Mundial 2018. Francja - Belgia. Mecz, który rozczarował. 5 sekund magii Mbappe to za mało. Henry pozostał dyplomatą

Spotkanie Francji z Belgią jak na półfinałowe starcie mistrzostw świata zawiodło. Gwiazdy nie błyszczały, a dwie ekipy do tej pory urzekające magiczną grą, podczas 90 minut zachwyciły może raz, za sprawą Mbappe. Nic dziwnego, że fanów bardziej interesowali przytulający się Deschamps i Hennry.

3:2 Belgii z Japonią, wyciągnięte z 0:2. Zwycięstwo z Brazylią, po wyrównanym meczu i emocjach praktycznie do końca. Po przeciwnej stronie Francuzi, którzy stoczyli chyba najpiękniejszy bój tych mistrzostw z Argentyną, zakończony pamiętnym 4:3. Potem też dwubramkowo rozprawili się z Urugwajem. To z powodu znakomitej, szybkiej i atrakcyjnej dla oka gry dwóch ekip spotkanie „Trójkolorowych” i „Czerwonych Diabłów” anonsowane jako przedwczesny finał, miało być niezapomnianym widowiskiem. Jak to często w takich sytuacjach bywa, dwaj bokserzy wagi ciężkiej, którzy spotkali się w ringu, stanęli naprzeciw siebie i czekali, aż któryś opuści gardę lub straci czujność. W pierwszej połowie tego starcia ciosów było jednak mało, a i uderzenia sierpowe przeszywające powietrze na nikim wrażenia nie robiły.

Gwiazdy

Jeśli to miał być pojedynek gwiazd, to gwiazdy ogólnie spisały się przeciętnie. Romelu Lukaku miał w pierwszych 45 minutach najmniej kontaktów z piłką, ze wszystkich zawodników na boisku (11). Olivier Giroud podtrzymywał swą mundialową statystykę i w światło bramki nie mógł trafić już siódmą godzinę. Tym, który w najdroższej ekipie na mundialu był tego najbliższy, okazał się obrońca Benjamin Pavard. Musiał pracować za napastników.

Griezman posyłał piłki wysoko w trybuny, lub w swoich próbach był blokowany. Wśród Belgów najpoważniej Llorisa zaskoczył Toby Alderweireld. Eden Hazard skuteczność dryblingów miał znakomitą, zresztą podobnie jak Kylian Mbappe tyle, że ich popisy niczemu się nie przysłużyły.  Diabły, nie okazały się takie straszne, bo w całym spotkaniu oddały tylko trzy celne strzały. „Trójkolorowi” w drugiej połowie zadowoleni z prowadzenia 1:0 po strzale Samuela Umtitiego, starali się przytrzymać piłkę i ukraść cenne sekundy. Gdyby nie popis gry Mbappe z 54 minuty, 5 sekund magii, czyli przełożenie piłki i odegranie ją piętką w polu karnym do Giroud, to spotkanie trudno byłoby postronnemu kibicowi zapamiętać. Przy półfinałowym starciu mistrzostw w Sankt Petersburgu można było z rozrzewnieniem wspomnieć choćby ostatni towarzyski mecz obydwu ekip na Stade de France zakończony wynikiem 4:3. Mundialowe starcie zwyczajnie zawiodło, chociaż Francuzi znaleźli się w raju. 

Deschamps zachwycony, media łaskawe

Słuchając pomeczowych zachwytów Didiera Deschampsa dotyczących „Les Bleus” można było odnieść wrażenie, że mistrz świata z 1998 roku oglądał we wtorek inne spotkanie.

- To coś niesamowitego. Jestem zadowolony z chłopaków, mieli charakter i odpowiednią mentalność – cieszył się szkoleniowiec. Prawdopodobnie endorfiny u trenera wywołane były samym faktem awansu do finału mundialu, niż stylem gry jego ekipy.

Nieco radośniej niż trzeba do tematu podeszły też chyba francuskie media, które swoim bohaterom przyznały znakomite noty. Optymistyczny był m.in. „Le Parisiene” „8,5” w dziesięciostopniowej skali dla Llorisa jeszcze można jakoś zaakceptować, ale „7,5” dla marnującego okazję Kante, czy „7” dla Griezmanna, można uznać za przesadę lub nazbyt łaskawe docenienie asysty tego ostatniego.

Henry nikogo nie skrzywdził

Momentami ciekawiej niż na boisku było poza nim. Szczególnie, że telewizyjne kamery i kibice z ciekawością wpatrywali się w paradującego w belgijskich barwach Thierry’ego Henry. Najskuteczniejszy strzelec w historii Francji, jeszcze przed spotkaniem, serdecznie przywitał się z Deschampsem, z którym w 1998 zdobywał puchar świata. Podczas samego meczu starał się tonować swoje emocje. Kultura wygrywania, którą były gracz Arsenalu i Barcelony starał się przeszczepić „Czerwonym Diabłom”, w kluczowym momencie nie zadziałała. Wspierana przez niego ofensywna siła Belgów, zatrzymała się na francuskich zasiekach. Henry, jako asystent trenera Belgów, Francji krzywdy nie zrobił. Co ciekawe podczas jego piłkarskiej kariery Titi nigdy nie zrobił też krzywdy Belgom. W ciągu kilkunastu lat dziwnie omijał większość ich towarzyskich meczów, a jeśli już pojawiał się na boisku gola nigdy im nie strzelił. Dyplomatą został do dziś.