Wokół tego mundialu już narosło wiele kontrowersji, ale niemal od samego początku jednym z głównych przedmiotów krytyki były ceny. Ceny biletów, ceny zakwaterowania, nawet ceny lokalnie sprzedawanego jedzenia. Kibice chcący dopingować swoje reprezentacje na żywo, zmuszeni są do wydawania porażająco wysokich kwot. Z uwagi na to dynamika sprzedaży biletów na wiele spotkań nie była taka, jakiej życzyłaby sobie FIFA, czyli główny winny całej tej sytuacji. Prezydent federacji Gianni Infantino wiele razy zapewniał, że wszystko idzie świetnie, ale fakty mówiły co innego.
Na wizualne efekty polityki totalnego drenowania portfeli kibiców nie trzeba było długo czekać. Starcie Korei Południowej z Czechami było dopiero drugim na całym turnieju, a już widok w niektórych częściach trybun był po prostu smutny. Niejeden sektor świecił pustkami, a nie trzeba było dokładnych danych, by stwierdzić, że na Estadio Akron w meksykańskim Zapopan wolnych miejsc były tysiące. Tymczasem to jest drugi najmniejszy stadion całych mistrzostw.
W mediach społecznościowych rozpętała się burza. "Może nie trzeba było żądać minimum 900 dolarów za bilet", "Dostajesz to, co dajesz", "FIFA wyceniła bilety jak na finał, a promowała te mecze, jakby były towarzyskie", "Oni woleliby nie sprzedać biletów wcale, niż sprzedać je tanio" - czytamy w komentarzach na portalu X.
Jak donosi "The Athletic", najwięcej wolnych miejsc było w najbardziej ekskluzywnych sektorach, gdzie ceny sięgały nawet pięciu tysięcy dolarów za bilet. Z kolei nawet te najtańsze wejściówki to był koszt rzędu 400-500 dolarów. Według oficjalnych danych FIFA, na trybunach zasiadło 44 985 kibiców, co oznaczałoby, że wolnych miejsc było niespełna 700. Liczne zdjęcia krążące po sieci sugerują jednak, że fanów było tego dnia na stadionie wyraźnie mniej.