Sport.pl+

Pierwszy taki ruch w historii Brazylii. Geniusz ma uleczyć największą traumę

Michał Trela
Fot. Pilar Olivares / REUTERS

Odkąd wymyślono mundiale, Brazylijczycy zaliczyli dotąd maksymalnie pięć kolejnych turniejów bez wygranej. Jeśli więc teraz nie sięgną wreszcie po mistrzostwo świata, będzie to ich najdłuższa posucha w historii. Choć mają gwiazdy futbolu i utytułowanego trenera, sukces wydaje się jednak mało realny.

Kto z przodu ma zawodników Realu Madryt, Barcelony i Manchesteru United, z tyłu finalistów Ligi Mistrzów, a na ławce najbardziej utytułowanego trenera w historii futbolu, powinien być murowanym faworytem do wygrania każdego turnieju. A jednak Brazylijczycy przystępują do mundialu z drugiego szeregu. Jako kandydat do triumfu wymieniani głównie dlatego, że tak się utarło. Największy kraj Ameryki Południowej nie przestał rodzić talentów, ale ma problem, by odpowiednio je wykorzystać.

Kiedy poprzednio mistrzostwa świata odbywały się w Ameryce Północnej, Carlo Ancelotti jako asystent Arrigo Sacchiego przeżywał finałową porażkę w rzutach karnych właśnie z Brazylią. Teraz to z nią spróbuje powalczyć w Stanach Zjednoczonych o pierwsze w karierze trofeum reprezentacyjne. W piłce klubowej Włoch wygrał wszystko. Jako pierwszy w historii triumfował w każdej z pięciu czołowych lig Europy. Stał się specjalistą od wygrywania Ligi Mistrzów. Jego warsztatowym znakiem rozpoznawczym stała się długa smycz, na której prowadzi gwiazdy. Zdaje się na ich intuicję, inteligencję taktyczną, doświadczenie. Lekarska zasada "po pierwsze nie szkodzić" uczyniła z niego najbardziej utytułowanego trenera w historii futbolu. To dlatego po licznych rozczarowaniach z krajowymi selekcjonerami Brazylia pierwszy raz zatrudniła obcokrajowca.

Europejskie przekleństwo

Zdanie się na gwiazdy działa jednak tylko tam, gdzie gwiazdy są lepsze niż u rywali. W klubach, które potrzebowały przebudowy, reformatorskiego zapału, spojrzenia na problemy od innej strony, Ancelotti furory nie robił. Potrafił doskonale wykorzystać potencjał piłkarzy, ale gdy trener miał być wartością dodaną, jak w Evertonie, Napoli, czy – na arenie europejskiej – Bayernie Monachium, miał problemy. Teoretycznie rola selekcjonera jest stworzona dla kogoś, kto, jak on, nie potrzebuje codziennej pracy treningowej, by poprawić zespół. Można jednak mieć wątpliwości, czy akurat w dzisiejszej Brazylii autopilot wystarczy.

24 lata miną wkrótce od ostatniego mistrzostwa świata, po jakie sięgnęli Brazylijczycy. Byli wówczas w trakcie złotej serii, rozpoczętej na oczach Ancelottiego w 1994 roku. Cztery lata później przegrali w finale z Francją, by na pierwszym mundialu w XXI wieku ograć Niemców i sięgnąć po piąte trofeum w historii. Finał, w którym Ronaldo wykorzystywał błędy Olivera Kahna, był ostatnim meczem, w którym Brazylijczycy ograli europejskiego rywala w fazie pucharowej mundialu. W 2006 roku przegrali z ostatnim tchnieniem wielkości Zinedine’a Zidane’a. Cztery lata później szaleństwo Filipe Melo uniemożliwiło im wyeliminowanie Holandii. Na własnej ziemi zderzenie z Niemcami zafundowało Brazylijczykom drugą - obok Maracanaco z 1950 roku - wśród największych traum w ich piłkarskiej historii. Najpóźniej wtedy w Brazylii zdano sobie sprawę, że piłkarski świat zaczyna uciekać. W Rosji za mocna okazała się już Belgia, a w Katarze - Chorwacja. Z pięciu ostatnich mundiali, tylko na organizowanym u siebie Canarinhos przebrnęli ćwierćfinał. Najpierw kres ich marzeń wyznaczały tradycyjne europejskie potęgi. Ostatnio wystarczały już do tego epizodyczne rewelacje.

Zobacz wideo Mundial 2026 zniechęci kibiców? Kołodziejczyk: Odległości i ceny mogą mieć duży wpływ na oglądalność

Dwie dekady bez Złotej Piłki

To nie były jednak rozczarowania wyrwane z kontekstu. Także na własnym kontynencie Brazylia zaczęła mieć problemy. Triumfowała tylko w jednej z sześciu ostatnich edycji Copa America. Poza turniejami organizowanymi u siebie nie zdobyła nawet medalu. Po 2007 roku więcej triumfów w mistrzostwach Ameryki Południowej mają nie tylko Argentyńczycy, ale także Chilijczycy. Częściej turnieje na podium kończyli m.in. Peruwiańczycy, czy Kolumbijczycy. Z ostatnich sześciu meczów z Argentyną Brazylia wygrała jeden, siedem lat temu. To symptomy wyraźnego osłabnięcia tradycyjnie największej potęgi futbolu, która ostatnio szczyt rankingu FIFA zajmowała cztery lata temu. Dotąd w historii mistrzostw świata najdłuższa seria bez trofeum Brazylii trwała pięć turniejów. Tyle, ile obecnie. Co oznacza, że jeśli Canarinhos nie wygrają rozpoczętego właśnie mundialu, czeka ich najdłuższa posucha w dziejach.

Indywidualnie nie wygląda to lepiej. Na przełomie wieków Brazylijczycy byli co roku naturalnymi kandydatami do Złotej Piłki, a na turnieje przywozili reprezentacje naszpikowane gwiazdami jak spoty reklamowe gazowanych napojów. Dziś oczekiwanie na triumfatora najbardziej prestiżowego plebiscytu z tego kraju trwa już 19 lat. Najbliżej był w 2024 roku Vinicius Junior, który przegrał z Rodrim. Poza nim w tym okresie dwa razy na podium był jeszcze Neymar. To jednak zadziwiająco skromny dorobek, biorąc pod uwagę, że między 1997 a 2007 rokiem triumfowało czterech Brazylijczyków, którzy rozdzielili między siebie pięć Złotych Piłek, a jeszcze jeden skończył głosowanie na drugim miejscu. Wśród 30 najwyżej wycenianych dziś piłkarzy świata Brazylijczyków jest tylu, ilu Węgrów, czy Ekwadorczyków. Jeden. Według CIES Football Observatory Ancelotti będzie w Ameryce Północnej zarządzał dopiero siódmą wśród najbardziej wartościowych kadr.

Gwiazdy z przodu i z tyłu

To jednak nie oznacza, że Brazylia nie może zajść daleko. Może poza Viniciusem brakuje jej dziś talentów pokoleniowych, ale wciąż w skali międzynarodowej Ancelotti miał w kim wybierać. Brazylijczycy nadal są najchętniej importowanymi piłkarzami na świecie. Poza ojczyzną grało ich w minionym sezonie na wszystkich kontynentach blisko półtora tysiąca. Może nie roi się tam od kandydatów do Złotej Piłki, ale z Raphinhą z Barcelony, Matheusem Cunhą z Manchesteru United, czy Gabrielem Martinellim z Arsenalu, wspierającymi Viniciusa z Realu, nie ma się powodu, by przed kimś czuć kompleksy.

Kryzys piłkarzy ofensywnych, jaki diagnozowano w Brazylii dekadę temu, gdy cały przód opierał się na Neymarze, dziś wydaje się już odległym wspomnieniem. Sam były gwiazdor Barcelony, czy Paris Saint-Germain notabene też niespodziewanie znalazł się w kadrze, choć w meczu reprezentacji o punkty nie grał od trzech lat, wciąż ma problemy zdrowotne i rozegrał przeciętny sezon w lidze brazylijskiej.

Na papierze nie widać też w Brazylii rażącej dysproporcji między atakiem a obroną, co w przeszłości bywało zmorą tamtejszych selekcjonerów. Ancelotti zabiera na turniej dwóch bramkarzy, którzy w ostatnich latach należeli do ścisłej czołówki Premier League. Alisson Becker z Liverpoolu, mimo kontuzji, które dręczyły go w ostatnim sezonie, to wciąż jeden z najlepszych fachowców, jakich można wstawić między słupki. A przecież para stoperów złożona z Marquinhosa z Paris Saint-Germain, dwukrotnego zdobywcy Ligi Mistrzów oraz Gabriela Maghalhaesa, filaru defensywy mistrza Anglii, też wygląda mocno. Szukanie słabości Canarinhos nie może się odbyć według stereotypowego schematu: za dużo gwiazd, za mało pracusiów.

Problemy drugiej linii

Problemów z równowagą jak najbardziej można jednak w tej kadrze się doszukiwać. Wyzwaniem może bowiem być łączenie ciekawej ofensywy z solidną defensywą. Druga linia wygląda na znacznie uboższą, niż Brazylijczycy przyzwyczaili. W sparingach ustawienie stosowane przez Ancelottiego przypominało nierzadko 4-2-4, czyli "Brasilianę", która pozwalała osiągać sukcesy drużynie Pelego. Nawet to sugeruje rozbicie drużyny na dwa bloki – ofensywny i defensywny, z duetem Casemiro – Bruno Guimaraes próbującym zszywać całość. Choć obaj grają w dobrych klubach angielskich i mają niewątpliwą jakość, opieranie rozbijania ataków rywali na nie najmłodszym już graczu Manchesteru United i rozgrywania o jednego pomocnika Newcastle może być problematyczne.

Widać to było zresztą w meczach, w których Brazylia musiała prowadzić grę. Inaczej, niż się utarło, akurat obecny zespół brazylijski może czuć się najlepiej w kontratakach. Czyli przy stylu gry, jaki Ancelotti często z powodzeniem stosował w meczach Ligi Mistrzów w Realu Madryt. Problem w tym, że Włoch nie bardzo miał czas, by ten sposób grania szlifować. Prowadził przecież drużynę raptem w 12 meczach. Wobec bez mała dwustu Didiera Deschampsa z Francuzami, czy prawie stu Lionela Scaloniego w Argentynie, to ledwie garstka. W ostatnich czterech latach Brazylia miała czterech selekcjonerów. Każdy miał w jakiś sposób odrębny pomysł na grę. To sprawiało, że ekipa, w której nie brakowało indywidualności, rzadko przypominała drużynę.

Choć zadania nie ułatwiały także kontuzje – w turnieju nie wezmą udziału Eder Militao i Rodrygo z Realu Madryt, Estevao z Chelsea, czy Caio Henrique i Vanderson z Monaco, co sprawia, że boki obrony wyglądają dość ubogo – wydaje się, że Brazylia powinna jednak być silniejsza, niż wskazywały na to pełne turbulencji eliminacje. Tak już zresztą bywało w przeszłości nie raz, by przypomnieć ostatni wygrany przez Canarinhos mundial, do którego naszpikowana gwiazdami ekipa dostała się z czwartego miejsca na kontynencie, by potem nie mieć sobie równych. Ancelotti, z brakiem taktycznych dogmatów i umiejętnością zarządzania grupą, wydaje się idealnie skrojony do roli selekcjonera. Jak dotąd w ciągu roku pracy z drużyną nie pokonał jednak jeszcze nikogo naprawdę dużego – najbardziej godnym odnotowania wynikiem wydaje się towarzyskie pokonanie Chorwacji w kwietniu. Do osiągnięcia przynajmniej ćwierćfinału to, co ma, powinno wystarczyć. Dalej trzeba już będzie liczyć na to, że drużyna, mająca z przodu Viniciusa i Raphinhę jest w stanie wygrać każdy mecz. Bazowanie na indywidualnościach rzadko Ancelottiego zawodziło, pod warunkiem, że miał lepsze indywidualności od rywali. A akurat w przypadku obecnej Brazylii nie przeciwko każdemu jest to już oczywiste.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...