Grupa G na MŚ 2010. Gdzie dwie Brazylie

się biją, tam korzysta Wybrzeże Kości Słoniowej? To najsilniejsza reprezentacja z Afryki, ale wpadła do najmocniej obsadzonej mundialowej grupy.

Cristiano Ronaldo i Jose Mourinho. Najsławniejszy obok Messiego futbolista, bezwzględnie najsławniejszy trener. Gdyby mierzyć tylko medialny rozgłos, żadna nacja nie byłaby w stanie wystawić porównywalnego duetu. Gdyby mierzyć sportową klasę, chyba też nie.

Ale drużyna z małego państewka leżącego na obrzeżach Europy, które stale wypuszcza w świat wielkie futbolowe osobowości, do murowanych faworytów turnieju nie należy. Mourinho sprzedaje swoje umiejętności zagranicznym klubom, piłką reprezentacyjną gardzi, zamierza zająć się nią dopiero przed emeryturą. Ronaldo dla ojczyzny gra, ale prawdziwe umiejętności również sprzedaje zagranicznym klubom. Czy zakłada koszulkę Manchesteru Utd, czy koszulkę Realu Madryt, roznosi rywali w strzępy często samotnie, bez wsparcia kolegów. W koszulce Portugalii maleje. Przez siedem eliminacyjnych meczów, co wprost niewiarygodne, nie strzelił gola ani nie wymyślił asysty. W sparingach też cierpi. A to musi strawić najwyższą w karierze porażkę (2:6 z Brazylią), a to w przededniu MŚ nie umie celnie uderzyć na bramkę Republiki Zielonego Przylądka i ze 117. drużyną w rankingu FIFA faworyci remisują 0:0.

Portugalczycy są małą Brazylią nie tylko ze względu na język. Sami o sobie mówią, że Szwedzi wydają im się bardziej egzotyczni niż Brazylijczycy; notorycznie tych ostatnich naturalizują (na mundialu w podstawowym składzie zagrają Pepe, Deco i Liedson); mają stale rosnące, coraz bardziej zbliżone do "Canarinhos" futbolowe aspiracje. Przed czterema laty z brazylijskim trenerem Luizem Felipe Scolarim zatrzymali się tuż przed podium, teraz chcieliby na nie wskoczyć. Na medal nie grają, ale przy postaciach zaludniających ich szatnię nie ma alternatywy - trzeba mierzyć wysoko.

Brazylijczycy pod presją grają zawsze, nawet srebro przyjmują z rozczarowaniem i teraz też usatysfakcjonuje ich tylko złoto, ale poza tym wszystko wygląda inaczej. Dowodzi nimi człowiek, na którym sławne nazwiska nie robią wrażenia, choć w samodzielnej pracy na ławce debiutuje. Dunga, mistrz świata z 1994 roku, piłkarzem był stricte defensywnym, specjalizującym się w czarnej robocie, a dziś stał się trenerem surowym, który nie toleruje gwiazdorstwa i kilku bożyszcz, z najgłośniejszym przypadkiem Ronaldinho na czele, do mundialowej kadry nie powołał. On nie czuje potrzeby, by drużyna zachwycała, on żąda futbolu wydajnego. Wydajnego, czyli bezpiecznego na tyłach i przedkładającego pracę zbiorową nad indywidualną.

I, co niesłychane, Brazylia przywozi do RPA niekoniecznie najgroźniejszy atak, za to broni szczelnie. Między słupkami stoi triumfator Ligi Mistrzów Julio Cesar, przed nimi króluje inny bohater Interu Lucio, a strategię Dungi ucieleśniają przede wszystkim jego ulubieni defensywni pomocnicy. Felipe Melo przeżył w Juventusie sezon koszmarny, został antybohaterem najbardziej nieudanego transferu, słynny trener Arrigo Sacchi komentował, że turyńczycy "potrzebowali skrzypiec, a kupili perkusję". 34-letni Gilberto Silva pogrywa natomiast na obrzeżach wielkiego futbolu, w greckim Panathinaikosie, i wśród rodaków stanowi ewenement, jakiego reprezentacja "Canarinhos" nie pamięta - oto pomocnik, który nie strzelił gola od 80 występów w kadrze! To już obrońcy - Maicon, Dani Alves, Lucio i Juan - są skuteczniejsi.

Melo i Silva uświadamiają, jak dalece nieortodoksyjny w swoich pomysłach jest Dunga. Dobiera ludzi z kraju najbogatszego w talent, a w drugiej linii mieści aż dwóch piłkarzy ograniczonych, przeznaczonych do najprostszych zadań. To ma być Brazylia, synonim jogo bonito? A jednak wygrywa pod nowym zwierzchnictwem wszystko - mistrzostwa kontynentu, Puchar Konfederacji, wyczerpujące w Ameryce Południowej eliminacje mundialu.

Wybrzeże Kości Słoniowej oryginalnie afrykańskim zwyczajem oddało piłkarzy w ręce nowego trenera niemal w przededniu mundialu. Svena Görana Erikssona mianowali działacze u schyłku marca w pospiesznej desperacji, bo zwalniając poprzednika, nie mieli pojęcia, co też jest lokalną normą, kto mógłby zwalnianego zastąpić. Zareagowali na niepokojącą tendencję - w 2006 roku reprezentacja przegrała w finale Pucharu Narodów Afryki, w 2008 roku w półfinale, w 2010 roku w ćwierćfinale. A grają w niej czołowe postaci czołowych europejskich klubów, już dawno obwołane złotym pokoleniem. Inni uczestnicy MŚ z czarnego kontynentu tylu znakomitości nie mają.

Dziś wiadomo o gwiazdach WKS tyle, że brakuje im rozgrywającego z wyobraźnią, a szwedzki trener od dawna żadnej prowadzonej drużyny nie zapłodnił błyskotliwą wizją futbolu. A ponieważ również spychana na dno tabeli Korea Północna preferuje styl zachowawczy i oparty na ciężkiej pracy, w najsilniejszej grupie mistrzostw - z dwiema Brazyliami - zanosi się przede wszystkim na futbol solidny, rzetelny i efektywny. Wszyscy konkurenci albo obywają się bez magii, albo z trudem wydobywają się z kłopotów.

Nawet lider faworytów Kaka przyjechał na zgrupowanie przygnębiony marnym sezonem w Realu Madryt, a jego kompan z lewego skrzydła Robinho musiał uciekać z ligi angielskiej do brazylijskiej. Jedyna nadzieja chyba w Ronaldo. Czy wreszcie weźmie przykład z gwiazd "Canarinhos", które często najjaśniej świecą dla reprezentacji?

Więcej o: