MŚ 2018. Antoni Piechniczek dla Sport.pl: Sztuką będzie nie wyjść z grupy, ale Anglii bym nie chciał. Mam traumę

Doszukuję wielu analogii do tego, co się wydarzyło w 1974 roku. Obecna kadra Adama Nawałki przypomina mi sytuację, w jakiej znalazł się pan Kazimierz Górski. Uważam, że nasza kadra ma olbrzymie szanse, żeby myśleć o czymś więcej niż tylko wyjście z grupy - mówi Antoni Piechniczek, legendarny trener reprezentacji Polski, z którą w 1982 roku zdobył brązowy medal mistrzostw świata.

Damian Bąbol: W piątek w Moskwie czekają nas wielkie emocje. Jakich rywali chciałby pan dla Polski w fazie grupowej?

Antoni Piechniczek: Mam swoją grupę, ale do losowań zawsze podchodzę bez większych emocji. Czas na analizy i prawdziwe żniwa dla ekspertów oraz dziennikarzy zaczyna się tuż po jego zakończeniu. 

To jaka byłaby dla pana idealna grupa?

- Polska, Peru, Senegal i Arabia Saudyjska.

Boi się pan Europy?

- A chciałby pan trafić na Hiszpanię lub Anglię? Owszem, emocje będą ogromne, ale jakim to się zakończy wynikiem? Bóg jeden wie. Pojedynki z Anglią najczęściej kończyły się dla nas traumą i wolałbym tego kolejny raz nie przechodzić. Chorwację i Serbię też lepiej ominąć, bardzo niewygodni rywale. A po tym, co niedawno wydarzyło się w Kopenhadze wolałbym szerokim łukiem ominąć również Duńczyków. Mimo wszystko przy tak wysokiej liczbie drużyn na mundialu i układzie jaki się wytworzył, czyli Polska w pierwszym koszyku, i tak sztuką będzie nie wyjść z grupy. Nasza reprezentacja ma olbrzymie szanse, żeby zajść zdecydowanie dalej.

Reprezentacja Polski jedzie na mundialReprezentacja Polski jedzie na mundial KUBA ATYS

Taki optymizm już kilka razy bywał zgubny. Przed mundialem w Korei i Japonii niektórzy członkowie kadry analizowali już drabinkę do finału.

- Do finału może nie, ale nastroje rzeczywiście były zbyt napompowane. Niepotrzebnie, bo grupa wcale nie była taka łatwa. Na początku musieliśmy się zmierzyć z gospodarzem mistrzostw. Wie pan, z takimi drużynami zawsze gra się najgorzej. Wiedzieliśmy, że Korea Guusa Hiddinka była przez cały rok prowadzona na zasadzie drużyny klubowej. Holender doskonale ją przygotował motorycznie i taktycznie. Przegraliśmy 0:2, nie podejmując walki. Byli zdecydowanie lepsi. W następnym meczu trafiliśmy na Portugalię, z którymi nigdy nie grało się łatwo. Staraliśmy się przywołać miłe wspomnienia z Meksyku, gdzie 16 lat wcześniej wygraliśmy z nią decydujący mecz o wyjście z grupy, ale nie mieliśmy szans. 0:4 i można było pakować się do domu.

Często wraca pan wspomnieniami do mundialu w Meksyku.

- To były ostatnie mistrzostwa świata, w których reprezentacja Polski grała w fazie pucharowej. Po naszym powrocie do kraju mówiło się, że nie spełniliśmy oczekiwań, ale pamiętajmy, że w 1/8 przyszło nam grać z Brazylią, która ze względu na klima czuła się niemal jak współgospodarz. Mieliśmy szanse, ale przy innym sędziowaniu. Dzisiaj z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że pierwszy rzut karny, który ustawił mecz i dał prowadzenie rywalom, był wydumany przez niemieckiego arbitra. Wtedy prezesem FIFA był Brazylijczyk, a wiceprezesem Niemiec. Do tego na trybunach 20 tys. brazylijskich fanów. Jaki interes był w tym, żeby wygrała Polska? Zagrały inne czynniki niż piłkarskie. Wynik 0:4 wskazuje, że był to mecz na jedną bramkę, ale prawda była inna. Przy stanie 0:0 mieliśmy poprzeczkę, słupek, brakowało szczęścia. Walczyliśmy jak równy z równym, nie byliśmy chłopcem do bicia.

I nastały straszne czasy...

- Inne pokolenie, inne czasy. Zmiany ustrojowe w naszym państwie. Otwarto granice i spora grupa piłkarzy zaczęła grać w obcych ligach. Nie można było prowadzić reprezentacji w takim stylu, w jakim ja to robiłem, kiedy miałem zdecydowaną większość zawodników w polskiej lidze. Mogłem ich obserwować i mieć stały kontakt. Na ten długi kryzys złożyło się wiele przyczyn. Najwięcej zarzutów miałbym jednak do słabych piłkarzy, z którymi wielu trenerów próbowało awansować do wielkich turniejów.

A selekcjonerzy byli świetni?

- Słabi na pewno nie. Przecież próbowali m.in. Wojciech Łazarek, Andrzej Strejlau, Janusz Wójcik. Wówczas to byli nasi czołowi szkoleniowcy.

Teraz to tylko smutne wspomnienie. Sytuacja jest zupełnie inna. Reprezentacja Polski przeżywa szczyt popularności od upadku komunizmu.

- Doszukuję się w tym wielu analogii do tego, co się wydarzyło w 1974 roku. Pierwszy występ na mundialu w RFN przeciwko Argentynie dla pan Kazimierz Górski był 31. meczem w roli selekcjonera. Do tego dwa lata wcześniej zdobył złoty medal olimpijski w Monachium. Teraz jest podobnie. Na mundialu Nawałka będzie prowadził naszą kadrę po raz 40., i ma za sobą udane mistrzostwa Europy. Wszystko wskazuje na to, że reprezentacja Polski jest w optymalnej dyspozycji psychiczno-taktycznej i gotowa do gry o wysokie cele na mundialu. Poza tym niektórzy piłkarze muszą sobie zdawać sprawę, że to będzie dla nich impreza ostatniej szansy. Na następne Euro lub mistrzostwach w Katarze, może już nie być w kadrze.

Zaraz po losowaniu, podobnie jak przed Euro we Francji, będziemy się modlić o zdrowie Roberta Lewandowskiego.

- Nie wyobrażam sobie naszej reprezentacji bez Roberta, ale on jest bardzo silny, odporny na kontuzje, więc raczej nic groźnego nie powinno się przydarzyć. Martwię się tylko o jego przemęczenie. Wiosną będzie eksploatowany do granic możliwości. Czeka go walka o mistrzostwo i puchar Niemiec oraz główny cel - Liga Mistrzów. Bayern nie jest faworytem tych rozgrywek, ale to klasowy zespół, który jest w stanie awansować do finału. Jeśli tak się stanie, to dopiero w trzecim tygodniu maja będzie do dyspozycji Nawałki. To ile mu zostanie czasu na jakikolwiek wypoczynek i odzyskanie świeżości przed mundialem?

Maciej Witkowski/REPORTER / REPORTER

Lewandowski jest najlepszym piłkarzem w historii reprezentacji Polski?

- Nie potrafię powiedzieć, czy jest wybitniejszy od Bońka czy Lubańskiego. To piłkarze z różnych epok. Robert pobił rekord strzelecki, wyprzedził Włodka i zapisze się w historii, ale Lubańskiemu do zdobycia 50 bramek wystarczyło 70 meczów i nie występował w towarzyskich grach z frajerami. Z reguły grał i strzelał gole w zaciętych bitwach ze Związkiem Radzieckim, NRD czy Anglią. Lewandowski ma koncie 90 spotkań w kadrze i sporo goli przeciwko takim zespołom jak San Marino. Oczywiście podziwiam go i bardzo szanuję, ale skala trudności była inna, piłka była inna i dlatego nie da się tego porównać.

Podczas meczu towarzyskiego z Meksykiem w Gdańsku, mógł pan ponownie spotkać się ze swoimi piłkarzami, z którymi zdobył brązowy medal w Hiszpanii w 1982 roku.

- Bardzo miłe spotkanie. Dziękuję Zbyszkowi Bońkowi za pomysł i organizację takiego wydarzenia. Przyjemnie było odświeżyć znajomości. Z niektórymi zawodnikami miałem częstszy kontakt, z innymi nie widziałem się od paru lat, bo rozjechali się po świecie.  Cieszę się, że nie było nikogo, który by narzekał, że mu się w życiu nie udało, czy ledwo wiąże koniec z końcem. Nie są to piłkarze tak ustatkowani finansowo jak obecni.  Za te pieniądze, które dostaliśmy za trzecie miejsce na mistrzostwach świata, to aktualna reprezentacja pewnie nie wsiadłaby do samolotu. Trzeba się cieszyć z tego co jest i co mogliśmy przeżyć. Moje pokolenie zarabiało lepiej niż pokolenie Ernesta Pohla czy Gerarda Cieślika. Następcy Lewandowskiego mogą zarabiać jeszcze więcej.

A widzi pan zastępców? Niektórzy już wieszczą, że jesteśmy u progu kryzysu pokoleniowego.

- Taki problem nam się zdarzył, ale dopiero po kilkunastu latach sukcesów. Okres prosperity rozpoczął się w 1972, a zakończył 1986 roku. W przeciągu tych 14 latach graliśmy cztery razy na mistrzostwach świata i dwa razy na igrzyskach, czyli sześciokrotnie byliśmy obecni na wielkiej imprezie. Teraz reprezentacja przeżywa pasmo sukcesów dopiero od dwóch lat. Nie wróżmy na siłę czarnych scenariuszów. Jeszcze długo nie przyjdą.

Rozmawiał Damian Bąbol