Skiarena Nassfeld - Austria

Oprócz 100 km nartostrad karyncka Skiarena to także 150 km zimowych szlaków pieszych i 300 km tras dla miłośników biegówek

Oceń ośrodek na Forum>>>

Wielu miłośników narciarskich jest zgodnych co do tego, że najlepszym miesiącem na wyjazdy na narty w Alpy jest marzec. Ze śniegiem zwykle problemu nie ma, na stokach - raczej luźno (a już na pewno luźniej niż w ferie), słoneczko świeci, dzień jest dłuższy, więc i wyciągi dłużej jeżdżą. Cóż więcej narciarzowi do szczęścia potrzeba? Do tego w marcu zaczyna się już tzw. niski sezon - ceny noclegów i karnetów są niższe, jednym słowem - finansowo się opłaca. No i sprawa dojazdu - choć w górach jest jeszcze sporo śniegu, w dolinach zaczyna się już wiosna, przez co ryzyko zawiei czy gołoledzi na drodze jest już raczej znikome.

Tym, którzy planują marcowy wyjazd, ale jeszcze się wahają - dokąd, polecam położony w austriackich Alpach region Skiarena Nassfeld. To nie tylko największy region Karyntii, najbardziej na południe wysuniętego landu Austrii, ale także najnowocześniejszy. W końcu nie bez powodu zaliczany jest do "topowej dziesiątki" najlepszych w Austrii regionów narciarskich. W sumie do wyboru mamy ponad 100 km tras, w większości czerwonych (średnio trudnych), rozrzuconych po kilku okolicznych górach. Trzeba przyznać, że łatwo się tu zgubić - przedostawanie się z jednego miejsca w drugie przypomina niekiedy bieg na orientację i bez mapki wyciągów ciężko sobie poradzić.

Najdłuższa gondolka

Najsłynniejsza z tutejszych tras to mająca długość 7,6 km Carnia. Miesiąc temu rozegrano na niej zawody Pucharu Europy (Polacy nie startowali). Górny odcinek Carni to całkiem fajna, czarna "ścianka", na której widok niejednemu narciarzowi robi się słabo (można jednak stromiznę objechać). Z kolei dolny odcinek - ok. 2,2 km - w każdy piątkowy wieczór jest oświetlany, tworząc jeden z najdłuższych w Europie oświetlonych stoków. Z pośród 30 wyciągów największą dumą regionu jest gondola Millennium Express, która w ciągu 17 min przenosi nas z parkingu na dole na wysokość 1919 m, pokonując przy tym dystans 6 km. Nazwa tej ponoć najdłuższej w Alpach gondoli nie jest przypadkowa - oddano ją do użytku właśnie na przełomie tysiącleci.

Przy szczytowej stacji Millenium Express na wysokości 1919 m n.p.m. ruch jak w ulu. Nic dziwnego - dojeżdżają tu także dwa orczyki i sześcioosobowe krzesła. Zjeżdżamy do przełęczy Pramollo - biegnie tędy granica z Włochami. Miłośnicy makaronów i lazanii mogą się wybrać na obiad do sąsiadów. Szkoda natomiast, że po włoskiej stronie nie ma wyciągów. Ale to tylko kwestia czasu, bo w planach już są. Szczególnie zależy na nich Włochom, bo już dawno doszli oni do przekonania, że łatwiej będzie im dostać się do Skiareny na nartach niż samochodami.

Z pingwinem bawić się!

Metodą kombinacji tras i wyciągów docieramy na Gartnerkofel - ten mający 2195 m szczyt to najwyższe miejsce, do którego da się wjechać. Widoki obłędne, a tymczasem z dołu dobiegają dźwięki muzyki. Przypomniało mi się, że gdy pytałam o halfpipe, powiedziano mi: Usłyszysz! To tam, gdzie będzie tak głośno! Faktycznie - kierujemy się tam, skąd dobiega dźwięk, no i jest - ale nie żaden tam skromny "half", lecz "twin pipe", czyli dwie biegnące równolegle do siebie rynny. Wydzielonych specjalnie dla snowboardzistów miejsc jest zresztą więcej. Podobnie swoje stoki mają też maluchy. Ich ulubieńcem jest "Bobo" - sympatyczny pingwin, maskotka regionu. Pod jego patronatem utworzono też narciarskie przedszkola (Bobo Club). Kiedy rodzice szaleją na stokach, pociechy lepią bałwany, budują śniegowy pałac, no i przede wszystkim - ćwiczą jazdę. Może wyrosną z nich narciarskie sławy? Niegdyś na tutejszych stokach rozpoczynał narciarską karierę pochodzący z tych okolic Armin Assinger - czterokrotny zwycięzca narciarskiego Pucharu Świata.

Tych, którym idzie to już w miarę dobrze, ciągnie specjalny tor zjazdowy, na którym można sprawdzić (za darmo) osiągniętą prędkość. Nie wiem, czy tylko tak trafiłam, ale miałam wrażenie, że głównymi użytkownikami toru była nasza polska młodzież (bo Polaków w ferie było w Nassfeld całkiem sporo).

Przede wszystkim - użytecznie

Co mi się w Nassfeld jeszcze podobało? Doskonałe przygotowanie tras (w razie potrzeby wszystkie mogą być sztucznie naśnieżane), urozmaicenie (różne stopnie trudności), jak również widoki przypominające nieco Dolomity. Ale widoki w każdych górach są ładne, natomiast ma Skiarena pewne rozwiązania, które wcale w innych regionach nie są powszechne. Niektóre pomysły zdecydowanie zasługują na uznanie, bo znacznie ułatwiają narciarzom życie. Pierwszy patent to specjalna karta chipowa, która oprócz tego, że jest ski-passem (do wykorzystania nie tylko w rejonie Nassfeld, ale także w innych ośrodkach Karyntii i Wschodniego Tyrolu), to może służyć czasem także jako klucz do hotelowego pokoju albo jako karta płatnicza w szkółkach narciarskich, wypożyczalniach sprzętu i niektórych restauracjach. Prawda, że wygodne?

Drugi bardzo prosty, ale także niezwykle użyteczny pomysł to przechowalnia sprzętu. Nie są to jednak typowe "boksy", jakie tu i ówdzie można spotkać, lecz doskonale zorganizowany, a zarazem tani system, w ramach którego powierzamy sprzęt obsłudze, dostając w zamian numerek, a gdy rano przychodzimy - oprócz nart lub deski dostajemy cieplutkie, wysuszone buty.

Mimo że zostawianie na noc sprzętu w przechowalni jest w Nassfeld bardzo popularne, to ten, kto się uprze nosić go z sobą, tak naprawdę się tym nie zmęczy. Parking w Tropolach przy dolnej stacji gondoli jest ogromny (mało kto decyduje się, by wjechać wyżej wąską i krętą drogą), więc żeby narciarze się nie zmęczyli, rozwozi ich po nim "minipociąg". Zwłaszcza dla dzieciaków to dodatkowa atrakcja.

Świadectwo z jodłowania

Lista atrakcji regionu Nassfeld nie wiąże się tylko z jazdą na nartach. Weźmy np. kulinaria - lokalną specjalnością jest Gailtaler Speck - rodzaj bekonu, na którego cześć co roku organizuje się nawet okolicznościowy festiwal, a także wyrabiany na alpejskich halach specjalny gatunek sera. Zresztą przy dolnej stacji gondoli wspomniane mięsiwo ma uroczą reklamę - wielką, sympatyczną świnkę dzierżącą słynny ser.

Kto lubi wykraczać poza standardy, powinien skorzystać z reklamowanej okazji i zapisać się na seminarium z jazdy na sankach i jodłowania. Dobra zabawa zapewniona - na koniec możemy zjeżdżać, równocześnie jodłując. Nasze umiejętności zostaną potwierdzone stosownym dyplomem wystawionym przez niejakiego profesora Franza - eksperta w dziedzinie jodłowania. Narciarskimi umiejętnościami trudno nam będzie w Polsce imponować, za to jodłowaniem na pewno!