MŚ 2010. Gdzie Liga Mistrzów, gdzie mundial...

Obie wielkie imprezy dzieli już tak wiele, że wyodrębniły się dwa kompletnie odmienne gatunki - gwiazd futbolu klubowego i gwiazd futbolu reprezentacyjnego - pisze tuż przed rozpoczęciem mundialu w RPA komentator Gazety Wyborczej i Sport.pl Rafał Stec.

Rywalizacja klubów i rywalizacja drużyn narodowych - światy już bardzo od siebie odległe nadal się rozchodzą. Pierwszy zaludniają piłkarze doskonale współpracujący z kolegami z drużyny, bo trenują z nimi bez przerwy, i stale bijący się o niebagatelną stawkę, bo w lidze każde straty mogą się okazać stratami nie do nadrobienia. Drugi świat zaludniają piłkarze rozumiejący się z kolegami słabiej, bo spotykają się kilka razy w roku, i z rzadka bijący się o niebagatelną stawkę, bo eliminacje do imprez mistrzowskich polegają na odbębnianiu formalności (obijaniu Maltańczyków, Łotyszy, Polaków, Estończyków etc.), a sparingów nikt nie traktuje serio. Najważniejsze - w lidze wykrwawiasz się dla ciężkiego szmalu, kadra oferuje głównie zaszczyt z wypełniania patriotycznych obowiązków. Co gorsza, spektakularne piruety wykreślane w meczach reprezentacyjnych nie dają nadziei na faraońską pensję w klubie, odkąd szefowie klubów zorientowali się, że na mistrzostwach świata czy kontynentu zdarza się z sensem kopać byle patałachowi.

Dlatego możemy powoli wyodrębniać gatunki - piłkarzy reprezentacyjnych i piłkarzy klubowych. Gatunki, między którymi granicę ładnie wyznaczają Lukas Podolski i Cristiano Ronaldo.

Wybrałem sobie stronniczo akurat ich, bo gdybyśmy zainfekowali wiedzą o współczesnym futbolu rdzennego osobnika z Andamanów lub Marsjanina, lecz zataili przed nim rywalizację klubów, nasz niekrólik doświadczalny uznałby, że obaj są porównywalnie cenionymi bohaterami boisk. Obaj urodzili się 25 lat temu, obaj debiutowali w graniu dla ojczyzny w roku 2004, obaj współtworzą atak drużyn znakomitych (Niemcy bili się z Portugalią o brąz na ostatnim mundialu), obaj uzbierali niemal identyczną liczbę występów w reprezentacji - Podolski wybiegał ich 73, Ronaldo 71.

Ale i różnicę można by dostrzec. Otóż Podolski wyglądałby znakomiciej.

Na poprzednim mundialu strzelił trzy gole i wziął nagrodę dla najlepszego młodego gracza. Portugalczyk gola wtłukł jednego (Iranowi z rzutu karnego), a zapamiętaliśmy go bardziej dlatego, że bez jego popisów Wayne Rooney nie zakończyłby turnieju czerwoną kartką.

Na ostatnich ME Podolski znów strzelił trzy gole i został wicemistrzem, a Ronaldo odpowiedział jednym i odpadł w ćwierćfinale. Jego Portugalię pokonali, a jakże, Niemcy.

Całokształt reprezentacyjnej twórczości? W golach aż 38:22 dla naszego rodaka, urodzonego przecież w Gliwicach. I jemu rywale oszczędzają złośliwości - takich jak niezapomniane ubiegłoroczne "sombrero" nałożone na głowę Ronaldo, czyli cudowne zagranie brazylijskiego Thiago Silvy, który zabawił się ze sławniejszym rywalem we własnym polu karnym, przerzucając piłkę nad jego głową.

Nic dziwnego, że Podolski snajpersko bije Portugalczyka - on wciąż nie wyhamowuje, w eliminacjach do mundialu w RPA dołożył sześć bramek. Wszystko działo się w czasie, kiedy jego kariera klubowa się załamała - z Bayernu uciekł do broniącego się przed spadkiem FC Köln, tam częściej spuszczał głowę po żółtej kartce, niż podnosił w snajperskiej ekstazie. W polach karnych Bundesligi zresztą nigdy nie poszalał.

Cristiano Ronaldo w eliminacjach do mundialu RPA nie włożył ani jednego gola. Nie przemycił też ani jednej asysty. Powtórzę większymi literami, dla lepszego zrozumienia: Ronaldo na dystansie siedmiu meczów nie wydłubał ANI JEDNEGO GOLA, ANI JEDNEJ ASYSTY. On, jednoosobowa eskadra urządzająca dywanowe naloty na bramki wszystkich rywali Manchesteru United oraz Realu Madryt. On, nienasycony kolekcjoner wszelkich kopnięć, które wyświęcają statystycy.

Był zajęty. W tym czasie, gdy Podolski niknął w oczach, Ronaldo rósł w igrzyskach klubów do wymiarów triumfatora Ligi Mistrzów, wybitnego specjalisty od rzutów wolnych, najlepszego futbolisty globu. Teraz znów zawracają mu głowę, bo okazało się, że musi dzielić okładkę magazynu "Vanity Fair" z też wypychającym w stronę obiektywu majtki Didierem Drogbą i być może trzeba będzie interweniować. To naturalne - weźmy pod uwagę jeszcze mizerne wsparcie kolegów - że w poniedziałkowym, zremisowanym 0:0 sparingu Portugalii z Republiką Zielonego Przylądka skrzydłowy faworyta zdołał trafić tylko w poprzeczkę. Po zagraniu ręką. Nie strzelił też gola Kamerunowi, pokonanemu przez jego drużynę w czwartek 3:1.

Mundial już zaraz. Niewykluczone, że upadły - i, szczerze mówiąc, niezbyt porywający w kopach - piłkarz Podolski znów będzie miał z reprezentacyjnego turnieju więcej frajdy niż wielki piłkarz Ronaldo.

Więcej o: