Narty w Szwajcarii. Val d'Anniviers

Podczas śniadania z Jamesem Bondem zerkałem na Mnicha i Dziewicę

Przez miasteczko Sierre w szwajcarskim kantonie Valais bystro mknie Rodan. Jest marzec. Na wysokich szczytach gruba warstwa świeżego śniegu, ale w Sierre rozkwitają już magnolie, a niebawem zazielenią się rozległe winnice. Pocztowy autobus wspina się serpentynami na północne zbocza. Rodan przez chwilę jest wąską wstążką i znika, gdy wjeżdżamy w 30-kilometrową dolinę Val d'Anniviers. Z drugiej strony zamyka ją jęzor lodowca spływającego z Matterhornu (4476 m). Droga kończy się w Zinal. Jednym z nielicznych XX-wiecznych budynków jest trzygwiazdkowy hotel Europa, reszta wioski to przeważnie kilkuizbowe drewniane konstrukcje na słupach wbitych w kamienne fundamenty. Na głównej ulicy (są dwie) ani żywej duszy. Garstkę górali i zagranicznych turystów można spotkać wieczorem w restauracji albo w saunie.

***

O świcie jesteśmy umówieni z przewodnikiem Stephanem Albasinim, który pokaże nam lodowiec. Zapinamy śnieżne rakiety i ruszamy na całodzienną wycieczkę. Stephane - z jego opalonej twarzy nawet na chwilę nie znika tajemniczy uśmiech - wytycza szlak przez zaspy, zamarznięty potok i trasą biegów narciarskich. Kozice pasące się na stromych zboczach w ogóle nie zwracają na nas uwagi, na wysokiej grani zamarł wielki kozioł. Mijamy ścięte lodem wodospady, przecinamy zwaliska po lawinach, oglądamy ślady wyżłobione przez czoło lodowca (cofa się aż o 20 m w ciągu roku). Później wkraczamy na śnieżną pustynię. Po kolejnym kwadransie Stephane wskazuje palcem ciemną plamę - wejście do jaskini, którą odkrył 20 lat temu. Z bliska widać ukośne, błękitne warstwy odłupującego się lodu. Wślizgujemy się w jedną ze szczelin i na kolanach docieramy do końca kilkudziesięciometrowego korytarza. Temperatura musi być dodatnia, bo po ziemi płynie wąska strużka wody. Gasimy czołówki. Światło słoneczne sączy się przez grubą lodową powłokę. W półmroku błyszczą pęcherzyki powietrza, które zamarzły 400 tys. lat temu.

Droga powrotna jest znacznie łatwiejsza, tym bardziej że gna nas głód. Co wtorek w restauracji Alpina w Zinal serwowane jest raclette - to tradycyjne szwajcarskie danie pochodzi właśnie z Val d'Anniviers. Specjalny ser topi się nad ogniem i podaje z ziemniakami w mundurkach. Proste jedzenie uzupełniają białe półwytrawne wina z apelacji Les Coteaux de Sierre.

Val d'Anniviers to nie tylko Zinal, ale też Grimentz, Vercorin i Chandolin. We wszystkich tych miejscowościach poszalejemy na nartach. Jeden bilet obejmuje 45 wyciągów, 220 km tras zjazdowych, 63 biegowych i 5 snowparków. Pierwsze dwie stacje polecam zaawansowanym narciarzom, Vercorin i Chandolin - wszystkim. Z tej ostatniej wioski położonej na 1920 m widać najwyższe alpejskie szczyty, w tym Weisshorn (4505 m) i Mont Blanc (4807 m).

Nowym wyciągiem krzesełkowym docieramy na start toru saneczkowego - meta pół kilometra niżej. Po drodze dużo ostrych zakrętów i jeszcze więcej dobrej zabawy.

***

Pora opuścić Valais. Leuk, pierwsza miejscowość na wschód od Sierre to już strefa języka niemieckiego. W Brig przesiadamy się do pociągu, który przewozi nas przez przełęcz (parę metrów śniegu) nad Thunersee w kantonie berneńskim. W Interlaken zaczyna się jedna z najbardziej niesamowitych alpejskich przygód. Koleją dojeżdża się do Lauterbrunnen położonego w dolinie wyciętej jak kawałek tortu w pionowych skałach. Wydaje się, że dalej trzeba iść pieszo, ale stromo ułożone tory znikają w tunelu, by wynurzyć się z niego pół kilometra wyżej w Wengen. Nie prowadzi tu droga asfaltowa, więc w tym XVII-wiecznym kurorcie nie ma samochodów. Jest za to 27 hoteli, ponad sto apartamentów, a także tuzin restauracji, dwa kościoły, sklep z serami i wypożyczalnia sprzętu narciarskiego. Wszystko utrzymane w tradycyjnym stylu, nawet największe domy zbudowano z drewna i pokryto spadzistymi dachami. Sezon ma się ku końcowi, turystów - przeważnie Brytyjczyków - jak na lekarstwo.

Warto zajrzeć do centrum sportowego na tyłach wypożyczalni, gdzie można spróbować sił w mało popularnym w Polsce, a uwielbianym przez wielu Szwajcarów curlingu. Rywalizują dwie czteroosobowe drużyny, każdy zawodnik ma dwa ciężkie okrągłe kamienie. Gra polega na umieszczeniu jak największej liczby swoich kamieni w centralnym punkcie (tzw. dom) na końcu lodowego toru i wybiciu ślizgających się kamieni przeciwnika. Trzeba dużo wyczucia, żeby nie wywrócić się przy rzucaniu, nie mówiąc o precyzyjnym zagraniu.

***

Z Wengen tory wspinają się zakosami wyżej i wyżej na przełęcz Kleine Scheidegg (ponad 2 tys. m). Stąd można szusować kilkunastoma nartostradami o różnym stopniu trudności. Czarna trasa Lauberhorn przyprawia o dreszcze nawet zawodowców, którzy co styczeń ścigają się tu w ramach Pucharu Świata. Wzdłuż niej wije się stromy tor saneczkowy. W dwa kwadranse można dotrzeć nim z powrotem do Wengen - trzeba tylko trzymać się fioletowych słupków, bo pozostałe szlaki prowadzą w trudno dostępne zimą lasy. Gubię się w gęstej mgle i muszę ciągnąć sanki przez głębokie zaspy na zamkniętej pucharowej trasie slalomowej.

Wracamy kolejką na Kleine Scheidegg. Mgła zostaje w dole. Jak na dłoni widać trzy trójkątne szczyty i rozpychający się między nimi lodowiec. Eiger (3970 m) jest najniższy, ale przyciąga najwięcej śmiałków. Pierwszy człowiek pojawił się na nim w 1858 r., ale słynne północne wejście zostało zdobyte dopiero przed II wojną światową. Największa tajemnica kryje się jednak wewnątrz góry. To tunel wydrążony przez inżyniera Adolfa Guyer-Zellera (1839-99). Projekt pochłonął ostatnie trzy lata życia tego wizjonera i jeszcze 13 po jego śmierci. Żeby tam się dostać, trzeba jednak pokonać 12 km i prawie 1,5 tys. m różnicy wysokości! Podróż pociągiem wyposażonym w dodatkowe zębate koło trwa prawie godzinę. Po drodze kolejka zatrzymuje się na dwóch stacjach - przeszklonych grotach. Podziwiamy niezapomnianą panoramę północnej Szwajcarii.

Przygoda, która zaczęła się w Interlaken, kończy się na 3454 m. Nie do wiary, że udało się tu wjechać pociągiem! Ale na Szczyt Europy - taki przydomek nosi przełęcz Jungfraujoch - trzeba jeszcze wjechać ponad sto metrów windą. Dopiero ze znajdującego się tu tarasu widać, że sąsiadująca z Eigerem Jungfrau (4158 m) jest wyższa od Möncha (4107 m). Nazwy obu szczytów - Dziewica i Mnich - mogą być mylące. Pierwszą nadano z powodu sekty religijnej mieszkającej dawniej u podnóża góry, drugą - na cześć pasących się w dole dzikich koni zwanych końmi mnicha. Na południu rozciąga się kanton Valais i północne stoki włoskich Alp, na zachodzie góruje Mont Blanc, na północy majaczy Berno i Zurych, a przy dobrej pogodzie można dostrzec nawet niemiecką Badenię (znacznie więcej widzą zapewne astronomowie z obserwatorium w najwyższym punkcie przełęczy). Poniżej tarasu można pospacerować po niewielkim muzeum wykutym w lodowcu, w którym eksponatami są rzeźby zwierząt - oczywiście z lodu.

***

Niezwykłe tory ułożono też na płaskowyżu po drugiej stronie doliny, w której leży Lauterbrunnen. Do stacji początkowej dostaniemy się tylko koleją linową, latem także na piechotę. Po ośmiu kilometrach jazdy ciuchcią wysiadamy w osadzie Allmendhubel malowniczo położonej na skraju przepaści. Wagonik wciąga nas na Brig, a tam przesiadka na Schilthorn (2970 m). W obrotowej restauracji czeka śniadanie. Szampan podany do jajecznicy zwiastuje niezwykłego gościa. Co prawda nie zjawia się osobiście, ale możemy go oglądać na ekranie w sali kinowej pod restauracją. To James Bond (George Lazenby) "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości" z 1969 r. - szóstej odsłonie kultowego filmu. Ubrany w jednoczęściowy kombinezon ucieka na jednej narcie po stromym stoku przed zgrają "złych", a już chwilę później ląduje na szczycie i rozbraja przeciwników w ich mateczniku. Na tych ujęciach bez trudu rozpoznaję okrągłą restaurację i szczyt Schilthornu przemianowanego w filmie na Piz Gloria. Nie dziwię się, że reżyser Peter Hunt właśnie to miejsce wybrał do kręcenia tych widowiskowych scen. Panorama masywu Jungfrau jest równie spektakularna jak ta ze Szczytu Europy.

W dół prowadzi czarna trasa, która później rozgałęzia się na kilka niebieskich i czerwonych. Nieco poniżej restauracji znajduje się meta Inferno - morderczego triatlonu, w którym co roku w sierpniu uczestniczą setki sportowców. Wyścig zaczyna się w Thun, skąd trzeba przepłynąć do Oberhofen (3,1 km), dalej rowerem szosowym dojechać do Grindelwald (97 km), rowerem górskim dotrzeć do Stechelbergu (30 km, po drodze przełącz Kleine Scheidegg) i wreszcie wbiec tu (25 km, 2 tys. m różnicy wysokości). Zimą pozostaje zjazd na nartach - bez zatrzymywania można przejechać 14 km.

Od lodowca do festiwalu

Spacer na lodowiec Zinal - przez cały rok (od grudnia do marca w rakietach śnieżnych) we wtorki i czwartki lub po umówieniu, Stephane Albasini, tel. +41 078 6647563, http://www.montagne-evasion.ch ; Stephane zaprasza też na wspinaczkę po zamarzniętych wodospadach, a latem na trekking, canyoning i jazdę konną

Wypożyczenie nart czy snowboardu na 1 dzień - 20-55 franków, buty - 10-25, sanki - 20, http://www.intersport.ch

Pociąg na Jungfraujoch - kursuje mniej więcej co godzinę, podróż z Interlaken w jedną stronę trwa co najmniej 2 godz. z przesiadkami w Lauterbrunnen i na Kleine Scheidegg; do Kleine Scheidegg obowiązuje skipas, wyżej tylko specjalny bilet - od 100 franków, http://www.jungfraubahnen.ch

Karnet Swiss Pass - 4-, 8-, 15-, 21- lub 30-dniowy na wszystkie szwajcarskie środki transportu z wyjątkiem kolejek górskich - od 192 do 566 franków, w tym 50 proc. zniżki, m.in. na Jungfraujoch i czynne także latem koleje linowe, darmowe wejście do 400 muzeów w całej Szwajcarii, http://www.swisstravelsystem.ch

Snowpenair - festiwal muzyki rozrywkowej na przełęczy Kleine Scheidegg 31 marca - 1 kwietnia; wystąpią m.in. Polo Hofer i Bryan Adams, ponadto program dla dzieci. Wstęp wraz z biletem kolejowym - 95 franków, dzieci - 40, http://www.snowpenair.ch

1 frank szwajcarski = 2,4 zł