Czego dowiedzieliśmy się z meczu z Polska - Armenia

Nie jest sensacją, że Polacy nie strzelili na Stadionie Narodowym siedmiu goli. Ale jest nią to, że wydawali się nie mieć pomysłu na ataki i to, że nie potrafili wykorzystać godziny gry w przewadze, i to że mogli przegrywać 1:2 i to, że drugą bramkę zdobyli dopiero w 94. minucie - pisze Michał Szadkowski.

Co było sensacją w Warszawie

Wtorkowy mecz nie mógł pokazać prawdziwej siły reprezentacji. W spotkaniu z Armenią Polacy mogli udowodnić, czy potrafią wydłubać dziurę w obronie złożonej co najmniej z ośmiu zawodników. Selekcjoner Warużan Sukiasjan zmieścił w jedenastce siedmiu obrońców, gdy czerwoną kartkę dostał Gaël Andonian, pomocnika Karena Muradjana zastąpił kolejny stoper Taron Woskanjan. Armeńcy od lat w wyjazdowych meczach o stawkę zajmują się niemal wyłącznie defensywą. Efekt jest taki, że od pięciu lat nie stracili w wyjazdowych meczach o punkty więcej niż trzech goli, a od ośmiu - czterech. Słowem: nie jest sensacją, że Polacy nie strzelili na Stadionie Narodowym siedmiu goli. Ale jest nią to, że wydawali się nie mieć pomysłu na ataki i to, że nie potrafili wykorzystać godziny gry w przewadze, i to że mogli przegrywać 1:2 i to, że drugą bramkę zdobyli dopiero w 95. minucie. Reprezentacji nie tłumaczą kontuzje, zagrała po prostu słaby mecz.

Grzegorz Krychowiak Grzegorz Krychowiak FOT. KUBA ATYS

Polska pierwszych połów

W eliminacjach Euro 2016 Polska w drugich połowach strzeliła 23 z 33 goli. W kwalifikacjach mundialu w Brazylii po przerwie bramki traci. Wszystkie pięć, które strzelili Kazachowie, Duńczycy i Armeńcy padły między 46. a 90. minutą. To nie jest przypadek, po wyjściu z szatni Polacy są zdekoncentrowani, popełniają błędy, które zazwyczaj im się nie zdarzają (Rybus z Kazachstanem, Glik z Danią). Nawałka zdaje sobie sprawę z problemu, jeszcze przed początkiem październikowego zgrupowania zapowiadał, że będzie pracował nad przygotowaniem mentalnych zawodników. Na razie wiele nie osiągnął, w październikowych meczach jego piłkarze popełnili ten sam błąd, co z Kazachstanem.

Łukasz Teodorczyk Łukasz Teodorczyk FOT. KUBA ATYS

Teodorczyk w jedenastce na chwilę

Po kontuzji Arkadiusza Milika Adam Nawałka niespodziewanie dał szansę Łukaszowi Teodorczykowi. Niespodziewanie, bo wydawało się, że selekcjoner wybierze ustawienie 4-2-3-1 z Karolem Linettym ustawionym obok Grzegorza Krychowiaka i Piotrem Zielińskim jako rozgrywającym. Nawałka sam zresztą przyznawał, że Teodorczyk to piłkarz podobny do Lewandowskiego, bardzo ofensywny, nie dający zespołowi tego, co Milik. Napastnik Anderlechtu zagrał z Armenią, bo reprezentacja nie potrzebowała napastnika wracającego się do środka pola, pomagającego w destrukcji. W wyjazdowych meczach z Rumunią (11 listopada) i Czarnogórą (26 marca) będzie inaczej, mało prawdopodobne, by wtedy selekcjoner znów wystawił obok Lewandowskiego zawodnika skupionego wyłącznie na ataku, który w dodatku we wtorek zagrał przeciętnie.

Maciej Rybus na meczu z Armenią Maciej Rybus na meczu z Armenią KUBA ATYS

Czarnogóra faworytem?

Nie wiadomo, jak długo to potrwa, ale po trzech kolejkach wydaje się, że największym rywalem Polaków w walce o pierwsze miejsce w grupie, będzie Czarnogóra. Zespół z Bałkanów jako jedyny nie przeżył jeszcze w tych eliminacjach rozczarowania. Zremisował w Rumunii, wczoraj pokonał w Kopenhadze Danię. Duńczycy przegrali dwa ostanie mecze, Rumuni we wtorek zremisowali w Kazachstanie. To niespodzianka, jeszcze miesiąc temu bukmacherzy płacili siedem euro za jedno postawione na to, że Czarnogórcy wygrają grupę. Wyżej oceniali Rumunii (3,75), Danii (3,1) i Polski (2,75). Dziś zespołowi Ljubišy Tumbakovicia wystarczy listopadowa wygrana w Armenii, by skończyć rok na pierwszym miejscu i wypracować co najmniej cztery punkty przewagi nad Danią.

Wciąż można to popsuć

Dwa październikowe zwycięstwa sprawiły, że znów wszystko zależy od polskich piłkarzy. Siedem punktów w trzech meczach to dobry wynik, choć zdarzało się, że mimo takiego startu zespoły nie dobijały nawet do baraży. W eliminacjach mundiali w Brazylii i RPA - rozgrywanych według takich samych zasad, jak MŚ w Rosji - sześć zespołów zaczęło od siedmiu punktów, ale skończyło poniżej drugiego miejsca w grupie. Najbardziej spektakularnym przykładem, że wszystko można jeszcze zepsuć, jest Polska z kwalifikacji mistrzostw świata w 2010 r. Zespół Leo Beenhakkera zaczął od remisu ze Słowenią oraz zwycięstw z San Marino i faworyzowanymi Czechami, ale finiszował na piątym (!) miejscu w grupie, wyprzedził tylko San Marino.

Więcej o: