Z osiołkiem na stok. Narty w Maroku

Wszystko zaczęło się parę lat temu, na FISowych zawodach we francuskiej stacji Val Thorens. Na moje zachwyty nad najwyżej położoną stacją w Europie ktoś odpowiedział, "u nas jest wyższa". Młody, uśmiechnięty chłopak o ciemnej karnacji szybko dodał, "u nas w Maroku". To chyba jakieś nieporozumienie. Po pierwsze, co robi Marokańczyk na tyczkach? Po drugie, co to za głupie gadanie o afrykańskich ośrodkach narciarskich?

Po kolei. Człowiek nazywa się Samir Azzimani. Mieszka na przedmieściach Paryża, w dzielnicy, gdzie lepiej wieczorem nie zabłądzić, i jeździ na nartach. Zawodniczo. Prawie zawodowo: spędza pół roku pracując, żeby resztę czasu trenować i startować. Faceta nie sposób nie polubić. Cały czas wesoły, uśmiechnięty, pomocny. Nieco zarozumiały - ale cóż, kiedy się jest narciarskim czempionem Maroka, uczestnikiem Mistrzostw Świata (jego słynny przejazd w 2001 r. z wybitym obojczykiem w gipsie pokazywały wszystkie stacje), inaczej patrzy się na świat. Parę miesięcy po pierwszym spotkaniu odwiedzam go w domu - jego mama prawie nie mówi po francusku, cały dom wygląda, jak przeniesiony żywcem z Maroka (przynajmniej tak to sobie wyobrażam) - dywany, ozdoby, meble, kolory ścian. Ale co ten świat ma wspólnego z nartami? Przecież to nie ma najmniejszego sensu, narciarz z Maroka. O, jakiż ja ignorant jestem! Mea culpa! Niniejszy artykuł jest pokutą, którą jestem winien Samirowi, i powstał głównie dzięki niemu.

Pierwszy (afrykański) śnieg

Pojedźmy na południe. Na to prawdziwe, gdzie narty są anegdotą. Dalej, niż lazurowe wybrzeża Francji, dalej nawet, niż hiszpańska Sierra Nevada, ostatni, jakby się mogło wydawać, bastion narciarzy na północnej półkuli. Ale grzejmy dalej. Casablanca. Pierwszy krok w Afryce. I dalej, niżej, cieplej.

Zatrzymamy się w Ifrane. Ta górska wioska na północy kraju jest miejscem przedziwnym. Nazywana najmniej marokańskim miejscem w Maroku, to całkiem inna bajka od reszty kraju. Po przebiciu się przez piękny, cedrowy las, wznosimy się prawie dwa kilometry ponad miasteczko Meknes, a przed naszymi oczami pojawia się... szwajcarska wioska. Jak tłumaczy Samir, z tą Szwajcarią to drobne nieporozumienie. Francuzi, którzy zbudowali miasteczko kilkadziesiąt lat temu, postanowili odtworzyć swoją ukochaną ojczyznę. W Ifrane znajdziemy więc architekturę wszystkich regionów Francji - parę domów z Bretanii, parę z Alzacji... Brakuje tylko - ośrodka narciarskiego. Parę kilometrów wyżej dojedziemy co prawda do Mischliffen (Miszlifen), drugiej co do wielkości marokańskiej stacji, ale nie oczekujmy cudów. Dwieście metrów różnicy wzniesień. Dwa (tak, dwa) wyciągi pamiętające francuskich kolonizatorów, którzy je postawili w latach sześćdziesiątych. I tyle. Widok piękny. Zbocza porośnięte potężnymi cedrami; kiedy jest śnieg (styczeń-luty) można między nimi wykroić parę skrętów. Samir radzi, żeby pojechać jeszcze kawałek dalej, gdzie stoi nieczynny krzesełkowy wyciąg. Dla tych, którym podchodzenie niestraszne, to wspaniałe tereny: "Tu zawsze jest śnieg", mówi Samir. A w Afryce to nie byle zaleta. Jeśli również jesteście rozczarowani, pojedźmy dalej na południe. Do Czerwonego Miasta: Marakesz.Tu się zatrzymamy. Rozglądnijmy się.

Marakesz - narciarska stolica Afryki!

To jakiś żart. Takie Grenoble, przez wielu uważane za francuską stolicę Alp, też jest płaskie, ale przynajmniej czuje się tu górskie powietrze, są też organizacje, kluby. Nawet Warszawa wydaje się sensowniejsza - przynajmniej czasem pada tu śnieg. Ale Marakesz, spalony słońcem Klejnot Południa? Ruchliwe, głośne, kolorowe miasto wielkich targowisk i niesamowitych pałaców?

A jednak. Wystarczy podnieść wzrok. Ten niesamowity, potężny łańcuch obejmujący Marakesz, to Atlas. Zaczyna się tuż nad morzem, kończy gdzieś "nad" Saharą. Oczywiście już Ifrane, gdzie byliśmy wcześniej, jest częścią Atlasu, ale dopiero tu można zrozumieć, skąd takiemu Owidiuszowi przyszło do głowy, że to Perseusz zamienił olbrzyma Atlasa w gigantyczną skałę. Dziesięć szczytów wyrasta ponad 4000 m (i ciągle rosną! zdaniem naukowców spokojnie przekroczą 6000 m !), jednak francuscy ski-alpiniści szczególnie upodobali sobie Górę Gór, czyli Toubkal, z oczywistego powodu - jest najwyższy (4165 m). Ale nie ma się co tam od razu pchać, zresztą w górskich schroniskach (kamiennych domkach bez ciepłej wody, ogrzewania, często i elektryczności...) wokół tego popularnego szczytu bywa tłoczno,i sam smrodek wygnał już niejednego poszukiwacza przygód. Wybierzmy się najpierw w stronę cywilizowanego narciarskiego świata.

Wyciąg osiołkowy: ride the donkey

Wyjeżdżamy z Marakeszu w stronę Oukamaiden. Przez miejscowych nazywany l'Ouka, jest największą stacją narciarską północnej Afryki (nazwanie go ośrodkiem to już może lekka przesada), i najwyżej położoną stacją całego kontynentu. Samir miał rację: 2630 m n.p.m., to o ponad 300 wyżej niż Val Thorens! Ale to nie dlatego organizacja Resort Sports Network mianowała Oukamaiden najbardziej niezwykłą stacją narciarską na świecie (wyprzedził m.in. ośrodki w Pakistanie, RPA i Iranie). To przez osiołki. Ale do osiołków jeszcze trochę. Na razie jedziemy taksówką, a że nie mamy kompletu do taxi-busa, bierzemy normalną taryfę. Taksiarz oczywiście będzie się chciał targować, ale ku jego rozczarowaniu możemy poprosić o włączenie licznika, który zwykle działa doskonale (wychodzi jakieś 20-25 euro za przejazd).

Choć w Atlasie nie brak pięknych stoków, infrastruktura przypomina tu raczej niegdysiejsze polskie warunki. Osiem wyciągów, z czego jedne nowe krzesła, dla Polaka wygląda swojsko - to coś w rodzaju dawnego Szczyrku. Różnica wzniesień też jest podobna do Skrzycznego (niecałe 700 m). Tak naprawdę nie wiadomo jednak, ile wyciągów funkcjonuje. Hiszpańskie krzesła działają, ale żeby na nie wsiąść, trzeba zdjąć narty, a wysiadanie w butach narciarskich i z nartami w ręku jest umiejętnością, której młodsze pokolenia mogą już nie posiadać.

Mamy do dyspozycji 20 km tras (najdłuższa ma 3 km), jednak tu nie kończą się możliwości. Bo wyciągi nie docierają do szczytu góry... co wcale nie znaczy, że wyższe stoki są niedostępne. Wystarczy przy górnej stacji wynająć osiołka (z osiołkowym przewodnikiem), który zabierze nas ze sprzętem aż na szczyt. Stamtąd otwierają się nowe, wspaniałe tereny freeride'owe, ze stromiznami i skałkami, których Skrzyczne może tylko pozazdrościć. Z grzbietu osiołka, prowadzącego nas do kolejnego wspaniałego korytarza, staje się oczywiste, że wyciąg to nieekologiczny przeżytek.

Samir stwierdza, że osiołki są super, ale nie można się wiecznie wyróżniać dziwactwem, nie zapewniając paru podstawowych rzeczy, jak dobrze zrobione stoki, zadbane wyciągi. Zarzeka się, że po skończeniu kariery sam się tym zajmie. Już mnie zaprasza do "swojej" przyszłej stacji Oukamaiden. Z armatkami śnieżnymi (w chwili obecnej pojeździmy najwyżej od połowy grudnia do połowy marca), dobrymi wyciągami i wypożyczalniami na poziomie, na które będzie stać również mniej zamożnych Marokańczyków. Teraz mogą oni tylko wypożyczyć narto-buto-wiązania, pocieszne nierozłączne zestawy sprzed paru świetlnych lat. Na razie jest jak jest. Jak w większości południowych krajów, narty są tu zabawą dla bogaczy. Nie spotkamy tu tych samych twarzy, co na targu w Marakeszu. Za to tuż obok paru eleganckich domów stojąw nieładzie lepianki tutejszych ubogich górali, Berberów (to oryginalna społeczność pasterska, która do dziś przestrzega dawnych tradycji). Zjemy tu dobre, tradycyjne jedzenie marokańskie (a w przerwach wypijemy słodką miętową herbatę), ale restauracje są piekielnie drogie - za proste danie zapłacimy około 10 euro. Infrastruktura hotelowa jest słabo rozwinięta, lepiej dojeżdżać tu z Marakeszu. Jeśli ktoś się uprze, przyjemnie jest w "Chez Juju" (właściciele to Kanadyjczycy) i w "Le CAF" (Francuzi), ale znacznie drożej, niż w Marakeszu.

Dalej, wyżej, ciekawiej

Samir potwierdza, że aby naprawdę poczuć klimat Atlasu, trzeba (na razie) zapomnieć o wyciągach. Czterotysięczniki czekają na chętnych, a nakręcony tu parę lat temu film legendarnego Warren Miller Productions jest gwarancją, że może być naprawdę dobrze. Przewodnika można wynająć w Marakeszu, w górskich wioskach (w granicy 20-30 euro od osoby za dzień), i w internecie ( www.moroccotrek.com , natvges@iam.net.ma ). Na szczęście dowiaduję się też w międzyczasie, że moje wiadomości o warunkach noclegowych w rejonie Toubkal są nieaktualne. Schronisko Francuskiego Klubu Alpejskiego (CAF) zostało całkowicie odnowione. Nie tylko ma już ciepłą wodę i elektryczność, ale stało się najbardziej ekologicznym miejscem w Maroku, z przyjazną dla środowiska spalarnią śmieci i nowoczesnym systemem odprowadzania ścieków. Ale tak naprawdę to przez lenistwo zaciągnąłem nas na Oukamaiden. Znacznie lepsze tereny są wokół Toubkal. Wróćmy więc do naszych Francuzów, bądźmy twardzi, a góry ukażą nam dziesiątki rajów free-ride'owych, ski-tourowych, ski-alpinistycznych, zwał jak zwał, po prostu, narciarskich.

Chyba, że trafi się kolejny rok bez śniegu (w pierwszym numerze pisma "Montagnes Marrocaines" ("Marokańskie góry") wydawanego przez Francuski Klub Alpinistyczny (CAF) figuruje ogromny artykuł pt. "Zanika śnieg w Atlasie"). Wtedy, w oczekiwaniu na śnieżne armatki Samira, pozostają tylko duny Sahary.

Przydatne adresy internetowe:

www.skimaroc.tk , www.1000traveltips.org/toubkal.htm