Jeśli tak wygląda święto futbolu, to nie chcę patrzeć na jego codzienność

Michał Kiedrowski
Nie mam pretensji do Czesława Michniewicza, że reprezentacja Polski gra tak, że nawet prezes PZPN namawia, aby o meczu zapomnieć już w trzy dni, albo nie oglądać go wcale. Siła wyższa. Ale apeluję: nie nazywajmy tego dania instant creme de la creme piłki nożnej - pisze Michał Kiedrowski ze Sport.pl.

Zdarzyło mi się tuż przed meczem Polska – Arabia Saudyjska być w na zakupach z rodziną. Miały być szybkie, ale jak to w takich wypadkach bywa, okazało się, że się "lekko" przedłużyły. Tak lekko, że hymnów i pierwszego gwizdka nie usłyszałem. Cóż, tłum w galerii był nieprzebrany, gęstniał z każdą chwilą. I widać było, że jestem jednym z tych nielicznych, którzy chcą się wyrobić na mecz do domu. Gdy wyjeżdżałem z parkingu, miejsce, które opuściłem, było chyba jedynym wolnym.  

Zobacz wideo

40 lat temu na ulicy nie było żywego ducha

Jakże to inny obrazek od tego, który zapamiętałem z dzieciństwa. Pamiętam mecz Polska – Peru w 1982 r. Drużynie Antoniego Piechniczka po dwóch remisach 0:0 z Włochami i Kamerunem groził przedwczesny wyjazd z hiszpańskiego mundialu. Po pierwszej połowie z Peru też był remis 0:0. Oznaczało to, że do dalszych gier przechodzą Peruwiańczycy i Włosi. Jak na prawdziwego, choć małoletniego kibica przystało, władzę nade mną przejęło myślenie magiczne. Wpadłem na pomysł, że jak nie będę patrzył, to Polakom pójdzie lepiej. W drugiej połowie wyszedłem na ulicę, na której nie było żywego ducha. Nie uszedłem daleko, a już dostałem "powiadomienie" o zmianie wyniku. Nie było oczywiście wtedy komórek, ale ze wszystkich okien na osiedlu rozległ się jeden wielki wrzask: "JEEEEEST!"

Polska wygrała wtedy 5:1, a ja na własnej skórze odczułem, że cały kraj kibicuje swojej reprezentacji. Zderzenie tego wspomnienia z doświadczeniem ostatniej soboty w galerii rozbiło jednak moją bańkę. Już wiem, że nie "cała Polska", ani nawet "30 milionów". Zerkam na wyniki oglądalności i widzę, że nawet sama FIFA przyznaje, że mundial ogląda o dwie trzecie mniej widzów niż jeszcze 24 lata temu. W 1998 r. FIFA deklarowała 37 miliardów skumulowanej oglądalności MŚ we Francji. Cztery lata temu 12,2 miliarda, choć te liczby lepiej traktować z przymrużeniem oka, bo FIFA je szacowała, a nie opierała się na badaniach.

Liczy się tylko wynik. Za dwa tygodnie nikt nie będzie pamiętał

Niemniej jednak humor poprawił mi prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Cezary Kulesza. W wywiadzie z Sebastianem Staszewskim z Interii powiedział o meczu z Arabią Saudyjską:

Za dwa tygodnie nikt nie będzie pamiętał tego, jaki to był mecz, kto prowadził grę i kto miał więcej sytuacji. Liczy się tylko wynik

Nowe. Nie znałem. Oczywiście powiedzenie w tym stylu jest w piłce nożnej powszechne. Wcześniej jednak trenerzy, działacze czy piłkarze mieli więcej szacunku do kibiców i mówili: "za 20 lat nikt nie będzie pamiętał". Widać, że prezes PZPN w przeciwieństwie do dawniejszych ludzi piłki uważa, że mózgi kibiców są o wiele mniej sprawne, niż sądzili tamci. 

Kibicu, jeśli masz krytykować, to won mi sprzed ekranu

Jeśli chodzi natomiast o sens ostateczny, to prezes ma rację: liczy się wynik. Innymi słowy: nie podoba się, to won sprzed ekranu. Nikt wam nie każe tego oglądać. Kibicować można i w galerii na zakupach, i na spacerze w parku. Włączcie sobie tylko apkę, żeby wiedzieć, jaki jest wynik. Przyjedzie powiadomienie, to odpalicie sobie stream na komórce - a w galerii to możecie mieć nawet darmowe wifi – i zerkniecie, jak padła bramka, dzięki buforowi czasowemu na TVP Sport.  

Skoro sam prezes takie rzeczy proponuje, to nie mam żadnych pretensji do Czesława Michniewicza. Reprezentacja gra tak, jak musi. Siła wyższa. Michniewicz wybrał takie środki, jakie uważał za skuteczne i z zadania się wywiązał. Brawo.

Dają danie instant i mówią, że to ambrozja

Dość sarkazmu. Według mnie problem jest znacznie głębszy. Strukturalny. Jeśli mistrzostwa świata mają być świętem futbolu – jak nam to od tygodni obwieszczają wszem wobec – to ja nie chcę oglądać, jak wygląda jego codzienność. Naprawdę na tym polega to święto, że dwie drużyny pół meczu człapią i nie chcą sobie nawzajem zrobić krzywdy? To jest ta wielka Argentyna z Leo Messim w składzie i Polska z Robertem Lewandowskim? Oczywiście, zaraz grono apologetów zwali mi się na głowę, tłumacząc, że przecież turniej jest długi i oszczędzali siły. Ale ja to wszystko wiem. Mundial oglądam od 40 lat. W grupie oszczędza się siły na 1/8 finału, w 1/8 finału na ćwierćfinał, w ćwierćfinale na półfinał, a w półfinale na finał, a w finale na dogrywkę, a w dogrywce czeka się na karne. Wiele razy to widziałem i już mam tego po dziurki w nosie. Od finału 1986 r., gdy Argentyna z Diego Maradoną w składzie pokonała RFN 3:2, nie widziałem równie dobrego i emocjonującego finału mistrzostw świata. 

Oczywiście piłkarze i trenerzy są tutaj najmniej winni. Nie oni upychają w kalendarzu taką liczbę meczów, że drużyny mogą przygotować na tzw. najważniejszy turniej tylko najprostszą taktykę. Jak można to potem nazwać świętem futbolu? Przecież do świąt to się człowiek przygotowuje. Gościom podaje to, co najlepsze, co godzinami pieścił w swojej kuchni, a nie pizzę z mikrofali! A tymczasem ludzie piłki serwują kibicom właśnie danie instant i jeszcze im wmawiają, że zajadają się ambrozją.

Naprawdę uważacie, że to fair sprzedawać chłam z piękną etykietką?

A najśmieszniejsi są ci wszyscy apologeci, którzy tego robienia z ludzi idiotów nie rozumieją i potakują, że to normalne, że tak powinno być, a jak chcę naprawdę czegoś lepszego, to niech oglądam Ligę Mistrzów. Ale też dopiero od fazy pucharowej, bo w grupie też trzeba oszczędzać siły, bo sezon jest długi. Chciałbym im jednak przemówić do rozsądku, że mecz Polska – Argentyna ogląda jakieś, ostrożnie licząc, dwa razy więcej ludzi na świecie niż finał Ligi Mistrzów. Dla bardzo wielu z widzów mundial będzie jednym z nielicznych zetknięć z piłką nożną w czteroleciu. Naprawdę uważacie, że po takim crème de la crème piłki nożnej zechcą jej więcej?

Apeluję więc do ludzi piłki o więcej szacunku dla kibiców. Więcej szacunku dla naszych siwych skroni. Znakomita większość z nas, którzy oglądamy mecze, to ludzie mocno po pięćdziesiątce. Zerknijcie sobie w badania na temat kibiców europejskiego futbolu, jeśli nie wierzycie. Jak my odejdziemy, to już możecie grać na pół gwizdka i całe mecze. Młodzi i tak już przestali oglądać. Im wystarczy sprawdzić wynik w apce. Nie kupiliście ich marketingowym chwytem o "święcie futbolu".  

PS. A panu prezesowi Kuleszy odpowiem, że to bzdura z tym zapominaniem po dwóch tygodniach, czy nawet 20 latach. A pierwszy przykład z brzegu, to mecz Austrii z Niemcami na mundialu w 1982 r. Nikt już nie wraca pamięcią do tego, że drużyna RFN została wtedy wicemistrzem świata, a w półfinale rozegrała porywający mecz z Francją, w którym w dogrywce odrobiła dwa gole straty. Wszyscy natomiast wracają do hańby z Gijon.

Więcej o: