Kolejny dzień z mistrzostwami świata rozpoczął się od rywalizacji w grupie B. Tej samej, w której wcześniej Kanada zremisowała 1:1 z Bośnią i Hercegowiną. Tym razem do boju ruszyły Katar oraz Szwajcaria. Jeśli chodzi o tych pierwszych, to jeden z zespołów stanowiących największą zagadkę na mundialu. Znacznie słabszy zapewne od wielu drużyn, które się nie dostały z innych kontynentów niż Azja. W dodatku w kiepskiej formie, bo na ostatnich 11 spotkań wygrał tylko jedno. Akurat to, które dało im awans na mundial (2:1 ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi). Na mundialu w 2022 roku, organizowanym przez Katar, gospodarzom nie udało się zdobyć ani jednego punktu.
Pierwsze wyzwanie wydawało się dla nich największym w fazie grupowej, bo Szwajcarzy uchodzą za faworyta swojej grupy. Na mundial dostali się bez porażki, wyprzedzając Kosowo, Słowenię i Szwecję. Z czterech tegorocznych sparingów wygrali co prawda tylko jeden - z Jordanią (4:1), poza tym remisowali z Norwegią i Australią oraz przegrali z Niemcami. Wciąż jednak jakikolwiek inny wynik z Katarem niż zwycięstwo oznaczał dla nich wielką wpadkę.
Zacząć mogli fatalnie, bo już w 2. minucie Manuel Akanji praktycznie oddał piłkę Edmilsonowi Juniorowi, a potem mógł być wdzięczny bramkarzowi, bo Gregor Kobel wygrał pojedynek sam na sam ze skrzydłowym Katarczyków. Niedługo później zamiast 1:1 w golach, było 1:1 w zmarnowanych świetnych okazjach, bo w 10. minucie Dan Ndoye powinien trafić w polu karnym po podaniu od Ricardo Rodrigueza, ale mocno przestrzelił. Na szczęście skuteczniejszy był jego kolega, gdy przyszło strzelać z jedenastego metra.
W 15. minucie bramkarz Katarczyków wyciął w polu karnym Remo Freulera, za co Szwajcarzy dostali rzut karny. Mahmoud Abunanda nadział się przy okazji twarzą na udo rywala i chwilę mu zajęło, zanim doszedł do siebie. VAR sprawdzał, czy nie było spalonego, ale się go nie dopatrzył. Co ciekawe, kibice w telewizji nie zobaczyli więcej powtórek niż jedna, która sugerowała, że spalony mógł być. Dziwna sytuacja.
Gdy bramkarz się pozbierał, stanął naprzeciwko Breela Embolo, ale napastnik rywali strzelił bardzo precyzyjnie w dolny róg bramki i dał Szwajcarii prowadzenie. Zasłużone prowadzenie, bo poza jedną sytuacją na początku, Katar nie potrafił zrobić nic. Zwłaszcza w obronie. Już w 21. minucie Denis Zakaria mógł trafić na 2:0, ale strzał z ostrego kąta wybronił bramkarz.
W standardowej dla tego turnieju przerwie na nawodnienie Szwajcarzy ugasili chyba nie tylko pragnienie, ale też swój zapał. Bo przez kolejne 20 minut grali słabiutko. Nawet Kobel musiał znów ich ratować, po uderzeniu Edmilsona, najlepszej akcji Kataru w tej połowie. Dopiero w doliczonym czasie znów było groźnie pod katarską bramką, gdy Vargas uderzył z ostrego kąta w boczną siatkę. Ostatecznie Szwajcarzy zeszli na przerwę prowadząc 1:0, ale mogli znacznie wyżej.
Po przerwie za to mecz kompletnie ostygł. Gdyby ktoś spóźnił się na drugą połowę 25 minut i zapytał innego kibica, co przegapił, zapytany nie musiałby nic mówić. Bo właśnie słowo "nic" było kluczem. Dwa niecelne huknięcia zza szesnastki Granita Xhaki, beznadziejny Katar... i tyle. Później zresztą było może nawet jeszcze gorzej. Tu naprawdę trudno kogokolwiek wyróżnić. Johan Manzambi dał niezłą zmianę, przynajmniej spróbował raz zza szesnastki i pomylił się niewiele.
Szwajcarzy postawili na totalny minimalizm. W 90. minucie zostawili w polu karnym niepilnowanego Ahmeda Alaaeldina, który na ich szczęście uderzył prosto w bramkarza. Cztery minuty później już szczęścia zabrakło. Dośrodkowanie w pole karne, Khoukhi wygrywa pojedynek główkowy i wyrównuje na 1:1! SENSACJA! Katar wyrównał rzutem na taśmę i zdobył swój pierwszy w historii punkt na mistrzostwach świata. Szwajcaria dostała bolesną lekcję, że skrajny minimalizm się nie opłaca.