MŚ 2010. Kapsztad żyje mitem mundialu

Nigdy nie rozumiałem, dlaczego taki piękny kraj musi cierpieć. Teraz wierzę, że dzięki mistrzostwom cierpieć przestanie. Nasi piłkarze wygrają coś wielkiego, a potem wygramy wszyscy, cała RPA

Nasyp z przystankiem 200 metrów od stadionu Green Point to jedno z nowych miejsc pracy, które nie powstałoby bez mundialu. Na razie autobusy nie podjeżdżają, ale Patrick, imigrant z Konga, pilnuje, by przetrwał do czerwca lśniąco nietknięty. Miasta przyjmujące piłkarzy i kibiców zainwestowały w miejski, publiczny transport, którego w RPA nie było lub był w formie szczątkowej.

- Jeśli tylko obcokrajowcom nie stanie się tutaj krzywda, jeśli uda się uciszyć kryminalistów, przeżyjemy najpiękniejsze wydarzenie w Afryce. Nie uwierzę, że dla Polski mistrzostwa waszego kontynentu są tak samo niezwykłą sprawą, jak dla nas mistrzostwa świata. Europa jest mała, Afryka jest duża, a nas nie stać, by podróżować. Dla mnie wszystkie mecze europejskie odbywają się w jednym kraju.

Patrick jest wśród moich rozmówców osobny, bo przed MŚ czegoś się w ogóle obawia (przestępczości), a zarazem bardzo reprezentatywny, bo turniej w RPA utożsamia z turniejem całej Afryki. Przeciętny tubylec żyje głębokim przeświadczeniem, że

MŚ odmienią jego los,

los ojczyzny i całego kontynentu. Odmienią radykalnie i nieodwołalnie.

W końcu kwietnia Kapsztad był rozległym placem budowy. Placem, na którym trwały ostatnie prace wykończeniowe. Na chodnikach stosy cegieł, wokół stadionu świeże płaty dopiero co położonej trawy, wszędzie walające się materiały budowlane, pod palmami śpiący robotnicy, gdzieniegdzie wiadukt, który urywa się w pustej przestrzeni, ale zwisa z niego transparent uspokajający, że przed mundialem droga będzie gotowa w całości.

Isaac, kelner z restauracji Cubana na Somerset Road, głównej alei w mieście: - Musiałbyś tu mieszkać, żeby dostrzec, ile ludzie pozmieniali. Z powodu mundialu malują ściany domów, które latami były brudne i odrapane. Najbardziej lubię zauważać właśnie te wszystkie drobiazgi. Dzięki nim miasto pięknieje. Każdy chce dobrze wypaść na mistrzostwach, a po nich będzie inne życie.

Jean-Pierre, taksówkarz: - Nigdy nie rozumiałem, dlaczego taki piękny kraj musi cierpieć. Teraz wierzę, że dzięki mistrzostwom przestanie cierpieć. Nasi piłkarze wygrają coś wielkiego, a potem wygramy wszyscy. Biznesmeni przylecą, zobaczą cudowny świat, któremu trzeba pomóc. Dotąd nie pomagali nie dlatego, że nie chcieli. Nie znali tego miejsca.

Danny, właściciel półciężarówki, który " rozwozi jedzenie, żeby kucharze w barach mogli mi ugotować i żebym nie chodził głodny ": - Nie zakładam, że wszyscy staną się bogaci. Liczę tylko, że wszyscy dostaną pracę.

Kapsztad uchodzi za enklawę luksusu, ale to wciąż RPA - kraj biedny, z blisko 25-proc. stopą bezrobocia. O nadzieje związane z mundialem wypytywałem tzw. zwykłych ludzi. Sklepikarzy, policjantów, uliczne fryzjerki, którym za cały zakład służą dwa krzesełka - dla siebie i klienta. Zawsze czarnych. Gdy mówią o czerwcowym turnieju, dzielą się na rozentuzjazmowanych, wniebowziętych bądź prędkiego wniebowzięcia oczekujących. Mundial ma wymiar mistyczno-magiczny. Ściągnie zastępy inwestorów skazanych na miłość do RPA od pierwszego wejrzenia, wybawi gospodarkę, rozpocznie nową erę. Tubylcy nie umieją jej konkretnie opisać, nie namówisz ich na szczegółowe wyjaśnienia. Po prostu czują, że nastąpi zmiana. Obama nie wlał tyle nadziei w Amerykanów, ile mundial wylał na ulice Kapsztadu.

Ulice wciąż odbierające sygnały, jak niebywale ważna dla świata to impreza. Nieopodal targowiska staroci na Green Market Square, w starym sercu metropolii, spotkałem Juana, studenta z Kolumbii, który mógł wybrać spośród kilku krajów świata, gdzie nauczy się angielskiego. Wybrał RPA, spędzi tutaj przynajmniej trzy lata, bo chce obejrzeć mundial. Ma szczęście, którego nie mają inni - piłkarzy Ghany, Nigerii, Wybrzeża Kości Słoniowej, Algierii i Kamerunu wesprze tylko garstka fanów, bo nie stać ich na przyjazd. W każdym z tym krajów sprzedano kilkakrotnie mniej biletów niż np. w Kanadzie, która na MŚ nie awansowała.

Gospodarze bujają w obłokach,

bossowie z FIFA trzymają się jak wytrenowani piłkarze - nisko przy ziemi i zachowując pion. Dla partnerów biznesowych zastrzegły nie tylko prawo do wykorzystania loga MŚ czy wizerunku oficjalnej maskotki, ale również terminów "2010 FIFA World Cup", "2010 FIFA World Cup South Africa", "FIFA World Cup", "World Cup", "2010 World Cup", "World Cup 2010", "South Africa 2010", "2010 South Africa", "SA 2010", "Football World Cup", "Soccer World Cup", kombinacji wymienionych powyżej słów oraz wielu innych znaków towarowych. Kto zamierza zarabiać na turnieju, musi szukać pełnego wykazu w lokalnych urzędach. I zrozumieć, że MŚ służą przede wszystkim temu, by zarabiała FIFA oraz krewni i przyjaciele FIFA.

FIFA oraz krewni i przyjaciele FIFA umieją ubijać interesy. Zyski z mundialu liczą w miliardach, inwestycje w programy charytatywne i wspierające rozwój RPA - w dziesiątkach milionów. Prawa do obudowania turnieju komercją sprzedali firmom z Europy, Azji, obu Ameryk. Dla Afryki zostaną ochłapy.

Ale nawet FIFA wpada niekiedy w tarapaty. Tutejszy "Mail & Guardian" donosi, że autoryzowana przez futbolowych szefów agencja Match Hospitality AG sprzedała obcokrajowcom do końca kwietnia zaledwie 2 tys. droższych mundialowych pakietów biletowo-pobytowych spośród 380 tys., którymi dysponowała. Miały być drogie, okazały się zbyt drogie. Nawet dla bogatych, którzy podczas pobytu w RPA zostawiliby mnóstwo pieniędzy. Pakiety podrożały ponoć m.in. dlatego, że Match Hospitality AG odkupywała je po wygórowanych cenach od innego pośrednika - Match Services AG.

FIFA już trzy lata temu postanowiła, że agencja Match Hospitality AG będzie uczestniczyć również w dystrybucji biletów na mundial w 2014 roku. Jednym z jej udziałowców jest firma Infront Sports & Media AG, której prezesuje Philippe Blatter. Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa - to bratanek kierującego FIFA Seppa Blattera.

Ten ostatni otwarcie wspiera natomiast ambicje sportowe gospodarzy. A te na poziomie ulicy są ogromne. Jak mieszkańcy Kapsztadu wierzą, że turniej wybawi Afrykę od wszelkich nieszczęść, tak wierzą, że mundial natchnie reprezentację RPA do boiskowych ewolucji na miarę światowej czołówki. Merytorycznych argumentów znów nie podają. Mówią emocjami, marzeniami, ufnością w nadludzką waleczność piłkarzy.

- Co z tego, że sparingi rozgrywane w Europie im nie wychodzą!? Co innego będzie, jak poczują pod stopami swoją ziemię. I cały naród za sobą. Zobaczysz, jeszcze wszystkich zaskoczą - przekonuje mnie Jacob, sprzedawca masek z różnych części kontynentu, który na co dzień ogląda tylko ligę angielską. To tutaj norma - kogo nie zagadniesz o ulubioną drużynę, wskazuje klub Premier League. Nie spotkałem nikogo, kto nieprzyparty dodatkowymi pytaniami bąknąłby coś o uczuciach względem lokalnych barw.

Nie spotkałem też nikogo wątpiącego, czy MŚ wyzwolą w piłkarzach dodatkowe moce. Taksówkarz Jean-Pierre narzekał tylko na ich przydomek "Bafana Bafana", który brzmi, owszem, zabawnie, ale reprezentacja narodowa zasługuje na coś godniejszego, odpowiadającego powadze sprawy, o jaką walczy.

Wariackich kibicowskich uniesień nie są w stanie stłumić głosy tych, którzy odróżniają futbolowych wirtuozów od patałachów i przestrzegają, że otwarcie mistrzostw będzie dniem srogiego sądu nad reprezentacją RPA. Sceptycy grasują w prasie. Nie tyle powątpiewają w sukces, ile

przepowiadają spektakularną klapę.

Gospodarze po raz pierwszy w historii mundiali mają rozstać się z turniejem już po rundzie grupowej.

Argumentów sceptycy kładą stosy. Piłkarze RPA nie awansowali do ostatnich mistrzostw kontynentu, w sparingach pokonują co najwyżej Zimbabwe i Madagaskar, zanudzają setkami minut bez strzelonego gola, ranking FIFA w samej tylko Afryce 19 zespołów ocenia wyżej. W listopadzie po serii beznadziejnych wyników posadę oddał selekcjoner Joel Santana, a jego następca Carlos Alberto Parreira, również Brazylijczyk, rzadko miewa okazję, by spotkać się z kadrowiczami. A jeśli miewa, to nie przyjeżdżają najlepsi, trzymani w europejskich firmach. Zwierzchnicy Parreiry nie zdołali też spełnić podstawowego życzenia trenera i nie wyszukali klasowych sparingpartnerów, którzy by przećwiczyli RPA. Przygotowania zakłócają organizacyjny bezwład i decyzyjny chaos, swoje dołożyła przyroda - w kwietniu przylot na towarzyską gierkę we Frankfurcie odwołali Estończycy, których uziemił wulkaniczny pył.

Gierki z drugoligowym niemieckim Greuther Furth oraz trzecioligowym SpVgg Unterhaching odwołał sam Parreira. Wściekł się, że naganiają mu przeciwników poniżej godności reprezentacji - o umiejętnościach, które odbierają sens wybieganiu na murawę. Z umiarkowanym entuzjazmem przyjął nawet udaną próbę - podjętą w trybie alarmowym, z dnia na dzień - ściągnięcia na sparing trenujących w Hiszpanii graczy Korei Północnej - jednego z najsłabszych finalistów MŚ. Piłkarze wybiedzili 0:0, a nad nimi trwała, trwa i jeszcze potrwa permanentna awantura. Działaczom zarzuca się, że zabierają się do załatwiania kluczowych spraw zbyt późno i źle, ci oskarżają siebie nawzajem, a czas biegnie.

Dzieje się tutaj to, co w większości afrykańskich federacji. Nonsensowny pomysł goni inny nonsensowny pomysł, tuż przed najważniejszym turniejem wylatuje trener, wszystko działa prowizorycznie i trzyma się kupy na słowo honoru działacza dyletanta. Gdzie indziej w Afryce rodzą się przynajmniej tłumy graczy znakomitych, a RPA z trudem wynajduje graczy przyzwoitych, więc powołuje i tych, których lojalność wszyscy kwestionują - Benni McCarthy dwukrotnie ogłaszał koniec kariery reprezentacyjnej.

Na sukcesie gospodarzy zależy Blatterowi. Szef FIFA sportowych rozstrzygnięć zazwyczaj publicznie nie omawia, ale RPA traktuje specjalnie. Karci, dopinguje, doradza, dodaje otuchy. Po 0:0 z Koreą poucza piłkarzy, że muszą wreszcie zacząć strzelać gole, bo inaczej na mistrzostwach się nie da. Każdy mundial traci przecież trochę uroku, gdy odpadają gospodarze. A co szkodzi mundialowi, szkodzi FIFA.

Tutaj interesy działaczy i RPA są zbieżne - obu stronom zależy na sukcesie i boiskowym, i organizacyjnym. To dlatego George Weah, były kandydat na prezydenta Liberii i jedyny w historii Afrykanin obwołany najlepszym futbolistą globu, mówi: - To nie jest tak, że kontynent dostał w prezencie mundialową szansę i teraz ma obowiązek nie zawieść. Zadanie jest wspólne, nam brakuje doświadczenia, oczekujemy pomocy. To cały świat ma nie zawieść.

Więcej o: