Mistrzostwa świata w piłce nożnej, półfinały. Słońce i łzy Argentyny

- Staniesz się tej nocy bohaterem - powiedział Javier Mascherano i ucałował bramkarza Sergio Romero. A jak szef coś mówi, to tak być musi. Rezerwowy Monaco obronił karne Vlaara i Sneijdera, by Argentyna mogła świętować awans do finału po 24 latach wyczekiwania.

Wejść tak wysoko można raz w życiu. Bo kariera piłkarza trwa krótko. 33-letni Maxi Rodriguez opowiadał, że od chwili, gdy ustawił piłkę 11 metrów od bramki Cillessena, do momentu jej kopnięcia przemknęło mu przez głowę tak wiele, iż nie byłby w stanie opowiedzieć. Maxi to ten, który zdobył najpiękniejszą bramkę mistrzostw w Niemczech osiem lat temu, uderzając piłkę z woleja w dogrywce zaciętego starcia z Meksykiem w 1/8 finału. Do Brazylii przyjechał na mundial ostatni raz. Na inaugurację z Bośnią i Hercegowiną wyglądał jak sportowy emeryt, grał słabo, został zmieniony w przerwie i od tej pory tkwił na ławce. Wydawało się, że już się z niej nie podniesie.

Drugi czy czwarty?

Tymczasem w 10. minucie pierwszej części dogrywki meczu o finał z Holandią Alejandro Sabella kazał mu wstać i posłał na boisko, zdejmując Ezequiela Lavezziego. Nic wielkiego zdziałać nie mógł, najlepsze lata ma za sobą, ale do wykonywania karnego nadaje się jak nikt inny. Ma chłop do dziś młotek w nodze.

Sabella nie pytał, czy chce strzelać. Kwestia brzmiała: - Drugi czy czwarty? Pierwszy musiał strzelać Leo Messi, on wziął na barki odpowiedzialność za dobry start. Loteria loterią, a swoje sposoby na karne mieć trzeba. Zwłaszcza gdy stawką jest finał mundialu. Maxi powiedział: "czwarty".

Fenomenalne interwencje Romero dały Argentynie przewagę dwóch goli. Stało się dokładnie tak, jak przewidywał Mascherano - pseudonim "Mały szef" lub po prostu "Szefunio". Trzeba było wykonać wyrok na Holendrach, by pierwszy od 24 lat awans Argentyny do finału stał się rzeczywistością. Maxi podszedł do piłki.

- Miałem sto myśli na minutę. Postanowiłem strzelać z całej siły. Zwykle przy karnych tego nie robię, ale teraz miałem ochotę wbić bramkarza w siatkę, by razem z bramką znalazł się na orbicie. Wymierzyłem w jego głowę i walnąłem ile wlazło. Kiedy zobaczyłem, że siatka się poruszyła, poczułem, że przy urodzeniu wróżka musiała dotknąć mnie swoją różdżką. Człowiek czuje się w takich chwilach wybrańcem losu.

Maxi wie, że to jego ostatni mundial. Rozmawiał o tym z Mascherano i Messim. Przed meczem z Holendrami wspominali tych wszystkich, którzy od 2006 roku przewinęli się przez drużynę razem z nimi. Trzeba było to wreszcie zrobić, trzeba było osiągnąć ten wymarzony finał na Maracanie. Także dla tych, którzy po drodze odpadli i w ich imieniu.

Rachunki do wyrównania

Porażka w ćwierćfinale z Niemcami po karnych 8 lat temu to było dla Argentyńczyków wydarzenie wyjątkowo bolesne i frustrujące. Cztery lata temu w RPA kompleks się tylko pogłębił, gdy drużyna prowadzona przez Messiego w najlepszym momencie kariery poległa 0:4 z zespołem Joachima Loewa na tym samym etapie rozgrywek. Dla nich finał na Maracanie nie będzie więc rozliczeniem z 1990 rokiem, gdy 8 lipca w Rzymie Diego Maradona opłakiwał decyzje sędziowskie w przegranym finale w Italii po golu z karnego Andreasa Brehme. Oni mają z Niemcami rachunki własne, choć są świadomi, że wyrównać je będzie trudniej niż kiedykolwiek. Po zwycięstwie nad Brazylią 7:1 zespół Loewa dostał złoto zaocznie.

Takich historii jak ta Maxi Rodrigueza są w Argentynie setki, tysiące, a może miliony. Każdy z tych kibiców, którzy przybyli na półfinał do Sao Paulo, mógłby opowiedzieć, jak cierpiał, jak czekał i jak płakał po czwartym karnym w środę. Słońce zaświeciło nad Argentyną, które jest przecież jednym z jej symboli.

Bohater numer 1

Bramkarz Romero dostał nagrodę dla najlepszego zawodnika półfinału. Zaproszono go więc na konferencję prasową. Dziękował na niej Sabelli i Louisowi van Gaalowi. To trener rywali, w Aalkmar zrobił z niego bramkarza europejskiej klasy. - Gdy jako nastolatek przyjechałem do Holandii, on się mną zaopiekował, był moim przewodnikiem. Bez niego nie byłbym tu, gdzie jestem - opowiadał. Kosztem drużyny kierowanej przez Van Gaala. Taki jest futbol.

Za bohatera numer 1 Argentyńczycy uznali jednak jednogłośnie Mascherano. Ich zdaniem był tego wieczoru najlepszy na boisku. A interwencja z 90. minuty meczu, gdy zablokował strzał Arjena Robbena, to był majstersztyk godny najpiękniejszego gola mistrzostw. Gdyby nie ona, nie byłoby dogrywki i karnych. Romero nie byłby tam, gdzie jest, Maxi nie miałby okazji wyrzucić z siebie złości przy czwartym karnym, a Leo Messi opowiadać, jak jest dumny, stanowiąc część tej niezwykłej drużyny.

- Aż mnie w kroczu zapiekło, gdy ze wszystkich sił wyrzuciłem nogę do przodu - opowiadał Mascherano. - Trzeba jednak przyznać, że Robben dał mi szansę, bo przez chwilę się zawahał. Gdyby strzelił wcześniej, byłoby po sprawie, ale zwlekał i piłka otarła się o moje palce.

O finale z Niemcami Sabella mógłby mówić godzinami. Jest zafascynowany piłką niemiecką, kocha i podziwia w niej graczy, nawet tych już dawno zapomnianych. Dla niego Niemcy to wielka nacja zdolna do tak ciężkiej pracy, jakby wciąż była na dorobku. Uważa, że tamtejsi piłkarze mają w sobie romantyzm spotykany tylko u Latynosów.

Słuchając egzaltowanych słów trenera Argentyny mówiącego o wielkich rywalach, miałem wrażenie, że ponosi go entuzjazm chwili. Jest 90 minut od tego, by jego nazwisko znalazło się w galerii chwały obok Cesara Luisa Menottiego i Carlosa Bilardo.

Na Sabellę i jego zespół przestał wreszcie narzekać sam Diego Maradona. Niedawno mówił, że poza Messim nikt inny nie dorasta do skali wyzwania. Dziś świętuje, że jego rodacy zaszli wyżej od gospodarzy turnieju. W pokręconych brazylijsko-argentyńskich relacjach to, co się stało na tym mundialu, jest dla "Albicelestes" wielką nobilitacją. A nawet czymś więcej.

Maradona Niemców się nie boi, choć świętował każdego z siedmiu goli, które wbili w półfinale Brazylijczykom. Uważa, że to bardzo dobrze dla Argentyny, iż rywal zaocznie obsypywany jest złotem. - Zbytnia pewność siebie jest w piłce wyłącznie szkodliwa - mówi. Dziwacznie to brzmi w ustach kogoś, kto ma własny kościół (Iglesia Maradoniana) i rzesze wyznawców.

Chyba jednak Sabella jest bliższy prawdy. Na nieszczęście Argentyny Niemcy to nacja, której trudno przedwcześnie zakręcić w głowie. - Finał jest nagrodą za to, co przeszliśmy od 2006 roku. Dedykujemy go także tym, którzy do niego nie dotrwali. Na Maracanie mamy zamiar świętować najwspanialsze 90 minut w życiu. Finał mundialu zdarza się raz. Czasem nigdy. Nam się zdarzy w niedzielę - mówi Mascherano. A jak "Szef" mówi, to tak ma być.

Zobacz wideo

Ciche bohaterki MŚ! Wiesz, czyje to dziewczyny? [QUIZ]

Więcej o: