To był pogrom! Amerykanie zmietli rywali z boiska

Stany Zjednoczone są głównym gospodarzem trwającego mundialu, ale swój mecz otwarcia rozgrywały jako ostatni z trzech organizatorów. Ci, którzy poczekali do 3:00 w nocy na mecz USA - Paragwaj, nie mieli czego żałować. Amerykanie dali popis! Już do przerwy było 3:0, a koncert rozgrywali Christian Pulisic i Folarin Balogun. Po przerwie Paragwajczykom udało się zdobyć tylko bramkę honorową. Mecz skończył się wynikiem 4:1 dla USA!
SOCCER-WORLDCUP-USA-PRY/
KIYOSHI MIO / IMAGN IMAGES via Reuters

Można było się zastanawiać, czy Amerykanie wytrzymają presję oczekiwań. Zwłaszcza że w pierwszych minutach Paragwajczycy potrafili stworzyć zagrożenie. Tylko że to trwało moment. Goście szybko udowodnili, że nie mają większego pomysłu na ten mecz.

Zobacz wideo Dorota Borowska: Nie był to wyścig marzeń

Co za mecz USA! Paragwaj nie miał szans

Przełomowy moment nadszedł w 7. minucie. To wtedy swój pierwszy moment magii miał Christian Pulisic. Piłkarz AC Milan z łatwością minął dwóch rywali i podał do McKenniego. Ten przedłużył piłkę i trafił prosto w nogę Damiana Bobadilli. Reprezentant Paragwaju zdobył pierwszą bramkę w tym meczu - i mógł tylko żałować, że było to trafienie do własnej siatki.

Po tym golu Paragwaj przestał grać w piłkę. I to zupełnie. Atakowali wyłącznie Amerykanie, którzy na tle rywali grali futbol z kosmosu. W 28. minucie do siatki trafił Folarin Balogun, ale wtedy gości uratował jeszcze spalony.

Trzy minuty później bramka padła już prawidłowo. Bohaterami całych Stanów został duet Pulisic-Balogun. Ten pierwszy asystował przy trafieniu tego drugiego - i padł pierwszy w pełni amerykański gol turnieju.

Goście cierpieli, próbowali grać na czas, ale i tak zdążyli stracić jeszcze jedną bramkę. Znów z najlepszej strony pokazał się Balogun, który położył na ziemi paragwajskiego obrońcę i uderzył w samo okienko. To była klęska zespołu gości i wielkie święto USA.

Już w przerwie Mauricio Pochettino zmienił jednego z najlepszych aktorów tego widowiska - Christiana Pulisicia. Amerykanie od początku drugiej połowy grali trochę bardziej bojaźliwie, ale musiałoby dojść do prawdziwego koszmaru w ich wykonaniu, żeby stracili prowadzenie.

Ten się nie wydarzył. Druga połowa stała już na dużo gorszym poziomie. Gospodarze oszczędzali siły. Do ciekawej sytuacji doszło z udziałem sędziego. W 53. minucie arbiter pokazał żółtą kartkę reprezentantowi USA za faul na rywalu. Po chwili wezwał go VAR. Na powtórce było widać, że Amerykanin nie trafił nawet rywala, który padł jak rażony piorunem. Decyzja została więc zmieniona, żółtą kartkę otrzymał Miguel Almiron.

W 73. minucie w końcu coś wyszło reprezentacji Paragwaju. Goście wykorzystali ospałą grę Amerykanów i zdobyli bramkę na 1:3. To trafienie przyszło jednak zbyt późno i było jedynie golem honorowym dla reprezentacji, która zagrała dziś bardzo słaby mecz. Jeszcze na sam koniec spotkania zabawił się Giovanni Reyna, który zdobył piękną bramkę "zewniakiem" i ustalił wynik meczu na 4:1.

Amerykanie mogą być zadowoleni przed kolejnymi spotkaniami z Australią oraz Turcją. Jeśli w tych spotkaniach też zagrają na takim poziomie, jak w pierwszej połowie, nie powinni mieć problemów z pewnym awansem do kolejnej fazy turnieju. Paragwaj? Po takim meczu ma wiele do udowodnienia.

Więcej o: