Brazylia - Chile. Chile tylko zatrzymane - nie pokonane

Dramat w rzutach karnych nie powinien przekreślać pięknej historii, jaką napisało na tym mundialu Chile. Odpadnięcie z brazylijskiego turnieju nie zmieni też faktu, że dla tego zespołu i Jorge Sampaoliego to tylko przystanek na drodze ku wielkości.

Typowe Chile. Stracić gola po stałym fragmencie gry, podkreślając swój największy problem w defensywie - niscy obrońcy w pierwszym składzie. Weźcie na przykład takiego Gary'ego Medela, który w ich drużynie spełnia rolę libero, a przecież ma ledwie 172 centymetry wzrostu. Nic dziwnego, że najpierw Thiago Silva wyskoczył ponad swoich rywali, ale też David Luiz łatwo przepchnął słabszego fizycznie Gonzalo Jarę.

Typowe Chile. Najpierw powalczyć w desperacki sposób o straconą piłkę - dośrodkowanie kolegi było zbyt mocne dla Arturo Vidala, który jednak przewrotką wybił ją na aut. I wtedy ustawić pressing, którego Hulk jakby się nie spodziewał. Vargas z łatwością wybija mu piłkę, David Luiz waha się z przechwytem, a Alexis Sanchez nie marnuje tej okazji. Wystarczyło odwrócić głowę na sekundę, by przegapić tego gola. Zaatakowali i zaskoczyli rywala jeszcze szybciej niż przy pierwszej bramce z Hiszpanią.

Rosną w siłę

Cztery lata temu, gdy Howard Webb również prowadził ich mecz z Brazylią w 1/8 finału mistrzostw świata, Chilijczycy także dali się zaskoczyć po stałym fragmencie gry rywali. Jednak nie zdołali się podnieść, po czterech minutach stracili drugiego gola, a po przerwie dobił ich Robinho. Zabrakło jakości (szczęścia?) w serii jedenastek, aby tym razem ten kompleks Brazylii - brak zwycięstwa w 26 meczach na ich terenie - udało się zabiegać, na pewno grając lepiej niż przed czterema laty.

A może po prostu Jorge Sampaoli ma do dyspozycji lepszych piłkarzy niż Marcelo Bielsa w 2010 roku? Wtedy Chilijczycy grali w europejskich klubach, ale raczej drugiego rzędu - Udinese, Sportingu Lizbona czy londyńskim West Hamie. Dziś to samo pokolenie decyduje o losach m.in. Juventusu i Barcelony, a sądząc po mundialowych popisach wielu dziś występujących niżej, wkrótce czekają na nich tylko lepsze kontrakty.

Może więc Brazylia jest słabsza? Ani Robinho, ani Kaka nie znaleźli się w planach Scolariego, a tacy piłkarze jak Fred czy Jo teraz marnowali jej najlepsze szanse. Nawet tamten zespół, który odpadł z Holendrami miał wiele niedoskonałości, ale przecież Brazylia w 2014 roku, w tym ćwierćfinale podawała najgorzej od 1966 roku. Tylko czterech jej piłkarzy zagrywało z dokładnością większą niż 80 procent - to wynik fatalny, obrazujący przeciętność "Canarinhos".

Z drzewa na mundial

Im przydałby się taki zawodnik jak Charles Aranguiz. On jedyny nie pozwalał, by to szaleńcze tempo spotkania i styl gry - długimi zagraniami nad strefą środkową - wpływał na jego postawę. Był jedynym estetą na tym ekscytującym festiwalu piłkarskiego niechlujstwa i strachu przed niespodziewanym i agresywnym odbiorem przeciwnika. Podawał najdokładniej (93 proc.), zawsze wspomagał kolegów, którzy szukali możliwości przeniesienia akcji na połowę rywala. Tylko Diaz przebiegł więcej od niego w tym spotkaniu.

Aranguiz zresztą jest najlepszym przykładem magii Jorge Sampaoliego, który wziął go do Universidad de Chile w 2011 roku, nauczył tego szaleńczego, ale i metodycznego stylu gry, a następnie utrzymał w reprezentacji. Zresztą przeskok tego szkoleniowca jest jeszcze bardziej imponujący - gdy Luis Felipe Scolari w 2002 roku wygrywał z Brazylią mistrzostwo świata, Argentyńczyk pracował jeszcze w futbolu półzawodowym, dopiero czekając na swoją szansę wyżej.

Jego wzorem był Marcelo Bielsa, po którym przejął nie tylko styl gry drużyny, ale też specyficzne zachowania. Od początku kariery był nerwowy, rzucając się po swoim polu technicznym - gdy jeszcze prowadził zespół w niższej lidze argentyńskiej i został wyrzucony na trybuny, wybiegł za niewielki stadion, by wspiąć się na drzewo i stamtąd na swoich piłkarzy pokrzykiwać. Jego pierwszy sukces przypadł dopiero na rok 2011, a po kilkunastu miesiącach był już selekcjonerem Chile.

Przeklęty los pokolenia

Chile, czyli rywala, którego Brazylia nie chciała. Scolari już pół roku temu mówił, że życzyłby sobie ich odpadnięcia w trudnej grupie z Hiszpanią, Australią i Holendrami, wybierając sobie na rywali Europejczyków. Jednak oni, pomimo porażki w ostatnim meczu, wyszli z niej w wielkim stylu, dobijając mistrzów świata. I chociaż Brazylia miała swoje świetne szanse, to z meczu i tak zapamiętamy poprzeczkę Mauricio Pinilli z ostatnich minut dogrywki.

Oglądaliśmy wielkie Chile i niewiele innych drużyn będziemy żegnać z takim żalem po odpadnięciu z turnieju. Chciałoby się oglądać ich aż do finału - według niektórych nawet kosztem Brazylii. Ten pressing, nieustępliwość i świetnego, po profesorsku grającego Gary'ego Medela w obronie, Sancheza szalejącego w ataku, rewelacyjnego Claudio Bravo w bramce. Gdyby tylko Arturo Vidal był w pełni zdrowia i nie musiał schodzić przed dogrywką, pewnie on by wziął na siebie ten ostatni rzut karny - i on też zasłużył, by przedłużyć szanse swojej drużyny, a nie oglądać tragedię z ławki rezerwowych.

Dla Chile odpadnięcie będzie wielką tragedią tylko przez chwilę - o ile Sampaoli się nigdzie nie ruszy, nie zabierze go jakiś potentat z Europy, by po pięknym sezonie piłkarze padli ze zmęczenia, a on wypadł z pracy. Jak w przypadku Bielsy w Bilbao. Tylko sześciu piłkarzy z szerokiego składu jest po trzydziestym roku życia. Ivan Zamorano słusznie twierdził, że Chile takiego pokolenia jeszcze nie miało. Na szczęście ono jest na tyle młode, by w Rosji też zachwycać nas rozegraniem, techniką, wyobraźnią, ambicją i nieustannym pressingiem.

O ile tam nie trafią po raz kolejny na przeklętą Brazylię.

Kto zagra w półfinale?
Więcej o: