Mundial 1982. Najwspanialszy serial stanu wojennego

Władza miała wtedy takie możliwości, że jakby chciała, toby nas wycofała. I mistrzostwa świata odbyłyby się bez Polski - tak mówi trener Antoni Piechniczek we wchodzącym na ekrany polskich kin filmie ?Mundial. Gra o wszystko? o piłkarskim mundialu w Hiszpanii w 1982 r. Drużyna Piechniczka wywalczyła tam trzecie miejsce mimo dużych kłopotów z przygotowaniami i niepewnej sytuacji w kraju po wprowadzeniu stanu wojennego.

Jak bardzo realna była groźba wycofania Polaków z mistrzostw świata, można było się przekonać dwa lata później, gdy zawodnicy z Polski nie mogli wystąpić w igrzyskach olimpijskich w Los Angeles. Władza ludowa, jeśli chciała wykorzystać sport w celach politycznych, nie cofała się przed niczym. W 1982 r. uznano jednak, że lepiej będzie, jak reprezentacja zagra w Hiszpanii. Dzięki temu Polacy przeżyli - jak powiedział potem trener Piechniczek - "najwspanialszy serial stanu wojennego".

Kibicować czy nie kibicować?

Nie dla wszystkich był piękny. Dylemat, czy życzyć polskim piłkarzom sukcesu w Hiszpanii, mieli ci, którzy zdawali sobie sprawę, że każdy sukces komunistyczne władze wykorzystają propagandowo. - Wiadomo było, że jak Polska wygra, sukces umocni generała Jaruzelskiego i jego WRON-ę [Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego] - wspominał po latach Stefan Niesiołowski, internowany wtedy działacz opozycji antykomunistycznej. On otwarcie przyznawał, że drużynie Piechniczka wtedy nie kibicował. Wyjątkiem był mecz z ZSRR.

Wśród internowanych opozycjonistów zdania były podzielone. Wielu z zapartym tchem oglądało występy Polaków w Hiszpanii, nie zważając na to, jak sukces wykorzystają władze.

Nie było z kim grać

Drużyna Piechniczka miała duże problemy w przygotowaniach przed turniejem. Żaden międzynarodowy sparing nie doszedł do skutku. Jedni - jak Belgowie - wycofali się. Z innymi - umówiony był ponoć towarzyski mecz z ZSRR - sami Polacy zdecydowali się nie grać, bo obawiali się, że mecz może wywołać wielkie emocje pozasportowe.

Kadra przygotowywała się więc w kraju podczas dwóch zgrupowań w Wiśle. - Musieliśmy w dowództwie WOP-u [Wojska Ochrony Pogranicza] zgłaszać nasze marszobiegi na Stożek. Żeby nas przypadkowo w strefie nadgranicznej nie "odstrzelono" - wspominał po latach selekcjoner biało-czerwonych.

Jedyne sparingi, jakie Polska zagrała, to te z zespołami ligi hiszpańskiej i niemieckiej Bundesligi, które doszły do skutku podczas zgrupowania zagranicznego w Murrhardt w RFN. Bardzo ciepło do dziś je wspomina Piechniczek. - Tak naprawdę przez ten stan wojenny traktowano nas na Zachodzie z dużą życzliwością. Przylecieliśmy do Niemiec na obóz, na lotnisku we Frankfurcie czekał na nas nowy neoplan. Piętrowy, cały wzdłuż oklejony białymi literami na czerwonym tle: "Polnische Nationalmannschaft". Wchodzimy do środka, każdy ma paczuszkę: nową koszulkę Adidasa, jakieś kosmetyki dobre, kiełbaski frankfurterki z taką obwódką jak cygaro: "Tylko dla polskiej reprezentacji". Jakiś rzeźnik polskiego pochodzenia to zrobił - mówił polski selekcjoner w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej".

Pułkownicy pilnowali piłkarzy

Piłkarze darzyli sympatią opozycję, ale jawnie się z tym nie afiszowali. Akurat dla nich schyłek PRL-u oznaczał poprawę sytuacji. Cierpiące na notoryczny brak dewiz władze godziły się na zagraniczne tournée i transfery najlepszych piłkarzy na zachód Europy. Zawodnicy zdawali sobie sprawę, że każdy polityczny wyskok oznacza brak paszportu i możliwości wyjazdów. - Jak jechaliśmy z reprezentacją do Hiszpanii, to mieliśmy oficjalnych pułkowników, którzy nas pilnowali. No, mieli niby dbać o bezpieczeństwo ekipy. Ale zwracali też uwagę, żebyśmy nie manifestowali sympatii dla "Solidarności", np. żeby któremuś z piłkarzy nie przyszło do głowy założyć koszulki z logo związku - opowiadał Piechniczek.

Władze obawiały się też, by któryś z reprezentantów nie zdecydował się na pozostanie za granicą nawet kosztem dyskwalifikacji. W PRL-u zdarzały się takie przypadki. W kwietniu 1982 r. z reprezentacji młodzieżowej, która miała grać w Londynie z Anglią, uciekło dwóch piłkarzy - Roman Geszlecht i Wenanty Fuhl. Ten pierwszy był nawet powoływany przez Piechniczka na zgrupowanie w Wiśle. Z mundialowej kadry jednak nikt nie ubył.

Transmisja z poślizgiem

Polacy rozpoczęli mundial od dwóch bezbramkowych remisów - z Włochami i Kamerunem. Prasa w Polsce nie kryła rozczarowania. W ostatnim meczu grupowym Piechniczek zdecydował się na przesunięcie do ataku Zbigniewa Bońka. W jego miejsce w pomocy zagrał Janusz Kupcewicz. Posunięcie okazało się strzałem w dziesiątkę. Polacy najpierw rozgromili Peru 5:1, a potem Belgię 3:0. W decydującym spotkaniu o wejście do półfinału osiągnęli zwycięski remis z ZSRR. To ostatnie spotkanie przeszło do legendy nie tylko ze względu na wynik sportowy, ale także z faktu, że za oboma bramkami rozpostarto ogromne banery "Solidarności". Akcję zorganizował paryżanin Pascal Rossi, syn Polki, który sympatyzował z działaczami polskiej opozycji. Telewizja Polska nadająca transmisję najpierw przerwała relację, a potem prowadziła ją z dwuminutowym opóźnieniem, zastępując ujęcia kibiców widokiem trybun z ceremonii otwarcia.

Potem była porażka z Włochami (0:2) w półfinale, w którym z powodu żółtych kartek nie mógł zagrać Zbigniew Boniek i zwycięstwo w meczu o trzecie miejsce z Francją 3:2.

- Ten sukces to były trzy sprawy: dobra selekcja, świetne przygotowanie zawodników i superatmosfera w drużynie. Trenowaliśmy przez półtora roku praktycznie jak drużyna klubowa. Częste zgrupowania, dwa obozy zimowe w Wiśle. 90 dni spędziliśmy razem! - wspomina Piechniczek.

"Mundial. Gra o wszystko" na ekranach

 

23 maja wchodzi na ekrany polskich kin film "Mundial. Gra o wszystko". Ze szczegółami opowiada on o mistrzostwach świata w Hiszpanii i atmosferze, jaka im towarzyszyła w upokorzonym stanem wojennym kraju. To obraz wielowymiarowy. Mundial pokazuje oczami piłkarzy, dziennikarzy, opozycjonistów, przedstawicieli władzy. Warto go zobaczyć, by przekonać się, albo sobie przypomnieć, jak nienormalne były to czas. - Ta krytyczna, bardzo trudna dla wszystkich Polaków sytuacja sprawiła, że drużyna potrafiła złączyć szeregi i zawodnicy mieli ogromną motywację - mówi reżyser filmu Michał Bielawski.