Gilberto Silva dla Sport.pl: Brazylia ma wiele twarzy. Nie wszystkie piękne, ale tego mundialu nie zapomnicie

- Jechałem na mundial 2002 jako rezerwowy, który bał się odezwać do Ronaldo czy Roberto Carlosa. A wracałem jako mistrz świata. Luiz Felipe Scolari to jest trener stworzony do wielkich turniejów. W nim teraz nadzieja - mówi Sport.pl Brazylijczyk Gilberto Silva, mistrz świata 2002, uczestnik trzech mundiali, kapitan Brazylii w wygranym Copa America 2007, mistrz Anglii z Arsenalem.

Paweł Wilkowicz: Brazylia zdąży?

Gilberto Silva: Myślę, że zdąży, bo wszyscy teraz pracują w szalonym tempie. Jest wiele opóźnień, ale powinno się udać. Drużynom, które przyjadą na turniej, na pewno nie zabraknie niczego. Zagraniczni kibice też będą zadowoleni. Zabraknie natomiast wielu rzeczy, które zostały obiecane Brazylijczykom, gdy zdobywaliśmy turniej. Uwierzyliśmy wtedy w wielką modernizację, a jej nie było. Tyle, że to bardziej nasz wewnętrzny problem. Gościom mundialu mogę powiedzieć szczerze: przyjeżdżajcie, bądźcie spokojni i bawcie się dobrze. Bo będzie dobrze. Tego mundialu nie zapomnicie.

Czy Brazylijczycy nie lubią Brazylii? Cały czas słyszymy od was, co się nie uda podczas mundialu, jakby mistrzostwa trafiły do jakiegoś zacofanego kraju, pogrążonego w wojnie domowej. A przecież to bzdura.

- Pamiętajcie, że to jest rok wyborczy. Wszystko, co się dzieje, musi być albo winą władz, albo ich zasługą, wszystko jest polityką. Jedni sobie robią kampanię, chwaląc się sukcesami, a inni - narzekając, że nic się nie udało i nie uda. Tych drugich zawsze będzie więcej. Tak po prostu jest. Problem w tym, żeby ci wytykający błędy nie tylko narzekali, ale i pomagali. Bo wiele problemów w przygotowaniach wzięło się z tego, że ludzie na różnych poziomach władzy robili sobie na złość. Każdy chciał coś ugrać. A politycy zapominają, że jeśli ten mundial rzeczywiście będzie wielkim bałaganem, to wszyscy przegrają. Zepsujemy sobie opinię na lata.

Rok temu Puchar Konfederacji, próba generalna przed mundialem, upłynął pod znakiem wielkich ulicznych protestów. Również protestów przeciw mundialowi. Były bitwy z policją, ranni, podczas niektórych meczów gaz łzawiący z ulic docierał na trybuny. Taki może być również mundial?

- Przede wszystkim, protesty nie dotyczyły Pucharu Konfederacji ani futbolu. Dotyczyły niespełnionych obietnic władzy, problemów które narastały od dawna. Ludzie stracili cierpliwość. Zaczęło się od demonstracji przeciw podwyżkom cen biletów komunikacji miejskiej, a skończyło na wielkich manifestacjach i wezwaniach, żeby do nowoczesnych stadionów dobudować jeszcze państwo: służbę zdrowia, edukację. Ludzie wyszli na ulicę i już nie chcieli wrócić, bo zobaczyli, że dzięki Pucharowi Konfederacji ich protest wreszcie ma jakiś sens. Że nie da się ich kolejny raz zignorować, bo pokazują to media z całego świata, protest wreszcie jest słyszany, a władza musi jakoś zareagować. W tym sensie wielki futbol to był sojusznik protestujących, a nie wróg.

W takim razie mundial będzie jeszcze większym sojusznikiem.

- Może być. I nikt dziś nie jest w stanie przewidzieć, czy będzie powtórka sprzed roku czy nie. Ja uważam, że protesty to dobra rzecz. O ile obywają się bez przemocy. Ci ludzie, którzy wtedy wyszli na ulicę, mieli rację. Problem w tym, że znalazły się grupki ludzi, którzy się pod pokojowe protesty podczepili już bez dobrych intencji. Im zależało, żeby były starcia z policją i bałagan. Mam na myśli na przykład anarchistów z Black Bloc. Dla nich liczy się protest dla protestu, a nie znalezienie rozwiązania. Im ostrzej, tym lepiej, bo to im zapewni sławę. Ale oni tak naprawdę nie są częścią tego ruchu protestu. Oni nie szukają sprawiedliwości, tylko rozgłosu. I wierzę, że rząd będzie potrafił nas ochronić przed takimi jak oni. A sam protest popieram, ludzie muszą mieć prawo wykrzyczeć niezadowolenie.

Wiele zależy od tego, jak się będzie w turnieju wiodło reprezentacji Brazylii. Trener Luiz Felipe Scolari ma szansę powtórzyć z obecną kadrą to co osiągnął z wami w 2002 roku w Korei i Japonii? Brazylijczycy narzekają, że dzisiejsza reprezentacja jest nijaka, uboga w talenty, zwłaszcza w ataku i musi przeskoczyć siebie, żeby coś osiągnąć w mundialu. Zgadza się pan?

- Utalentowanych piłkarzy Brazylii nigdy nie zabraknie. Problemem tej grupy jest brak doświadczenia w wielkich turniejach. Życzę im jak najlepiej, znajdą się pod ogromną presją. Będą mieli za sobą kibiców, na trybunach będzie szał, ale to jest broń, którą nie każdy gospodarz turnieju umie się posłużyć. Niektórym bardziej to przeszkadza niż pomaga. Ale piłkarze mają obok siebie Scolariego, w nim nadzieja, bo to jest trener stworzony do turniejów. Wie jak budować grupę, jak w mądry sposób zmobilizować kibiców, wszystko ma zaplanowane od początku do końca.

Był pan w 2002 ważną częścią drużyny, która też miała przed mundialem mnóstwo problemów, ale sobie poradziła, bo atmosfera w kadrze była znakomita. Nazwano was Rodziną Scolariego. Jak się z tym trenerem pracuje?

- Scolari wie, kiedy być dla piłkarzy jak ojciec, kiedy jak trener, kiedy jak przywódca. Jest bardzo bystry i lubi różne motywacyjne sztuczki. Zaczytuje się w książkach o przywództwie itd., a potem wie jak tę wiedzę w prosty sposób przekazać piłkarzowi. Umie rozmawiać, wszystko jest u niego przejrzyste. I jest szczery.

Można powiedzieć, że dzięki niemu pana kariera wystrzeliła w 2002 w górę, na lata. Jechał pan do Korei i Japonii jako piłkarz mało znany, z ligi brazylijskiej, a wrócił jako jeden z bohaterów i od razu trafił do Arsenalu. Tego wielkiego Arsenalu, Invincibles z którymi w 2004 wygrał pan Premiership nie przegrywając żadnego meczu.

- Czuję się wybrańcem losu. Dostałem od futbolu wszystko. Poznałem go i od biednej strony, z czasów gdy zarabiałem na boisku tak mało, że musiałem chodzić do normalnej pracy w fabryce słodyczy albo wynajmować się jako stolarz. Pracowałem już jako dziecko, bo rodzice nie dawali rady sami, mama zachorowała. To nie jest skarga, miałem pogodne dzieciństwo, a rodzice robili co mogli, by na stole zawsze było jedzenie. Ale było po prostu bardzo biednie. Dopiero potem przyszły trofea, piękne wspomnienia, pieniądze. Mistrzostwo świata, trzy mundiale, wygrane Copa America 2007, gdy byłem kapitanem, mistrzostwo i dwa Puchary Anglii z Arsenalem, mistrzostwo Grecji z Panathinaikosem, rok temu Copa Libertadores z Atletico Mineiro. Mimo prawie 38 lat, mimo kontuzji, po której dopiero wracam do formy, nie kończę kariery właśnie dlatego, że im starszy jestem, tym więcej przyjemności mi daje analizowanie tego, co już osiągnąłem, i gdzie teraz jestem.

Jak pan wspomina tamte mistrzostwa z 2002, ostatni wygrany mundial Brazylii?

- Nie miałem prawa liczyć, że będę w składzie. Jechałem do Korei i Japonii jako rezerwowy. I to jako zmiennik Emersona, czyli naszego kapitana. Trzymaliśmy się na zgrupowaniu razem z Klebersonem, on też był z ligi brazylijskiej i właściwie całe dnie spędzaliśmy sami. Albo ja u niego w pokoju albo on u mnie, bo się baliśmy nawet odezwać do Ronaldo, Rivaldo, Cafu czy Roberto Carlosa. Robiliśmy wszystko, co kazali. I nagle, tuż przed pierwszym meczem, okazuje się że mam grać, bo Emerson zwichnął sobie ramię na treningu. Scolari zdecydował, że to ja go zastąpię, choć przecież na szansę czekali też inni, w kadrze był już Kaka. A trener nie dość, że mnie wybrał, to jeszcze przekonał, żebym się zupełnie nie przejmował: mundial nie mundial, mam grać prosto jak u siebie w Atletico Mineiro. A potem z meczu na mecz rosłem.

W tamtym mundialu Scolari nie zdjął pana z boiska nawet na minutę. A potem na mistrzostwa zabierali pana i Carlos Alberto Parreira w 2006 i Dunga w 2010.

- Jak raz posmakujesz mundialu, chcesz więcej. Dla mnie to była jedna z motywacji, by wytrwać w futbolu na najwyższym poziomie.

Następne pańskie mundiale to były już brazylijskie klęski, porażki w ćwierćfinałach. Która była bardziej bolesna, w 2006 z Francją czy w 2010 z Holandią?

- W 2006 wszyscy byli pewni że zostaniemy mistrzem świata. Zupełnie inaczej niż w 2002, gdy mało kto na nas stawiał. W 2006 mieliśmy w składzie pełno gwiazd, kadra właściwie budowała się sama, oczekiwania były ogromne. I od początku nie szło, byliśmy coraz bardziej sfrustrowani. Jedno wielkie rozczarowanie. A w 2010 Dunga dokonywał cudów, żeby stworzyć dobrą drużynę. Był cały czas krytykowany, że wybiera piłkarzy bez fantazji, kadra gra brzydko. Ale nie mieliśmy żadnych problemów aż do ćwierćfinału. A w nim porażka z Holendrami była tak pechowa, że nie mogliśmy dojść do siebie. Nie zapomnę tego widoku, gdy 23 mężczyzn płakało w szatni jak dzieci.

Po 2006 kibice winili przede wszystkim zawodników grających w Europie. Mówił pan wtedy ostro: Brazylijczycy zabijają swoich bohaterów, Ronaldo, Roberto Carlosa, Ronaldinho.

- Piłkarze z europejskich klubów zawsze są u nas pierwsi w kolejce, gdy się szuka kozła ofiarnego. W 2002 zostaliśmy mistrzami świata, mając w składzie większość piłkarzy grających w Europie. I nikomu wtedy nie przyszło do głowy, że to jest jakiś problem. A cztery lata później po porażce potrzebny był winowajca, więc zapłacili za to ci najsławniejsi, najbogatsi. Słyszeli, że nie dbają już o Brazylię, tylko o siebie, nie chcą się poświęcać. A ja byłem wtedy w zagranicznym klubie i chciałem się poświęcać. Tak jak i oni. Tylko po prostu, mimo tego poświęcania się, źle grałem.

Waszemu pokoleniu, mistrzów z 2002, dobrze się też ułożyły kariery po karierze. Macie pieniądze, sławę, będziemy was oglądać podczas turnieju w studiach, pana jako eksperta ESPN. Nie wszystkim brazylijskim mistrzom świata to było dane, na każdego Pelego przypadał jakiś Garrincha.

- Jestem jednym z ostatnich z pokolenia 2002, którzy jeszcze grają. Po mundialu, gdy już wszystko będzie w porządku z operowanym kolanem, poszukam nowego klubu. Ciągle mi to daje radość. Tak, nam się udało. Ale Brazylia ma wiele twarzy, nasz futbol też. Nie wszystkie piękne. Mamy tutaj ponad 700 zawodowych klubów. Niektóre z nich grają tylko przez cztery miesiące w roku, dopóki się nie skończą rozgrywki stanowe. Ledwie 15-20 procent z 16 tysięcy zawodowych piłkarzy w Brazylii gra przez cały rok. Więc z jednej strony są ci, którzy mają wszystko, z drugiej ci, co z futbolu ledwo są w stanie wyżyć, bo zarabiają równowartość kilkuset dolarów. Z jednej strony są drużyny grające po 80 meczów w roku, na całym kontynencie, cierpiące z powodu absurdalnie przeładowanego kalendarza, a z drugiej kluby, które mogą piłkarzom zaoferować kontrakt tylko na jedną trzecią roku. I mam nadzieję że to się zmieni.

Jest pan w grupie piłkarzy, którzy założyli Bom Senso FC, FC Zdrowy Rozsądek, czyli coś pomiędzy związkiem zawodowym piłkarzy a klubem dyskusyjnym. Walczycie o zmianę przeładowanego kalendarza rozgrywek, o to, żeby skończyć z nieudolnością działaczy, żeby bronić piłkarzy przed agresją kibiców itd. Mundial to okazja do zmiany?

- Mundial powinien być punktem zwrotnym dla Brazylii. Dla całego kraju, dla futbolu też. Mnie nie oburzają wydatki na mundial, ani to, że wszystko jest ostatnio podporządkowane przygotowaniom do niego, bo musimy się pokazać z dobrej strony. Ale po mistrzostwach pora wziąć się za służbę zdrowia, edukację, transport. Krótko mówiąc, teraz zmienialiśmy Brazylię tak, żeby była gotowa zorganizować mundial, a potem zmieniajmy ją dla siebie. I tak samo powinno być w naszym futbolu. Podczas mundialu na pewno nie zauważycie, że coś z nim jest nie tak. Reprezentacje będą grać na pięknych stadionach, ćwiczyć w klubowych ośrodkach światowej klasy. U mnie w Belo Horizonte obydwa kluby, Atletico Mineiro i Cruzeiro, mają fantastyczne ośrodki. W jednym będzie mieszkać Argentyna, w drugim Chile. To będzie mundial na świetnych murawach, bez chuliganów na trybunach. Ale nie powie całej prawdy o naszej piłce. O długach, zastraszających piłkarzy kibicach, nierównościach. Czas, żeby wszyscy zaangażowani w brazylijski futbol zaczęli zmieniać siebie. Ci, którzy rządzą klubami, federacjami stanowymi, CBF. Bo wielu z nich robi złą robotę. Trzeba wreszcie oddać zarządzanie profesjonalistom, bo formalnie futbol mamy ciągle amatorski. I działaczy też formalnie społecznych. Pracują w innych firmach, a w futbolu po godzinach. Tak naprawdę wszyscy udają i nikt nie bierze odpowiedzialności.

Liczyliście w Bom Senso FC, że uda się zacząć nowy sezon ligi od strajku generalnego piłkarzy, ale się nie udało. 1:0 dla działaczy?

- Nie wiem, czy strajk to był najlepszy pomysł. Tu trzeba sprawić, by nas słuchano. My nie żądamy wiele. Tylko tego, żeby nas traktować poważnie, żeby futbol był lepszy dla każdego. Piłkarze muszą mówić odważniej, czego chcą. I muszą ze sobą współpracować. Mnie niczego nie brakuje, ale wiem, jak trudno jest tym na dole. Byłem tam. Potem mi się poszczęściło. Zaciągnąłem dług i chcę go teraz spłacić.

***

Gilberto Silva , ur. 7 października 1976 w Lagoa da Prata, niedaleko Belo Horizonte. Defensywny pomocnik, czasem środkowy obrońca, wychowanek America Mineiro Belo Horizonte, ale karierę zaczął robić w innym klubie z tego miasta - Atletico Mineiro. Jest mistrzem świata z 2002 roku, to po tym turnieju Brazylijczycy zaczęli go nazywać Niewidzialnym Murem. A Arsene Wenger sprowadził go do Arsenalu, w 2004 zdobyli mistrzostwo Anglii jako słynni już Invincibles, niepokonani przez cały sezon. Od 2001 do 2010 roku Gilberto rozegrał w kadrze 93 mecze (strzelił 3 gole), był z nią na trzech mundialach. Z Arsenalu odszedł w 2008 do Panathinaikosu, z nim też zdobył mistrzostwo. Od 2011 gra w Brazylii, najpierw w Gremio Porto Alegre, w 2013 w Atletico Mineiro, z którym zdobył Copa Libertadores. Teraz leczy kontuzję i jest bez klubu. Podczas mundialu będzie pracował w Rio jako ekspert ESPN.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.