Mundial 2010. Włosi bezradni. Lippi uspokaja

Włochy - Nowa Zelandia 1:1. Każdy, kto postawiłby na remis mistrzów świata z pogromcami Vanuatu, zostałby uznany za wariata. Tymczasem Włosi nie dali rady ambitnie walczącym wyspiarzom i w ostatnim meczu muszą wygrać ze Słowacją, by pozostać w turnieju

W najsilniejszym składzie piłkarze Marcelo Lippiego rywali pokroju Nowej Zelandii zdominowaliby na boisku jeszcze przed wyjściem z szatni. Jednak o komforcie na ławce rezerwowych i wyjściowej jedenastce Lippi zapomniał już na pokładzie samolotu lecącego do RPA. W składzie mistrzów świata zabrakło emerytowanego Alessandro Nesty, z ławki rezerwowych grę kolegów obserwuje chory Adrei Pirlo, a krnąbrni Mario Balotelli, Antonio Cassano i Francesco Totti mistrzostwa oglądają z perspektywy zwykłych kibiców.

- Nie żałuję podjętych decyzji. Nadal wierzę w ten zespół - wciąż przekonuje trener Włochów.

Odpowiedzialność za mniej doświadczonych kolegów miał wziąć 36-letni Fabio Cannavaro, ale podstarzały kapitan Włochów - podobnie jak w pierwszym meczu z Paragwajem - nieporadnością odstawał już nawet nie od swoich kolegów z drużyny, ale imponujących spokojem rywali. Już w 7. minucie jego pierwszy błąd kibiców z Oceanii wprawił w ekstazę. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego piłka odbiła się od uda Cannavaro, trafiając pod nogi będącego na metrowym spalonym Shane'a Smeltza. Napastnik Gold Coast Utd. bez trudu pokonał Federico Marchettiego, a gwatemalski sędzia Carlos Batres nie zareagował.

Nowozelandczycy zaskoczeni łatwością - i jakkolwiek by patrzeć łaskawością arbitra - grzecznie ustawili się na własnej połowie, a Włosi zakasali rękawy, by zapobiec większej kompromitacji. Mieli szczęście, bo na wykonanie tego zadania mieli aż 83. minuty. Gorzej, że w obronie raz po raz prezenty rywalom rozdawał Cannavaro, a duet napastników, jakby nie zainteresowany zdobywaniem bramek, nie oddał przed przerwą ani jednego celnego strzału. Widząc nieporadność obrońców tytułu, z odsieczą przyszedł... arbiter. W 28. minucie wypatrzył w polu karnym faul Tommy'ego Smitha na Danielu De Rossim. Kiedy z rzutu karnego bramkę strzelał Vincenzo Iaquinta, wydawało się, że faworyci po początkowym zaćmieniu włączą długie światła i jeszcze do przerwy wyprzedzą próbujących urwać się rywali. Nic z tego.

Po przerwie piłkarze z Półwyspu Apenińskiego dwoili się i troili, ale na ambitnie walczących wyspiarzach nie robiło to najmniejszego wrażenia. W bramce po profesorsku spisywał się Mark Paston, na co dzień wyłapujący strzały napastników z takich potęg australijskiej A-League jak Brisbane Roar czy Perth Glory. Jeśli Włosi nie chcą w przyszły weekend wrócić do domu, muszą w czwartek pokonać Słowację.

Na razie piłkarze azzurich stanęli w jednym szeregu z Hiszpanami, Francuzami, Anglikami i Niemcami, którzy przyjeżdżając do RPA, od pierwszego dnia obsesyjnie myśleli o deserze (fazie pucharowej), a wciąż dławią się ciężko strawnymi przystawkami (fazą grupową).

- Nie wiem, czy w ostatnim meczu Pirlo nam pomoże, ale o wynik jestem spokojny - zakończył Lippi.

Więcej o: