemy mapki i broszury oraz darmową gazetkę "Wanted Magazine" z wykazem imprez oraz spisem restauracji, sklepów i hoteli nie tylko w Livigno, ale i sąsiednich miejscowościach, jak Isolaccia, Bormio czy St. Caterina.

***

Zaczynam od tras na zachodnich stokach doliny. Gondola wiezie mnie z centrum Livigno na szczyt Carosello (2797 m). Od rana pada śnieg, widoczność zerowa, więc ruszam na oślep. Przeważają szlaki czerwone słusznie uważane za jedne z trudniejszych w całym ośrodku. Zjeżdżam do stacji pośredniej kolejki, by znów dostać się na górę. Niestety, wyciąg nieczynny - zerwał się silny wiatr i wzmogła zadymka. Dobrze byłoby się gdzieś ogrzać, ale najbliższy bar znajduje się na niedostępnym Carosello, a pogoda wcale nie zamierza się poprawić.

Tak jak większość osób, przesiadam się na sąsiedni wyciąg krzesełkowy, odstawszy swoje w kolejce. Pokonuję jeszcze trzy długie trasy, zahaczając po drodze o szczyt Vetta Blesaccia (2796 m) i nareszcie, przemarznięta do szpiku kości, docieram do restauracji na Costaccia (2328 m).

Trasy nie przypadły mi do gustu, za co obwiniam pogodę i słabą kondycję. Dopiero gdy dwa dni później niebo trochę się przejaśni, ujrzę je pięknie oświetlone o poranku. Ale wtedy bawię już na stokach po drugiej stronie doliny.

***

Codziennie o 8.30 zjawiam się pod gondolą na Mottolino (2402 m n.p.m.). O tej porze nie ma kolejek. Ścisk zaczyna się dopiero koło 10, gdy zjawiają się rodziny z dziećmi (przeważnie Polacy i Niemcy). Nie trwa jednak dłużej niż pół godziny i potem znów wsiada się do gondoli prosto z marszu. Wzdłuż wyciągu prowadzą dwie łagodne trasy o równomiernym nachyleniu - czerwona i niebieska. Zostawiam je sobie na popołudnie, gdy poczuję już w nogach lekkie zmęczenie.

Na szczycie Mottolino jest duża restauracja, bar i taras widokowy. Dotarłszy tam, przesiadam się od razu na krzesełko jadące na Monte della Neve (2785 m), czyli Górę Śniegu. Podróż trwa około piętnastu minut, bo wyciąg jest stary i sunie powoli. Można za to przeczytać umieszczone na słupach prowokacyjne pytania: "Czy zjechałbyś na nartach ze związanymi rękami?", "A może z kubkiem gorącej czekolady w ręku?", "Czy prześcignąłeś już swojego mistrza?"... Po drodze popatruję na trasy ubite przez ratraki. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest ich więcej niż na Carosello, a może są tylko lepiej połączone? Te po lewej prowadzą do Trepalle; nieco dalej - stoki Monte Sponda (2576 m) i przytulne drewniane schronisko Camanel; jeszcze dalej - czarne trawersy. Nie brak też łatwiejszych, niebieskich. Freestylowcy i skialpiniści znajdą leśne głusze i dziewicze szlaki pod Monte della Neve, a snowboardziści - snowpark przy trasie do Trepalle, znany m.in. z zawodów Burton European Open. U stóp Mottolino wytyczono też szlaki dla amatorów biegówek (w grudniu sezon narciarski otwierają tu maratony - Sgambeda dla dorosłych i Mini Sgambeda dla dzieci).

Postanawiam zjechać z Monte della Neve trasą czerwoną. Nikt jeszcze nie zdążył rozjeździć utwardzonego śniegu, jestem na stoku zupełnie sama, dopiero koło 13 zrobi się tłoczno i powstaną muldy. Za mną ostre granie Monte della Neve rzucają na dolinę głęboki cień, przede mną - oświetlone przez słońce stoki Carosello. Szkoda tylko, że szlaki są kiepsko oznaczone...

***

Wieczorem zaglądam do Livigno. Miasteczko nie ma typowej zwartej zabudowy z piazza , ratuszem i kościółkiem, tylko dwie długie ulice, przy których przycupnęły urocze pensjonaty z malowanymi wykuszami (rodzajowe scenki i naiwne landszafty z myśliwymi, pasterkami, kozami). Domy nie dorównują co prawda solidnym chatom tyrolskim, ale też mają swój charakter, w otynkowanych gładko ścianach widać gdzieniegdzie pojedyncze kamienie. Typowe dla regionu są też tzw. bait , czyli bacówki - drewniane chaty z dachami zaopatrzonymi w poprzeczne belki, dzięki którym nie osuwa się śnieg. Centrum tworzy kameralna via Plan z hotelami i restauracjami oraz sklepami z alkoholem i perfumami po niższych cenach. Nie przesadzałabym jednak z kupowaniem trunków, Austriacy na granicy ze Szwajcarią lubią kontrolować samochody wracające z Livigno.

W bocznej uliczce natrafiam na sklepik z miejscowymi smakołykami: konfiturami, makaronem i serami (kupuję kozi o nazwie Livigno). Jest też słynny speck - dojrzewająca 22 tygodnie szynka. Sprzedawczyni częstuję mnie na zachętę szynką wołową bresaola - to specjalność Valtelliny podawana na przystawkę z rukolą i parmezanem. W galerii ze starociami tuż za rogiem piętrzą się olbrzymie dzwonki na szerokich skórzanych paskach, rakiety śnieżne, drewniane chodaki, filcowe kapelusze, narzędzia i wagi pamiętające początek XX w.

***

Do oddalonego o 30 km Bormio prowadzi wąska, skalna półka. Drogowskazy przypominają, że znajdujemy się w Parku Narodowym Stelvio (obejmuje północną część Lombardii i południowy Trydent). Już z daleka widać szczyt Cima Bianca (3012 m n.p,m.), wokół którego skupiły się główne trasy narciarskie tych okolic. Na górę można wjechać gondolą, która zabiera aż 75 osób. Przypadkowo spotkani Polacy opowiadają, że wagonik mknie nad niebotyczną przepaścią, a widoki zeń należą do najwspanialszych (niestety, zabrakło nam czasu, by przekonać się o tym osobiście).

Zwiedzamy miasteczko i słynne termy ( www.bormioterme.it ). Po raz pierwszy wspominał o nich Kasjodor, rzymski polityk i kanclerz na dworze królów ostrogockich, w liście do Teodoryka Wielkiego z 535 r. Dobroczynne działanie tutejszych wód siarczanowych poznał też Leonardo da Vinci. Wypływają ze źródła Cinglaccia, a ich temperatura sięga nawet 40°C. Poleca się je osobom z chorobami skóry, układu krążenia i zwyrodnieniami stawów.

Znajomi pluskają się w gorących basenach z hydromasażem (jeden pod gołym niebem) i relaksują w aromatycznych saunach (jest nawet tradycyjna sauna turecka), a ja wybieram się na spacer. Stare miasto da się obejść w godzinkę. Fasady domów zdobią wyblakłe freski, a potężne drewniane drzwi mają mosiężne okucia. Kieruję się w stronę baszty zwieńczonej blankami. To dzwonnica Torre della Bajona na głównym placu del Kuerc. Jak głosi legenda, gdy nieprzyjacielskie wojska Viscontich zbliżały się do Bormio, tak mocno bito na alarm, że rozhuśtany dzwon spadł z wieży i rozbił się na kawałki. To jedna z trzech ocalałych baszt miasteczka, w XIV w. było ich ponad 30.

Mijam kościół La Chiesa Parrocchiale z 824 r. i wstępuję do knajpki tuż obok, by spróbować lokalnych dań. Całe szczęście, że zdążyłam zamówić tylko pizzocheri - są tak sycące, że nie zdołałabym zjeść nic więcej. To tagliatelle z mąki gryczanej, podawane z pokrojonymi w kostkę ziemniakami i liśćmi gotowanej kapusty, zapieczone w serze. Łakomczuchom poleciłabym jeszcze sciatt , czyli smażone na oliwie kulki z mąki gryczanej faszerowane serem, oraz besciolę - ciastko z kandyzowanymi owocami. Na koniec kelnerka przynosi kieliszek limoncello . Tradycyjnie likier pochodzi z Sorrento, ale ten północny też mi smakuje. Rozglądam się po sali - tuż obok siedzi para Czechów, dalej Polacy, a w głębi dziesięcioro Rosjan.

Od 46 lat w pierwszą sobotę lutego w Bormio odbywa się Palio. O palmę pierwszeństwa - "sławę i honor" - przedstawiciele pięciu kontrad (czyli dzielnic) walczą nie na koniach, jak w Sienie, lecz na biegówkach. Rozgrywki organizowane są w wąskich, specjalnie naśnieżanych uliczkach. By wziąć w nich udział, trzeba urodzić się w Bormio i na stałe tu mieszkać. Na stokach Cima Bianca organizowany jest natomiast slalom gigant, a w dolinie - wyścig sań ciągniętych przez konie.

***

Mija kolejny dzień, a śnieg jak padał, tak pada. Media donoszą o złych warunkach na szosach, autostrady w Val d'Aosta są nieprzejezdne. Koleżanka z Mediolanu skarży się przez telefon: "Paraliż. Oni tu w ogóle nie są przygotowani na taką pogodę, wczoraj wzięłam urlop, bo nie mogłam dostać się do pracy".

Ostatniego dnia już nie jeździmy. Nawet przez dobre gogle widać niewiele, a rękawice, czapki i szaliki można by wyżymać. Większość czasu spędzamy w barze, rozgrzewając się bombardino.

Kiedy nazajutrz o 7 rano ruszamy w kierunku tunelu Munt La Schera, pługi i piaskarki stoją jeszcze w garażach. Biel aż kłuje w oczy, a wycieraczki nie nadążają z odgarnianiem świeżego puchu. Mijamy drewniany szyld z nazwą Livigno. Przykrywa go gruba czapa śniegu. Wynajęcie domu od pana Rodigari - 350 euro za tydzień, sześciodniowy skipass - 145 euro

W sieci

www.waltellina.com

www.livignese.it

www.livigno.pl