4625 metrów Messiego. To może szokować. Niech tylko nie zwiedzie Polaków

Dawid Szymczak
Dla Argentyńczyków wystarczająco argentyński był tylko wtedy, gdy wygrywał w reprezentacyjnej koszulce. Inaczej widziano w nim cudzoziemca przesiąkniętego barcelońską łagodnością. Dewastowano jego pomnik, czepiano się, że nie zawsze śpiewa hymn, kibicowano mu z rozsądku. Ale teraz Argentyna szczerze kibicuje, by Leo Messi ukończył ostatnią misję w grze, w której dawno został legendą. I zdobył w Katarze mistrzostwo świata.

Znów to samo, aż nazbyt typowo: niewiele miejsca, tylko jeden korytarz prowadzący do bramki, gąszcz nóg do ominięcia i ułamek sekundy, by się zdecydować. Ale Leo Messi tylko delikatnie trąca piłkę i momentalnie uderza. Trafia, daje prowadzenie z Meksykiem, a Pablo Aimar, do którego wzdychał mały Leo, a który teraz jest asystentem selekcjonera, wzrusza się na ławce rezerwowych tak bardzo, że ledwo może złapać oddech. Trener Lionel Scaloni powie później, że Argentyńczycy powariowali i traktują futbol zbyt poważnie, co podeprze przykładem swojego brata, który oglądał ten mecz i płakał: to ze strachu, to z radości, to z mieszanki tych wszystkich emocji. 

Zobacz wideo Brazylijczycy mają pewną wiadomość dla Messiego i reprezentacji Argentyny

Messi znów zdjął Argentynie pętlę z szyi, choć jej największą siłą w Katarze miało przecież być to, że w chwili grozy nawet się za nim nie obejrzy i poradzi sobie sama. Ale przez ponad godzinę z Meksykiem nie radziła sobie kompletnie. Jeśli Messi chciał dalej marzyć o mistrzostwie świata, musiał w końcu przyspieszyć i uderzyć tak doskonale. Wcześniej tylko się po boisku przechadzał. Po pierwszym meczu pojawiła się nawet zaskakująca statystyka, że spacerem przeszedł 4625 metrów - najwięcej ze wszystkich piłkarzy. W kolejnym meczu było podobnie i nie należy spodziewać się nagłej odmiany w spotkaniu z Polską. Niech to jednak nikogo nie zwiedzie: spacerujący Messi wciąż jest groźniejszy niż zdecydowana większość biegających piłkarzy.

Mężczyzna w garniturze nagle zaczął filmować kibicki Iranu. Reżim wysłał szpiegów. Mężczyzna w garniturze nagle zaczął filmować kibicki Iranu. Reżim wysłał szpiegów. "To chore"

Trudna relacja Leo Messiego z Argentyną

W Buenos Aires w popularnej wśród turystów portowej dzielnicy Puerto Madero ciągnie się aleja sław, przy której stoją pomniki najwybitniejszych sportowców. Najczęściej obfotografowywanym jest oczywiście ten Leo Messiego, uchwyconego podczas wykonywania charakterystycznego dryblingu, w którym piłka wydaje się przyklejona do jego lewej stopy. Został wyrzeźbiony w 2016 r. tuż po tym, jak Messi przegrał trzeci z rzędu finał dużego turnieju i zadeklarował, że reprezentacyjne triumfy nie są mu pisane, więc z koniem kopał się nie będzie i rezygnuje. Miał dość - najpierw lepsi byli Niemcy w mistrzostwach świata, później dwa razy Chile po rzutach karnych w Copa America. 

A Messi zawsze był dla Argentyńczyków wystarczająco argentyński tylko wtedy, gdy wygrywał w reprezentacyjnej koszulce. Inaczej widzieli w nim cudzoziemca, wychowanego od 13. roku życia w Katalonii, przesiąkniętego barcelońską łagodnością i wypranego z argentyńskiego temperamentu w La Masii. W barach i kawiarniach najpopularniejsza była teza, że Barcelona rozwinęła umiejętności Leo, ale jednocześnie zabrała mu zadziorność i dlatego właśnie nie potrafi postawić kropki nad i. A Argentyńczyk prędzej wybaczy, że ktoś niecelnie podał niż to, że nie chciał zwyciężyć wystarczająco mocno. Dlatego mu ten pomnik kilkukrotnie dewastowali: ktoś oderwał i ukradł tułów, ktoś inny nawet nie chciał go dźwigać, więc urwał i zostawił pod cokołem. Messi i jego koledzy co kilka lat stawali się pariasami we własnym kraju, a zawsze najbardziej dostawało się jemu. Kibice czepiali się, że nie przed każdym meczem śpiewa hymn. Mniej potrafili mu wybaczyć, bo nie miał biografii, którą uwielbiają - o wychodzeniu z absolutnej biedy prosto na salony. Jeśli już mówić o jakimś uczuciu Argentyńczyków do Messiego to takim z rozsądku: mamy geniusza, kibicujmy mu.

Ale nie miało to nic wspólnego z bezgranicznym oddaniem Diego Maradonie, który ciągnąc za sobą wszystkie znane problemy, stawał się jeszcze bardziej autentyczny. W jego przypadku Argentyńczycy znali ciąg przyczynowo-skutkowy. Wiedzieli, skąd wyszedł, jaką drogą podążał, przed czym uciekał i dlaczego taki jest. Messi pozostawał enigmatyczny. Talent miał olbrzymi, ale tylko w Barcelonie przekładał się on na sukcesy. Z Argentyny prysnął, zanim pół miasta zdążyło się zachwycić, że oto pojawiła się kolejna perełka. Był swego czasu traktowany jak bezpaństwowiec: zbyt argentyński w Barcelonie i za bardzo kataloński w Rosario. Newell’s Old Boys też ma z nim problem, bo choć w jego biografii pojawia się jako ten pierwszy klub, to ze wzmianką, że wycofał się z deklaracji o kupowaniu mu hormonów wzrostu, gdy cena wzrosła. Messi za lekami poleciał do Barcelony, która uwiedziona jego talentem zgodziła się pokryć koszty leczenia. Zniknął Argentyńczykom na parę lat, a gdy usłyszeli o nim ponownie, był już gwiazdą. 

Maradonie rodacy stawiali kapliczki, bo nie dość, że był wspaniały, to przede wszystkim był swój. O Messim długo nie wspominało nawet Rosario, nie oznaczając w żaden sposób choćby jego pierwszego boiska. Tam, gdzie zaczynał, ktoś nawet na wielkiej ścianie wymalował mural - ale nie jego, a Rolling Stonesów, którzy kiedyś zagrali tam koncert. Miasto, w którym się urodził, nie walczyło, by mieć cząstkę jego sławy dla siebie i sprowadzać pielgrzymki kibiców tak, jak robi to choćby Madera rozsławiona przez Cristiano Ronaldo. Ma tam pomnik, swoje muzeum, a w barach wiszą jego koszulki. Znajdziesz miejsce, gdzie stał jego stary dom, knajpę, z której wyciągał pijanego ojca i boisko, na którym kiwał pierwszych rywali. Spacerując, poznasz jego drogę na szczyt. W Rosario? Zwątpisz, że Messi w ogóle kiedyś w tym mieście był. Dość powiedzieć, że w barze należącym do jego rodziny nie było swego czasu transmisji jego meczów.

FIFA zakazuje flag UkrainyWstyd na cały świat. FIFA usunęła flagi Ukrainy z trybun. A rosyjska? Proszę bardzo

Obaj nie są "Made in Argentina"

To ważne, by zrozumieć, jak zmieniła się Argentyna w ostatnich latach, która dzisiaj znów jest kochana. Niech cezurą będzie mundial w Rosji, w którym wygrzebali się z grupy, ale zaraz później trafili na Francję i przegrali 3:4. Argentyńczycy pożegnali wtedy skażonych porażkami piłkarzy - Javiera Mascherano, Gonzalo Higuaina, Lucas Biglię, Evera Banegę, Marcosa Rojo, Enzo Pereza i Gabriela Mercado, a także trenera Jorge Sampaolego. Marzyli o Diego Simeone albo Mauricio Pochettino - bardziej o ich nazwiskach niż skrajnie różnym postrzeganiu piłki. Ale kadrę tymczasowo przejął Lionel Scaloni, dotychczasowy asystent Sampaolego, i rozsiadł się na dobre. Do sztabu wziął wspomnianego Aimara, uchodzącego w ojczyźnie za zwolennika totalnej ofensywy. Scaloni dopiero w obstawie Aimara zadzwonił do Leo, by zrobić dobre wrażenie i przekonać go do współpracy. Miał też już wtedy za plecami dwóch innych asystentów - Roberto Ayalę i Waltera Samuela, bez trenerskiego doświadczenia, ale z wielkimi sukcesami piłkarskimi. Scaloni - jak Messi - nie jest "made in Argentina". Grał w Hiszpanii, Włoszech i Anglii. Trenersko wędrował za Sampaolim, a gdy nie miał pracy, mieszkał na Majorce. Reprezentacja jest pierwszą argentyńską drużyną, którą prowadzi. Z Messim dogadali się błyskawicznie. Argentyńscy dziennikarze podkreślają, że po raz pierwszy w historii Leo czuje osobistą wieź z selekcjonerem. I wreszcie sam czuje się kochany. 

Juan Sebastian Veron, były argentyński pomocnik, przyznał, że tylko raz widział Messiego zdenerwowanego. W 2010 r., gdy Maradona, wówczas trener, dał mu przed mistrzostwami świata kapitańską opaskę. - Nie chodziło o boisko, bo zupełnie nie krępowała jego ruchów. Ale bycie kapitanem sprawiało, że przed meczem musiał wymyślić i powiedzieć parę zdań do całej drużyny. Stresował się i jąkał - wspomina. Rok temu Messi wygrał Copa America. I to pokonując Brazylię w finale, przed którym wygłosił emocjonalną przemowę, która pokazała, że nie jest już postacią tak przezroczystą, jak wydaje się wielu kibicom. - Wiemy, czym jest Argentyna. Wiemy, czym jest Brazylia. Nie chcę wam dzisiaj o tym mówić. Chcę tylko wam podziękować za te 45 dni. 45 dni, podczas których nie narzekaliśmy na nic: na podróże, hotele, boiska. 45 dni nie widzieliśmy się z naszymi rodzinami. Emiliano Martinez został ojcem i jeszcze nie mógł zobaczyć swojej córki. Lucas Martinez - to samo. Był tylko chwilę. I to wszystko robiliśmy dla tej chwili! Mieliśmy cel i jesteśmy kroczek od jego osiągnięcia, a co najlepsze, zależymy tylko od siebie, więc wyjdziemy i zdobędziemy ten puchar. Zabierzemy go do Argentyny, żeby cieszyć się nim z naszymi rodzinami, przyjaciółmi i kibicami. Ostatnia rzecz: nie ma przypadków. Te mistrzostwa miały być w Argentynie, ale Bóg sprowadził je tutaj, żebyśmy mogli ten puchar podnieść na Maracanie i uczynić jeszcze piękniejszym. Wyjdźmy pewni siebie i spokojni, że zabierzemy go od domu. Naprzód! - mówił z przejęciem.

Gianni Infantino został wygwizdany przez kibicówKibice pokazali, co myślą o Infantino. Błyskawiczna reakcja [WIDEO]

Ostatni taniec Leo Messiego

Argentyna wygrała, a Messi - znacznie lżejszy - zaczął teraz swój piąty mundial. Debiutował w 2006 r. w Niemczech, będąc jeszcze nastolatkiem. Wtedy pierwszy raz olbrzymie oczekiwania przerosły efekty, choć w drugim grupowym meczu w kwadrans zdołał strzelić Serbii gola i asystować przy kolejnym. Ale następny mecz znów zaczął jako rezerwowy, a Argentyna odpadła w ćwierćfinale z gospodarzami. Cztery lata później jechał już na mistrzostwa, będąc absolutną gwiazdą Barcelony. Ale to nie był jego mundial, a mundial Maradony w roli selekcjonera. Miał wówczas znakomitą kadrę, z której nie potrafił ulepić drużyny. Brakowało mu pomysłu, trenerskich kompetencji, dużo miał za to fanaberii, jak choćby zabranie do RPA Ariela Garce, który wprawdzie miał tylko jeden występ w reprezentacji, ale Diego ponoć przyśniło się, że to Garce podnosi ten puchar. Znalazł więc dla niego miejsce. Messi pierwszy raz założył wtedy koszulkę z dziesiątką, bo Juan Riquelme był w konflikcie z Maradoną. W ćwierćfinale znów odprawili ich Niemcy. 

W 2014 było identycznie, tyle że dopiero w finale. Messi nigdy wcześniej ani później nie był już bliżej tego trofeum. Na turniej jechał po kontuzji i przeciętnym jak na siebie sezonie w Hiszpanii. Strzelał gole w fazie grupowej, ale do finału Argentyna doszła bez jego wyraźnej pomocy. To właśnie wtedy pomówienia o brak charakteru były najbardziej popularne. Cztery lata później Messi spróbował raz jeszcze. Sampaoli był jego ósmym selekcjonerem, co najlepiej pokazywało niestabilność w reprezentacji Argentyny. Dla porównania - Maradonę przez całą karierę powoływało do kadry raptem trzech trenerów. Drużynę trapiły traumy po przegranych finałach Copa America i mundialu. Messi zdążył zrezygnować z gry w reprezentacji, mając już dość debat, czy zaśpiewał hymn i czy dał z siebie wszystko, wrócić na prośbę narodu. Mówi się wtedy, że pomysły Sampaolego nie podobają się drużynie i że to Messi w końcu przejął w kadrze stery i dyktował selekcjonerowi skład. Zaprzeczał, wierzyło mu niewielu, a Argentyna odpadła tuż po wyjściu z grupy z Francją - przyszłym mistrzem.

Messi przyleciał do Kataru zatańczyć swój ostatni taniec. Ma ostatnią szansę, ale mówi, że nie czuje przez to większej presji, bo lekkość dała mu Copa America. Chce się cieszyć każdą minutą i najlepszą od lat reprezentacją. Scaloni wprowadził do niej nowych piłkarzy: Lautaro Martineza, Cristiana Romero, Emiliano Martneza, Rodrigo De Paula, Leandro Paredesa. To zawodnicy z nowego pokolenia, przyjaźniący się ze sobą i razem jeżdżący na wakacje. Przed mundialem nie przegrali żadnego z 36 meczów, wyglądali imponująco. Messi pozostał punktem odniesienia, wciąż niemal wszystko kręci się wokół niego, bo wciąż jego forma absolutnie na to pozwala, ale teraz otaczają go piłkarze, dla których był idolem. Nie rywalizują z nim, nie zazdroszczą mu pozycji. Cieszą się, że mogą grać u jego boku. A i on ponoć się zmienił i poczuł w sobie pedagogiczne zacięcie. Dzieli się więc doświadczeniem i po niepewnym gruncie prowadzi za rękę. Oni z kolei chcą mu pomóc zdobyć niezdobywalne. Dać to, czego jeszcze mu brakuje. Pomóc zwieńczyć dzieło. Kibice już nie zastanawiają się, czy Messi śpiewa hymn, bo najważniejsze, że koncertowo gra. Copa America jest jego immunitetem. Już nikt nie powie, że niczego z Argentyną nie wygrał. Nikt nie zarzuci mu, że nie jest liderem. Nikt też nie powie, że jest nieswój, odkąd w 2019 r. wygłosił tyradę sędziów po odpadnięciu Argentyny z Copa America. Zarzucał im wtedy, że przepchnęli Brazylię do finału. Mówił głośno, wyraźnie, prosto z serca. Mówił to, co myślał każdy Argentyńczyk. Przez lata on lepiej zrozumiał kibiców, a kibice jego. Nic przecież tak nie zbliża, jak wspólny wróg. I wspólny cel na ten turniej.

Więcej o: