Zgoda polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną (ale nie tą)

- Dziennikarz? - słyszę za sobą, gdy rozstawiam kamerę na drodze do stadionu w Manaus. Jesteśmy w środku Amazonii, na krańcu mundialu, 4 tysiące kilometrów od Rio de Janeiro. Wprawdzie jeśli jakąś dżunglę spod stadionu widać, to tylko wielkomiejską, bo ta prawdziwa jest daleko poza Manaus. Ale czujesz, że wylądowałeś w innym świecie. Upał, wilgoć, ludzie żyją innym rytmem. Jeszcze pięć godzin do meczu Włochy-Anglia. Ulica pusta, tylko ja i oni. - Czyli dziennikarz? My też tu jednego dziennikarza mamy w grupie - mówi ktoś, kto się za chwilę przedstawi jako Eugene.

Sam nie wiem, kim się czuję

Eugene mówi po angielsku, ale słychać słowiańską nutę. Łysy, niewysoki, jest najgłośniejszy w dziewięcioosobowej grupie. Jedni mają flagi i koszulki Włoch, inni flagi Anglii i widać, że każdy jest z innej parafii. - Ty skąd? Z Polski? Pawieł? A po rusku zrozumiesz? Bo ja właściwie nie jestem Eugene, tylko Jewgienij, Żenia. Z Ukrainy, ale mieszkam w Nowym Jorku - mówi Żenia i przedstawia pozostałych.

Ci z włoską flagą to chłopaki z Rosji, ale mieszkają we Włoszech. Jedyna w grupie dziewczyna to Galina. Rosjanka, ale z Kapsztadu. Anar przedstawia się sam: - Też z Nowego Jorku, ale Rosjanin. A właściwie to Kazach z dawnego Związku Radzieckiego, ale sam nie wiem, kim się czuję. Zależy kiedy. Wy pewnie w Polsce nawet nie wiecie, gdzie Kazachstan leży - mówi.

Odpowiadam, że wiemy. W trudne okołowojenne historie nie chcę wchodzić, ale że wszystkich nas tu sport sprowadził, to tłumaczę: że mamy nawet taką słynną biegaczkę narciarską, której trener był repatriantem, wychował się w Kazachstanie. Ma jeszcze do dziś siostrę w Pawłodarze, a trenował w Szczucińsku, tam gdzie Władymir Smirnow, Kazach i legenda radzieckich biegów. - Żenia, ja nie mogę, oni w Polsce Smirnowa znają! - krzyczy Anar.

Pamiętasz, jak bili? Może rewanż?

Żenia pochodzi z Charkowa. - Byłem w Charkowie dwa razy podczas Euro 2012, zaskakująco wesołe miasto, dużo studentów. Pojechałem między innymi na mecz Holendrów z Niemcami, ale w przeddzień oglądałem tam, jak Polska gra z Rosją. I cały Charków Rosji kibicował, ludzie jeździli z rosyjskimi flagami na samochodach - opowiadam mu. - Byłeś w Charkowie? A ja wtedy byłem akurat w Warszawie, na meczu Polska-Rosja - mówi Żenia. Anar też był na Polska-Rosja i się uśmiecha: - A pamiętasz, Pawieł, jak polscy kibice wtedy rosyjskich pobili? Może teraz jakiś rewanż zrobimy? - podsuwa żartem. - Poczekajmy może na jakiś most, bo w Warszawie to na moście było - odpowiadam. A chłopaki już się zwołują przed moją kamerę. - To my ci coś zaśpiewamy. Chodźcie, chodźcie - Żenia zwołuje całą grupę. I zaczynają: "Polskaaa, biaaaało-czerwoni". Jak się okazuje, wszyscy wtedy byli w Polsce, na Euro, i się nauczyli.

Zobacz wideo

Brazylijczycy, Włosi, Supermeni

Odśpiewali i ruszyli dalej, na mecz. Rosyjska grupa z Włoch i Galina - kibicować pod flagą zielono-biało-czerwoną. A Żenia i Anar - na biało-czerwono, pod angielskim krzyżem św. Andrzeja. Jest tutaj takich zapaleńców cały tłum. Jedni przychodzą na mecze Brazylii czy Włoch w swoich narodowych barwach. Inni, jak moi Słowianie, tylko z flagami tych, którym kibicują. Za ostatnim zakrętem przed stadionem w Manaus jest pub dla kibiców. Tam siedzieli w sobotę albo stali przed wejściem z piwem w ręku, i ci spod znaku Włoch, i Anglii, i tacy którzy się przebrali za Supermenów, Spidermanów i kogokolwiek, kogo kamera może wyłapać i dać chwilę sławy. Były ich tam setki. Moi skręcili do pubu i tyle ich w tłumie widziałem.

Więcej o: