Od sprzątacza do objawienia mundialu. Herve Renard chce pracować w Polsce

Dawid Szymczak
Lepiej niż określenie "blond magik", po tym jak Herve Renard wyczarował zwycięstwo nad Argentyną, pasują do niego tylko te białe koszule, z którymi nie rozstaje się od 12 lat. Zaczynał od prowadzenia firmy sprzątającej, teraz z Arabią Saudyjską zamiata na mundialu, a w przyszłości chciałby prowadzić naszą reprezentację, bo jego babcia była poznanianką i czuje sentyment.

- Może za dwadzieścia lat ludzie będą was zaczepiać na ulicy i mówić: "Pamiętam tamten mecz". To wasza życiowa szansa - przekonywał swoich piłkarzy przed spotkaniem z Argentyną. Ale już w przerwie Herve Ranard zmienił ton, bo zawodnicy tę szansę zaprzepaszczali: przegrywali 0:1, ale stracili jeszcze trzy nieuznane gole. I to tym wystąpieniem zachwycił świat, proponując zamiennik dla porannej kawy, dający podobną energię na początek dnia. Słuchając jego krzyków z szatni i widząc jego ekspresję, samemu chce się wstać i działać. 

Zobacz wideo Michniewicz mocno krytykowany. Szykuje niespodziankę na Arabię Saudyjską?

- Co my tu robimy?! To jest pressing?! Może mam wam dać telefon, żebyście zrobili Messiemu zdjęcia? Macie go naciskać i nie pozwolić mu grać. Przyciśnijcie go! Od razu, mocno! Nie pozorujcie! Szanujcie kibiców, to są mistrzostwa świata, a ich jest 60 tys. Jeśli będziemy mieli piłkę, nie tylko wyrównamy, ale możemy więcej. Nie czujecie tego? - krzyczał, a tłumacz, oddając jego emocje, przekładał to na arabski. Saudyjczycy w drugiej połowie nie dość, że strzelili dwa gole i wygrali, sprawiając jedną z największych sensacji w historii mundiali, to pierwszego z tych goli zawdzięczają właśnie ostremu doskokowi do Messiego. 

- Mamy naprawdę szalonego trenera! - przyznał po meczu pomocnik Abdulelah al-Malki. - To, co powiedział nam w przerwie, dało nam olbrzymią motywację. Chcieliśmy jak najszybciej wyjść na boisko i gryźć trawę. To niebywały sukces - stwierdził, a król Arabii Saudyjskiej Salman ibn Abd al-Aziz Al Su’ud, podzielał to zdanie i dał ludziom dodatkowy dzień na świętowanie. Środa była wolna od pracy. 

Artur JędrzejczykWpadka dziennikarza. Jędrzejczyk odpowiedział na jego pytanie, a sala w śmiech

Zabobonów ma tyle, co Adam Nawałka. "Biała koszula wydaje się zrośnięta z jego ciałem. Pachnie sukcesami"

Później Ranard powiedział, że Arabii Saudyjskiej w meczu z Argentyną sprzyjały gwiazdy. Ostatni raz, gdy uciekał w astronomiczne wytłumaczenia swoich sukcesów, skończyło się sensacyjnym triumfem Zambii w Pucharze Narodów Afryki. Tamten sukces do dziś postrzega jako swój największy, choć po drodze doszło mu jeszcze to samo trofeum z Wybrzeżem Kości Słoniowej i dwa niespodziewane awanse na mundiale: w 2018 r. z Marokiem i teraz z Arabią Saudyjską. We wszystkich tych krajach przywracał dawno niewidzianą radość z piłki: Zambia nigdy wcześniej nie zdobyła pucharu, WKS czekało 23 lata, Maroka nie było na mistrzostwach świata od 20 lat, a Arabia nigdy nie pokonała rywala tak silnego, jak Argentyna, przerywając jej serię 36 meczów bez porażki.

Renard doskonale czuje się niosąc kaganek oświaty w krajach piłkarsko uboższych. Przepis na sukces ma prosty: dyscyplina i absolutne poświęcenie. Charaktery piłkarzy wykuwa na bardzo wymagających obozach przygotowawczych. Zaciąga piłkarzy do siłowni i - niby dla zabawy - testuje ich wytrzymałość w tzw. "desce", w której on bez problemu wytrzymuje ponad pięć minut, a im drżą wszystkie mięśnie już po dwóch. Siłownię kocha tak, że podpisał nawet kontrakt reklamowy z jedną z francuskich sieci fitness.

Biała koszula wydaje się zrośnięta z jego ciałem i pachnie sukcesami. Odkąd dwanaście lat temu wygrał w niej pierwszy mecz Pucharu Narodów Afryki, a na kolejny włożył niebieską i przegrał, na stałe wrócił do bieli i znów zaczął zwyciężać. Uwierzył wtedy, że przynosi mu szczęście. Mnogością zabobonów przegania zresztą nawet Adama Nawałkę. Sądzi, że szczęście przynoszą mu niektórzy ludzie, zdarzenia i zachowania. Ale jeszcze bardziej wierzy w ciężką pracę, bo tak wychowała go mama, która urodziła się już we Francji, tuż po tym jak babcia Herve Renarda - z domu Cybulska - uciekła ta, przed II wojną.

Zawodowo zaczynał wspinaczkę od samego dołu - zresztą bardzo ciekawie rozmawiał o tym przed wylotem do Kataru z Didierem Deschampsem, selekcjonerem Francuzów, swoim rówieśnikiem, który zrobił znacznie większą karierę piłkarską i dzięki niej miał łatwiejszy start w trenerce. Renard też pogrywał, pamięta chociażby z boisk Cannes młodziutkiego Zinedine'a Zidane'a. - Już wtedy był fantastyczny - przyznaje, jednocześnie rozprawiając się z własnymi niedoborami: słabą techniką i powolnością. Twierdzi, że jedyne, co mógł wynieść z piłki to szatniowe doświadczenie z trzeciej ligi. Przeciągał swoją karierę do trzydziestki, a już od juniora prowadził zeszyty, w których zapisywał trening, cytaty trenerów, odpowiedzi piłkarzy i własne spostrzeżenia.

Protestująca kobieta wyrzucona z meczu IranuSkandal w Katarze. Irańska kibicka została wyrzucona ze stadionu. Za koszulkę

Zeszłego lata znów wstał do pracy o trzeciej nad ranem i wynosił śmieci. "To było oczyszczające"

Zderzenie z dorosłym życiem miał jednak trudne. Zdobywał kolejne licencje trenerskie, ale żeby na kursy nie chodzić głodnym, założył firmę sprzątającą i codziennie o 3 nad ranem zaczynał pracę. - Często wracam myślami do tamtych lat, gdy wstawałem tak wcześnie, żeby sprzątać apartamenty, które turyści wynajmowali na urlopy. Wynoszenie śmieci, czyszczenie dywanów, odkurzanie, mycie okien, przebieranie pościeli. Wszystko, by kolejni goście mogli cieszyć się wakacjami w czystości. Wstawałem o 2:30, pracowałem do południa, później kładłem się spać, wieczorami miałem treningi, więc szedłem spać po 23 i znów wstawałem w środku nocy. Było ciężko, ale wielu ludzi ma tak samo. Dzisiaj pomaga mi to spojrzeć na wszystko z innej perspektywy - przyznaje.

W zeszłe wakacje wrócił na urlop do Francji i poprosił swojego starego przyjaciela, by dał mu na jeden dzień tę starą robotę. Wstał więc w nocy, zdjął białą koszulę, włożył dres i popracował, jak kiedyś. - To było oczyszczające. Wspaniały dzień - stwierdził. Za swoje największe zalety uznaje otwartość i wytrwałość. Pierwsza pozwoliła mu pracować w Arabii Saudyjskiej, a druga zaprowadziła go na mundial. - Gdy pracujesz w tak wielu krajach, wzbogacasz się jako człowiek. Zyskujesz większe pokłady tolerancji niż mogłeś się spodziewać. Świat jest ogromny, a ja zaczynałem od Chin, gdzie sposób myślenia o życiu jest zupełnie inny niż w Europie. Później była Afryka, różne kraje, różne zwyczaje. Znów nowości. Teraz Bliski Wschód, kolejna kultura i kolejne wyzwania - mówi Renard. 

Ale z obranej drogi - przez Wietnam, Francję, Anglię, Zambię, Angolę, Algierię - się cieszy. Nie narzeka na los selekcjonera, nie tęskni za codzienną pracą w klubach. Sześć z jego ostatnich dziewięciu prac to były reprezentacje. W nich idzie mu znacznie lepiej. Dostawał też szanse w klubach, choćby w Lille, tuż po sukcesie z Wybrzeżem Kości Słoniowej, ale szybko został zwolniony, a z relacji z prezesem "odkręca się do dziś". Woli budować niemal od zera, a później rzucać się na lepsze zespoły i sprawiać niespodziankę. Przygotowanie fizyczne jest u niego podstawą, ale stara się też docierać do głów i serc piłkarzy. W 2010 r., przejmując Zambię, powiedział, że za dwa lata chce dotrzeć do półfinału PNA, a wszyscy wokół pukali się w głowę. - Mieliśmy jednak wyjątkową motywację. W 1993 r. doszło w Zambii do tragedii, bo najlepsza drużyna w jej historii zginęła w katastrofie samolotu, który leciał do Senegalu na mecz. Prezes federacji Kalusha Bwalya, ich najwybitniejszy piłkarz w historii, też miał być na pokładzie, ale zatrzymały go obowiązki i nie wsiadł. Wyobraźcie sobie: siedzi w domu, włącza telewizję, a samolot z kolegami się rozbił. Graliśmy dla nich. Dzień przed finałem zabrałem wszystkich piłkarzy na plażę, na której doszło do tragedii. Powspominaliśmy te ofiary w zadumie, porozmawialiśmy o wadze następnego meczu. Emocjonalnie było to bardzo ważne. Tych doświadczeń nie znajdę już nigdzie indziej - wspominał w rozmowie z "The Athletic". 

Wszędzie wylewa ten sam fundament. Kluczowe jest przygotowanie fizyczne

Z poprzedniego mundialu, na którym prowadził Maroko, wyciągnął jeden podstawowy wniosek: skuteczność na mistrzostwach jest absolutnie kluczowa. Trafił do silnej grupy, przegrywał minimalnie i zajął ostatnie miejsce. Najpierw było 0:1 z Iranem po golu w 95. minucie, następnie 0:1 z Portugalią po golu Cristiano Ronaldo straconym już w 4. minucie i remis 2:2 z Hiszpanią na otarcie łez. Podobieństwa tamtego Maroka do tej Arabii Saudyjskiej widać gołym okiem. Maroko też było chwalone za odważną grę w obronie, chęć atakowania i dobre przygotowanie fizyczne. - Nie wykorzystywaliśmy wtedy naszych okazji i mieliśmy pecha w pierwszym meczu, gdy Iran strzelił nam po jednej z nielicznych kontr - twierdzi Renard i przyznaje, że w każdej reprezentacji, w której pracuje, wylewa ten sam fundament: dyscyplina taktyczna, nakierowanie ambicji piłkarzy na zespołowe sukcesy i ciężkie treningi, by później mogli biegać szybciej i dłużej od rywali. - Saudyjczycy mają duże umiejętności, ale za często myślą o indywidualnych popisach i boiskowej magii. Wciąż trzeba ich dyscyplinować - mówi. 

Francuzi nie potrafią być do końca dumni, że obok Didiera Deschampsa mają na mistrzostwach jeszcze jednego selekcjonera. Trudno im kibicować Arabii Saudyjskiej, łamiącej prawa człowieka i ograniczającej podstawowe swobody jeszcze surowiej niż Katar, w którym ten mundial się odbywa. - Nie słucham ludzi - mówi Renard "The Athletic". - Odkąd tu pracuję, kraj bardzo się poprawił. Widzę dużą różnicę, choć jest jeszcze kilka rzeczy do poprawy. Ale jest też chęć, by to zmieniać - stwierdza i płynnie przechodzi do futbolu. - Niektórzy ludzie we Francji twierdzą, że przyjechałem tu tylko dla pieniędzy, a nie dla piłki. To nieprawda. Idziesz na mecz Al-Ittihad kontra Al-Hilal, a w Dżuddzie jest 60 tys. ludzi. To kraj futbolu - mówi, a patrząc na liczbę kibiców z Arabii, która przyjechała za reprezentacją do Kataru, trudno się nie zgodzić.

Trener Kanady powiedział jedno słowo za dużo. Chorwaci mu nie darowali. Dosadna odpowiedźTrener Kanady powiedział jedno słowo za dużo. Chorwaci mu nie darowali. Dosadna odpowiedź

Herve Renard chce kiedyś pracować w Polsce. Zarabia 1,5 mln euro rocznie

Ponoć Renard, jak mantrę powtarza banał: "Nigdy nie mów nigdy". Mówił ją również wtedy, gdy wylosował Argentynę, Polskę i Meksyk, a wszyscy przypisali mu czwarte miejsce w grupie. I gdy już naprzeciw tej Argentynie z odrdzewiałym Messsim musiał stanąć. I pewnie przed Polską też sobie to szepnie, chociaż nikomu przez myśl by nie przeszło, że może wygrać dwa mecze i ostatni z Meksykiem potraktować treningowo, bo wyjście z grupy i tak będzie pewne. Niewielu też wierzyło, że będzie pracował w Arabii tak długo, bo jej piłkarska federacja w dekadę zwolniła dziesięciu trenerów. Renard wytrzymał już ponad trzy lata, a niedawno przedłużył kontrakt na kolejnych pięć. Wsiąknął w ich kulturę, do Kataru przyleciał w tradycyjnym arabskim stroju z kefiją na głowie.

Co roku ma wzbogacać się o 1,5 mln euro, więc na razie wydaje się poza zasięgiem PZPN, choć jeszcze przed mundialem kilkukrotnie zdążył powiedzieć, że chętnie by kiedyś w Polsce popracował. Czuje do niej sentyment z racji babci i mamy. Pani Danielle ma już 81 lat, ale jest z nim w Katarze. Ojciec Herve i partnerka - Viviane Dieye, była miss Senegalu, także. Oglądają treningi, siadają za ławką rezerwowych na meczach. Vivane ze wzruszenia po meczu z Argentyną wylewała łzy, a rodzicom uśmiech nie schodził z twarzy. Dla Renarda i jego mamy mecz z Polską będzie wyjątkowy. 

Rodzice i żona Herve'a Renarda na treningu reprezentacji Arabii SaudyjskiejRodzice i żona Herve'a Renarda na treningu reprezentacji Arabii Saudyjskiej Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Więcej o: