Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej 2014. Okoński: Dlaczego mundial nie jest nudny

Przecież wszystko miało być inaczej: zmęczone i kontuzjowane gwiazdy, odwrócona plecami brazylijska publiczność, bezbramkowe remisy i dużo meczów bez znaczenia. Dlaczego obserwujemy jeden z najlepszych mundiali w historii, pisze Michał Okoński, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" i autor bloga "Futbol jest okrutny".

Co to się starsi z nas nakłapali dziobem, gdy po 1994 roku zmieniano formułę mistrzostw świata, zwiększając liczbę uczestników z 24 do 32. Co to się nakłapiemy, kiedy w przyszłości z 32 zrobi się 40 - a są takie pomysły. Że piłkarze zmęczeni sezonem, w którym rozegrali już po 60 i więcej meczów. Że za długo to trwa, że niektórych meczów nie da się oglądać, że stosując zasadę reprezentatywności poszczególnych kontynentów (władze FIFA walczą o głosy lokalnych federacji, by załatwić sobie kolejną kadencję) nie sposób znaleźć tylu sędziów na odpowiednim poziomie.

Klub lepszy niż kraj

Głównie jednak, że nudno: że hity będą się zdarzać dopiero w kolejnych rundach, a fazę grupową faworyci przeczłapią jakoś, nie wysilając się zbytnio i osiągając sukces dzięki pojedynczym zrywom i błyskom geniuszu - coś jak Argentyna z Bośnią i Iranem. Że faworytów jest tak naprawdę kilku, zawsze tych samych, a reszta przyjeżdża głównie po to, żeby się pokazać - zwłaszcza potencjalnym kupcom - i poprzestać na satysfakcji, którą daje opieranie się do końca Holandii (casus australijski) lub Argentynie (przypadek Iranu). Że tu i ówdzie wystarczy remis i że biorąc pod uwagę statystyki, to w Lidze Mistrzów np. pada średnio 2,94 gola na mecz (w Bundeslidze 2,93, w La Liga 2,87, w Premier League - 2,80), podczas gdy na dwóch ostatnich mundialach strzelano 2,27 i 2,30 - dane wyciągam z jednego z poprzednich numerów kwartalnika "Blizzard", z tekstu zatytułowanego "Dlaczego mundial jest nudny".

Padały też, rzecz jasna, argumenty czysto piłkarskie. Że nie sposób porównać poziomu piłki klubowej z futbolem reprezentacyjnym: tam gra się i trenuje wspólnie przez dziesięć miesięcy, tutaj wszystko trzeba załatwić podczas serii kilkudniowych zgrupowań i nikomu niepotrzebnych sparingów (kluby puszczają niechętnie, piłkarze się uchylają, twierdzą - znamy takie przypadki także z Polski - że są kontuzjowani i na kadrę nie przyjadą, ale w lidze grają bez przeszkód), po których przychodzą jeszcze mecze eliminacyjne, a w razie sukcesu - góra trzytygodniowe zgrupowanie przed wielkim turniejem. Że Oscar i Neymar w związku z tym nigdy nie będą mieli szansy na wypracowanie wspólnych schematów i telepatycznego wręcz porozumienia, jak ten pierwszy z Hazardem, a drugi z Iniestą. I że trener reprezentacji nie przygotuje zawodnikom tak szczegółowego dossier o zachowaniach rywali, jak dostaną w klubie. A w końcu (co ma tłumaczyć tę mniejszą liczbę goli): że skoro ma mało czasu na pracę z piłkarzami, musi się koncentrować na defensywie: "Nauczyć gry obronnej można łatwiej i szybciej niż atakowania" - mówi, cytowany przez "Blizzarda", legendarny futbolowy strateg Tomislav Ivić.

Oto, dlaczego niejeden z przedmundialowych wróżbitów skłonny był wymieniać jako faworytów reprezentacje przenoszące na poziom mistrzostw świata klubowe wzory: Hiszpania - Barcelonę, Niemcy - Bayern. Historia, dodajmy, pracowała na korzyść tej tezy - nie tylko odległa (austriacki Wunderteam, węgierska "złota jedenastka"), ale i względnie świeża: Korea Południowa w 2002 r. podporządkowała w zasadzie rozgrywki ligowe interesowi reprezentacji, Guus Hiddink pracował z tamtejszymi kadrowiczami prawie trzy miesiące.

ale kraj ważniejszy...

Japonia - Grecja, oto, co zostało z teorii o nudzie. Jeszcze coś? Gdzie się rozejrzę, na jaką stronę wejdę i jaką gazetę przeczytam, wszędzie zachwyty. Porażki faworytów (Hiszpania). Wzloty kopciuszków (Kostaryka). Popisy gwiazd (Messi). Historyczne rekordy (Klose). Mnóstwo goli, stosunkowo niewiele sędziowskich błędów, pressing i dzikie tempo - nawet w potwornym upale Fortalezy, gdzie największą z dotychczasowych uczt uraczyły nas Niemcy i Ghana.

Dlaczego tak się dzieje? Miałbym ochotę postawić hipotezę ryzykowną (zwłaszcza w tym miejscu), ale być może uzasadnioną. Zobaczcie, jak w trakcie turnieju w Brazylii wykonuje się hymny. Jak robią to Brazylijczycy i Chilijczycy, dośpiewujący kolejne zwrotki, mimo iż orkiestra już ucichła, albo jak robi to Buffon. Wspomnijcie łzy Sereya Die z Wybrzeża Kości Słoniowej. Zamknięte oczy. Dłonie na sercu albo na zasłaniającym serce godle. Nabila Bentaleba, śpiewającego hymn Algierii, choć grę dla tej reprezentacji zadeklarował dopiero kilka miesięcy temu, wcześniej występował we francuskiej młodzieżówce, a i Anglia była zainteresowana jego grą. W ogóle: rosnącą liczbę śpiewających nawet w reprezentacjach, które bazują na występach dzieci imigrantów (można skądinąd przestać się bać "obcych", skoro to oni prowadzą naszą drużynę do zwycięstwa, nieprawdaż?).

To, skąd jesteś, ma znaczenie. Jeśli nie paraliżuje ogromem odpowiedzialności (częste zjawisko u Anglików, których niedoszły selekcjoner Harry Redknapp ujawnił niedawno, że kiedy trenował Tottenham, niejeden z podopiecznych prosił o wyreklamowanie z tego stresującego i przykrego obowiązku), to dodaje mocy: pozwala biegać więcej i chcieć bardziej. Z taką postawą nie ma meczu bez znaczenia.

Oczywiście niewykluczone, że mundial nam się jeszcze znudzi. Że nieustraszona Kostaryka i szalone Chile w końcu odpadną, robiąc miejsce drużynom bardziej kunktatorskim. Że liczba strzelanych bramek zmniejszy się i tak dalej. Napędzająca zawodników motywacja zostanie jednak do końca - motywacja piłkarzy i, dodajmy, kibiców. O integrującej roli sportu w podzielonych politycznie społeczeństwach (np. na skonfliktowanej wewnętrznie po pomarańczowej rewolucji Ukrainie w trakcie mundialu w Niemczech, w 2006 r.) trzeba by napisać kolejny tekst.

Załamani Hiszpanie po odpadnięciu z MŚ. Rozpacz zarówno wśród piłkarzy jak i kibiców >>

źródło: Okazje.info

Więcej o: