Quebec: Laurentydy nocą i dniem

Wyobraźmy sobie wieczorny wypad po pracy na parę zjazdów w idealnych warunkach...

Na całkowicie płaskim terenie co pewien czas pojawiają się guzy - to Laurentydy, góry otaczające Montreal. Spotkani w mieście Polacy zabierają mnie na swój ulubiony stok... niewiele większy od warszawskich Szczęśliwic!

Po pierwszym rozczarowaniu jest już tylko z górki. I to czasami całkiem sporej, np. Mont Tremblant, narciarska wizytówka prowincji, ma 645 m różnicy wzniesień (więcej niż Goryczkowa). Dla Quebecu to ważne miejsce, bo pochodzą stąd, najwybitniejsi ostatnio, kanadyjscy narciarze. Do niedawna panowało przekonanie, że w Kanadzie potrafią jeździć tylko na zachodzie, w Górach Skalistych. Dopiero w ostatnich sezonach narciarskiego Pucharu Świata zawodnicy z Mont Tremblant pokazali, że wschód ma się czym pochwalić. Tremblant od dawna walczy o pozycję Góry z Prawdziwego Zdarzenia. Każdego sezonu coś się tu zmienia: powstają nowe wyciągi i trasy, modernizuje się elegancka górska wioska. Trudno się dziwić, że właśnie tu przyjeżdżają znani kanadyjscy politycy i artyści. Mont Tremblant stara się przyciągać różnorodną klientelę. Oprócz tradycyjnych zawodów powstają nowe, jak Spin 05 - wielka impreza łącząca narty z koncertami, dyskotekami i atrakcjami wszelakiej maści. Mont Tremblant leży stosunkowo niedaleko Montrealu - ok. dwóch godzin drogi. Szosy są tu tak nudne, że wielu mieszkańców miasta woli skrócić sobie mękę i spędzić więcej czasu na mniejszych stokach. Tym bardziej że do najbliższych stacji z centrum miasta dojedziemy w niewiele ponad pół godziny!

***

Cudownym odkryciem, którego dokonałem w Laurentydach, są narty nocą. W Europie jest wiele gór z oświetleniem na trasach, jednak trudno to porównywać. To kwestia skali: w Quebecu oświetlone stoki oznaczają często...100 procent stoków oświetlonych. Cała góra funkcjonuje równie dobrze w nocy, jak w dzień.

Kiedy w styczniu czy lutym temperatura spada poniżej 20 stopni Celsjusza, nocna jazda nie jest zbyt przyjemna. Ale kiedy pogoda łagodnieje, jeździ mi się lepiej niż w dzień. Jest mało ludzi, światła pozwalają widzieć lepiej niż podczas dnia - a poza tym (tu mrugam okiem do polskich stacji narciarskich) - stoki są po południu ratrakowane. Kto próbował jeździć wieczorem po gigantycznych muldach zakopiańskiego Nosala, wie, dlaczego to podkreślam. W Kanadzie wieczorny chłód utwardza nie muldy, lecz uczesany jak trawnik śnieg.

Wyobraźmy sobie wieczorny wypad po pracy na parę zjazdów w idealnych warunkach...

***

W Quebecu jest spora mniejszość polska, a miasteczko Rawdon Polacy upodobali sobie szczególnie. Nic więc dziwnego, że leżący tu Montcalm to polska góra. Ma nieco ponad 100 metrów różnicy wzniesień, siedem wyciągów i niewiele więcej tras. To typowa górka quebecka, gdzie wszyscy się znają, a w weekendy spędzają często więcej czasu na dole w restauracji niż na stoku. Mniejsze stoki tworzą swoisty mikroklimat, gdzie powstają minikultury. Sporo tu na przykład narciarskich akrobatów, czyli freestylerów lub slopestylerów. To z nudów. Znają trasy na pamięć, więc zaczynają psocić - tu podskoczy, tam odskoczy... Na niezliczonych quebeckich stokach i stoczkach zobaczymy młodych narciarzy skaczących "podwójne helikoptery" (skok z obrotem o 720 stopni) czy "back-flipy" (salta do tyłu).

Odkryłem też inną, genialną przewagę małych stacji. Któregoś dnia mróz był naprawdę straszny - prawie 40 stopni. Wyciągi działały, choć na stokach nie było praktycznie nikogo. Do butów i rękawiczek włożyłem specjalne ogrzewające wkładki (tzw. hot pads), założyłem wszystkie zimowe ubrania, jakie miałem (wyjątkowo dozwolone są również niemodne maski, a nawet szaliki!). Tak uzbrojony wyjechałem na górę. Zjechałem raz (nie szusem, bo za zimno) i błyskawicznie wyskoczyłem z nart, żeby w knajpce napić się gorącej herbaty, odsapnąć i podzielić się wrażeniami z wyprawy. Po paru minutach powtórzyłem ten rytualny zjazd. Nie trwało to długo, bo kalorie spalają się błyskawicznie.

A posiłek to w Quebecu rzecz święta. Quebec, ten francuski, ma własną historię i kuchnię, znakomitą, choć nieco ciężkawą. W przystokowych knajpkach raczej jej nie skosztujemy. Zamiast jednak kupować hamburgery i frytki, wybierzmy lokalną specjalność: poutine (wym.: puc-in), czyli grube frytki ze specjalnym serem (w rodzaju miękkiego cheddaru) i gęstym sosem. Dobre, choć tłuste.

***

Kanadyjczyków, podobnie jak Amerykanów, nieszczególnie interesuje narciarstwo wyczynowe w stylu europejskim, z tyczkami, slalomami i wciąż uciekającym czasem. Zgodnie z mitem wolności bardziej rozpowszechnionym ideałem jest tu freeride, czyli jazda poza trasami. Toteż każda stacja narciarska stara się stworzyć idealne warunki off-piste, wyznaczając i zagospodarowując specjalne trasy poza trasami. Paradoks? Nie w Kanadzie. Na tych trasach drzewa stoją w sporych odległościach, dzięki czemu nawet słabsi narciarze mogą pojeździć "w lesie". Zdarzają się nawet quasi-trasy wyrównywane ratrakami. Uwielbiam jazdę w lesie, ale takie inscenizacje zupełnie mnie nie przekonują. Wszystko jest zbyt dobrze ułożone, zbyt monotonne, zbyt... bezpieczne?

Już byłem gotów krytykować wschodnią wersję off-piste, kiedy wydarzyło się coś wspaniałego - w ciągu jednej nocy spadło grubo ponad pół metra śniegu. Robi to wrażenie nawet na moich kanadyjskich znajomych. Byliśmy umówieni na narciarski wyjazd do Jay Peak, pięknej góry w amerykańskim stanie Vermont (Montreal leży kilkadziesiąt kilometrów od granicy). Znajomi, przerażeni perspektywą zasypanych dróg, rezygnują. Upieram się, że nie odpuszczę ("uparty jak Polak" - usłyszałem tu kiedyś). Pędzę na przystanek autokaru kursującego w weekendy do Jay Peak. Nie ryzykuję 45 dol. na zakup przejazdu i dziennego ski-passu w jednym, bo wyciągi mogą nie pracować (sam przejazd 10 dol.). Moja decyzja nie była aktem desperacji. Po prostu zaufałem kanadyjskiej pasji odśnieżania. Każdy szanujący się obywatel ma w garażu odśnieżacz - maszynę wielkości potężnej kosiarki do trawy (czasem ma nawet miejsce dla kierowcy), która wypluwa śnieg imponującą fontanną. Również miejskie odśnieżacze pracują bezbłędnie i bez soli, używając specjalnej ekologicznej mieszanki. Autokar jest prawie pusty - większość Kanadyjczyków też się chyba wystraszyła. Tymczasem moja wiara w kanadyjską infrastrukturę się sprawdza - droga jest przejezdna. Dojazd z Montrealu (140 km) zajmuje nieco ponad dwie godziny - to znacznie lepiej niż przewidywałem. W dodatku wyciągi dopiero ruszają (głównie nieco przestarzałe krzesełka). A na stokach pusto i "pusznie" - Jay Peak ma reputację "puchowej góry". Tym razem warunki są po prostu niewiarygodne. A poza stokami - cudowny, akurat dość rzadki, autentyczny las. Jak na Laurentydy przystało.

Wokół Quebecu

http://www.tremblant.ca

http://www.skimontcalm.com

http://www.jaypeakresort.com