Sport.pl z Brazylii: Urugwaj? Czarny koń by się uśmiał

Kibicujemy im, bo trafiają ze swoją historią do serc. Ale Urugwaj to błąd w systemie futbolu. Typowanie go do mundialowych sukcesów co cztery lata to tylko marzycielstwo. W czwartek o 21 Urugwaj zagra z Anglią. Relacja na żywo na Sport.pl i Z Czuba.

Wyobraźcie sobie reprezentację, która musi wybierać piłkarzy tylko spośród ludzi dojeżdżających codziennie metrem w Sao Paulo. Ligę ma jedną z najbiedniejszych na kontynencie, ze śmiesznie niskim kontraktem na prawa telewizyjne, a budżet najbogatszego klubu to ledwie dwie trzecie tego, co ma do wydania Legia. Z 34 klubów pierwszej i drugiej ligi aż 29 pochodzi z jednego miasta, co mogłoby dawać selekcjonerowi jakiś komfort pracy, gdyby nie to, że prawie wszyscy kandydaci do kadry pracują w innych krajach.

Weekend 3 tysięcy meczów

A jednak jakiś komfort pracy Oscar Washington Tabarez ma. Mimo że prowadzi drużynę ledwie 3,4-milionowego kraju - mniej więcej tyle średnio osób korzysta każdego dnia z metra w mieście dzisiejszego meczu Urugwaj-Anglia - że gorzej od Urugwaju płaci piłkarzom w tej części świata tylko Boliwia. Ten komfort to możliwość powiedzenia: ja to stwarzam, to jest moje laboratorium. Tabarez jest od 2006 roku w Urugwaju nie tyle trenerem, co ministrem futbolu. Zarządza piłką od góry do dołu, od kadry po rozgrywki dziecięce, które są urugwajską miłością. Ten kraj kiedyś pierwszy, jeszcze przed wojną, wymyślił coś na kształt systemu orlików. Jak pisze "El Pais", w każdy weekend w Montevideo, mieście 29 ligowych drużyn, jest rozgrywanych około trzech tysięcy meczów. Mały piłkarz to tutaj trochę tak jak mały sprinter na Jamajce.

To nie jest ładna bajka

Ale nawet minister Tabarez, trener filozof, z powierzchownością ambasadora (choć swoje też za uszami ma, niedawno musiał się tłumaczyć fiskusowi z dziwnych transakcji), a jednocześnie z intuicją do układania drużyn i dobrej gry, wszystkich problemów nie rozwiąże. Urugwaj nie jest bajką piłkarską. Tu też zaczynają pustoszyć futbol chuligani jak barras bravas z Argentyny, kluby są przystanią dla szemranych menedżerów, parawanem dla podatkowych oszustw albo fikcyjnych transferów (piłkarzami małego Deportivo Rentistas z Montevideo byli i Hulk, i Mariusz Piekarski, choć żaden nie kopnął tam piłki). A reprezentacja z sześciu ostatnich mundiali w trzech zagrała, a w trzech nie. Od kiedy Tabarez został selekcjonerem z ogromną władzą, zagrała dwa razy (a na przełomie lat 80. i 90. gdy był selekcjonerem z normalną władzą - raz), w RPA doszła do półfinału, rok później wygrała Copa America. I została reprezentacją wszystkich marzycieli, futbolowym - przepraszam za niemodne słowo - hipsterstwem. Któremu do pełni hipsterstwa brakowało tylko, żeby razem z Tabarezem drużynę poprowadził Marcelo Bielsa.

Od pokolenia do pokolenia

Dla wielu Urugwajczyków ten czas sukcesów rok po roku był cenniejszy niż Maracanazo, niż dwa tytuły mistrza świata i mistrzostwa olimpijskie zdobywane w odległej przeszłości, gdy futbol jeszcze nie był tak poważną zabawą. Przyszedł trudniej, wbrew wszystkiemu. W latach pierwszych sukcesów Urugwaj ze swoimi orlikami i zorganizowanym szkoleniem młodzieży był w awangardzie systemu, tym nadrabiał w walce z większymi. Dziś jest aberracją systemu. Maluchem, który przez ostatnie lata wychował więcej piłkarzy światowej klasy niż niejeden gigant. Ale kraj tak mały, nawet z mądrze zarządzaną piłką, zawsze będzie krajem sukcesów pokoleniowych. Tak jak było w ostatnich 20 latach choćby niepowtarzalne pokolenie słoweńskie, tak jest i obecne urugwajskie (a może i obecne bośniackie też będzie nie do powtórzenia). Pokolenie odchodzi, trzeba czasem bardzo długo czekać na kolejny taki dobry zbieg okoliczności.

Potrójny problem: Diego-Diego-Diego

Tyle że Słoweńców nikt nie typował na faworyta żadnych mistrzostw, Bośniaków też nie. A o Urugwaju czasem czytam, że jak mu się nie uda turniej w Brazylii, to będzie wielka niespodzianka. Nie będzie. Tak jak nie będzie już młodszy choćby tercet Diego-Diego-Diego. Czyli Forlan, Lugano, nieobecny dziś przeciw Anglikom, słaby przeciw Kostaryce oraz Perez, rezerwowy w pierwszym meczu, najmniej doceniany z tego tercetu, a gdy w formie - bezcenny organizator gry między obroną a pomocą. Oscar Tabarez, człowiek coraz bardziej zmęczony, po operacji kręgosłupa, też zastanawia się, co dalej.

Sama porażka z Kostaryką na pewno sensacją była, w końcu tam też wybierają piłkarzy z niewiele większej grupy (4,3 mln mieszkańców). Inna sprawa, że Urugwaj zwykle potrzebuje czasu by się rozpędzić. To już czwarty z ostatnich wielkich turniejów (wliczając Puchar Konfederacji, choć akurat jego wielkość jest dyskusyjna), w którym jest bez zwycięstwa na inaugurację. A zwycięstwem nad Anglikami może jeszcze wszystko zmienić. Bo skoro błąd systemu, to błąd: kto mówi, że Urugwaj nie da rady wygrać?

Vlogerzy Sport.pl:

 

KONKURS! Zobacz decydujące mecze MŚ w niezwykłej jakości!

Więcej o: