Perisić nie upilnował swoich dzieci. Podbiegły do płaczącego Neymara. Co za scena

Dawid Szymczak
Pełnia szczęścia kontrastowała z rozpaczą. Z lewej strony boiska lały się łzy radości, prawą w tym samym czasie zalewał smutek. Chorwacja długo świętowała z kibicami, Brazylia jeszcze dłużej przepraszała swoich. Faworyci jadą do domu, mistrzowie dogrywek i rzutów karnych wchodzą do półfinału.

Scena z autobusu odwożącego dziennikarzy z meczu: brazylijski fotoreporter wyjmuje telefon i łączy się na wideo ze swoją kilkuletnią córką. Pociesza, prosi, by już nie płakała. Bezskutecznie. W końcu mówi, że przynajmniej szybciej wróci do domu. Dopiero ten argument nieco dziewczynkę uspokaja. 

Zobacz wideo Dziennikarze z Maroka oszaleli ze szczęścia po wygranej nad Hiszpanią

Neymar doskoczył do Pelego, ale skończy niespełniony. Wielka siła Chorwacji

Chorwacja nawet napotykając kostuchę z naostrzoną kosą, zaśmiałaby jej się w twarz. Ma reprezentację, która nie boi się nikogo, w żadnej sytuacji nie pęka, nie zna presji, kpi z prawdopodobieństwa i wychodzi cało z każdego zakrętu. Czy na boisku można znaleźć się w trudniejszej sytuacji niż przegrywając 0:1 w dogrywce z Brazylią w ćwierćfinale mundialu? Neymar w 105. minucie zrobił przecież wszystko, by wreszcie spełnić brazylijski cel - zaczął bramkową akcję, rozpędził ją i skończył golem. Wydawało się, że to dla tego trafienia zacisnął zęby, przezwyciężył ból i wrócił po kontuzji odniesionej w meczu z Serbią. Że w tym golu wreszcie zamyka się cały jego kunszt, emocje, historia i pragnienie, które współdzieli z całą Brazylią. Tym golem zbliżył kadrę do półfinału i doskoczył do Pelego - obaj mają po 77 goli, najwięcej w historii Brazylii. Ale Neymar prawdopodobnie i tak odejdzie niespełniony, bo dwanaście minut później strzał Bruno Petkovicia, pierwszy celny na bramkę Alissona w tym meczu, dał Chorwacji wyrównanie i doprowadził do rzutów karnych, w których okazała się lepsza.

Chorwackie media o awansieChorwackie media z jasnym przekazem do Brazylijczyków. Jedno zdanie mówi wszystko

Sam Neymar powątpiewa, że zagra jeszcze na mundialu za cztery lata. To do występu w Katarze tak skrupulatnie się przygotowywał. To tym mistrzostwom wszystko podporządkował i to na nich - otoczony kolegami tak dobrymi, jak jeszcze nigdy, miał dać Brazylii szósty tytuł. Ale w ćwierćfinale złote brazylijskie nogi nie wystarczyły na wielkie chorwackie serca. Od nich wszystko się zaczyna, ale absolutnie się nie kończy, bo do pokonania Brazylii potrzebne są jeszcze gigantyczne umiejętności, świetne zgranie, technika poszczególnych piłkarzy, doskonały bramkarz i trochę szczęścia. Nikogo nie zaskoczył genialny występ Luki Modricia ani świetna gra całego środka pola, w którym weterana otaczają Mateo Kovacić i Marcelo Brozović, ale już tak znakomity występ Josipa Juranovicia, który jeszcze półtora roku temu był w Legii Warszawa i mierzył się z Radomiakiem Radom, nie mieści się w głowie. Zatrzymywał Viniciusa Juniora, gwiazdę Realu Madryt, później jego zmiennika Rodrygo, a w międzyczasie jeszcze Neymara. A gdy piłkę już im odebrał, to mknął wzdłuż bocznej linii pod drugie pole karne.

Znów Chorwacja była nad przepaścią - jak jeszcze w grupie, gdy Romelu Lukaku miał przed sobą pustą bramkę i piłkę na wagę awansu Belgii. Znów wszystko sprowadziła do dogrywki - jak w poprzedniej rundzie z Japonią. I znów wygrała - jak zwykle w fazie pucharowej mistrzostw. Chorwacja ostatnich dziewięć awansów do kolejnej rundy wywalczyła po dogrywce lub karnych. Tak samo było w Rosji: w 1/8 odrobili straty z Danią i wygrali w karnych, scenariusz powtórzyli w kolejnej rundzie przeciwko gospodarzom, a w półfinale pokonali Anglię w dogrywce. W Katarze grają według tego samego scenariusza. 

Dzieci Ivana Perisicia podbiegły do Neymara. Co za scena! 

Najwyraźniej nie zauważali tego brazylijscy kibice, których podsłuchałem pod Education City, gdy przed meczem udzielali wywiadu. Typowali wynik: 5:0! - powiedział z przekonaniem pierwszy. - Nie no, 2:0, Chorwacja jest przecież mocna - przekonywał drugi. Obaj jej nie docenili. Piłkarze Zlatko Dalicia kolejny raz zrobili to samo - sprowadzili rywali na grunt, który doskonale znają i pokonali ich doświadczeniem oraz niebywałą wręcz odpornością na stres. Ponownie bohaterem został Dominik Livaković - bramkarz, który poprzednio obronił trzy rzuty karne Japończyków, a teraz zaczął od odbicia strzału Rodrygo. Na mistrzostwach świata miał więc serię czterech obronionych karnych z rzędu. Kosmos! Brazylia była pod presją, bo wszyscy Chorwaci wykorzystywali jedenastki w sposób niezwykle pewny - jakby przygotowywali się z jednego podręcznika: szybki nabieg, pewne uderzenie we wcześniej wybranym kierunku. Żadnych naskoków, zmyłek, sztuczek. Brazylia się podniosła, swoje karne wykorzystali Casemiro i Pedro, ale czwarty Marquinhos trafił w słupek. I myślę, że nie zobaczę w życiu już nic bardziej pustego niż jego wzrok śledzący piłkę, która nie zmieściła się w bramce. Sekundę później leżał już jedenaście metrów od bramki i kilkanaście do sektora pełnego zapłakanych kibiców. Wraz z nim legły marzenia całej Brazylii.

Czesław MichniewiczPo co pojechał na mundial? A Michniewicz na to: W marcu może być podstawowym graczem

W tym kraju dzieli się mistrzostwa świata na wygrane i przegrane. Nie ma niczego pośrodku - choćby porażki w półfinale po pięknej grze albo pechowego odpadnięcia w ćwierćfinale ani nawet minimalnie przegranego finału. To wszystko jest porażką, a turniej pozostaje udany tylko wtedy, gdy piłkarze przywożą z niego złoty puchar. Nie ma turniejów udanych i nieudanych. Każdy bez trofeum jest tragedią. I z tym nie będzie inaczej: nie znajdzie puenty Tite, który za chwilę pożegna się z kadrą, nie znajdzie jej Neymar, seria bez mistrzostwa przeciągnie się przynajmniej do 24 lat. Mało od tego - od triumfu w Korei i Japonii tylko raz Brazylia wyszła poza ćwierćfinał. 

Stadion 974Świat dał się nabrać. Cała prawda o stadionie z kontenerów. Fake news alert

Chorwacja jest od niej 150 razy mniejsza, ma 50 razy mniej mieszkańców i jakieś sto razy mniej mówiła o mistrzostwie świata. Chorwaci sami do końca nie rozumieją swoich sukcesów, trudno im rzeczowo wytłumaczyć własny fenomen. Ale cieszą się nim nadzwyczaj szczerze. Po meczu z Brazylią boisko zalały dzieci piłkarzy. Zapozowały z ojcami do zdjęcia, a później trochę pokopały z nimi piłkę. Ivan Perisić swoich nie upilnował i pobiegły na drugą stronę boiska wyściskać płaczącego Neymara. To było tak urzekające, że na kilka sekund zahamowało jego rozpacz. Przybił im "piątkę", czule przytulił. Później sam skrył się w ramionach pocieszającego go Daniego Alvesa. Chorwaci zeszli z boiska, a kilku Brazylijczyków dalej tkwiło w żałobie pod sektorem.

Więcej o: