Mundial 2018. Francja w finale. Przeżywała w meczu z Belgią trudne chwile, ale nie straciła kontroli. Tak jak przez cały turniej

Belgia straszyła, próbowała, ale do czasu. To Francja znała drogę do finału. Nie jest to finalista tak piękny, jak mógłby być, mając tyle gwiazd. Ale nie ma w mundialu drużyny bardziej odpornej na ciosy

Mecze wygrywa się atakiem. Turnieje wygrywa się obroną. Wszystko można wygrać obroną, która tak atakuje. Awans do finału dał Francji Samuel Umtiti, wyskakując do dośrodkowania z rzutu rożnego. Awans do półfinału Raphael Varane, wyskakując do dośrodkowania z rzutu wolnego. A bez bramki Benjamina Pavarda walka o ćwierćfinał z Argentyną wydłużyłaby się o dogrywkę. I to wszystko przy trzymaniu gardy pod własną bramką. Półfinał z Belgią, najskuteczniejszą drużyną mundialu, był czwartym już meczem turnieju, w którym Francja nie straciła gola. A cała jej droga do finału była nieporównanie bardziej przekonująca niż droga pokolenia 1998 do finału u siebie.  Żadnych dogrywek, karnych, dramatów. Jeden szalony mecz z Argentyną, i a i to do czasu.

Można mieć niedosyt, że z takimi talentami w ataku Francja chce tylko wygrywać, a nie wygrywać i zachwycać. Że oszałamia tutaj to, co w ataku wymyśli Kylian Mbappe, a nie trener. Ale taki już urok Didiera Deschampsa. Piłkarza i trenera, dla którego nic poza wygrywaniem się nie liczyło. I który już swoje przegrane finały w nowej roli przeżył: finał Ligi Mistrzów z Monaco w 2004, finał Euro 2016 u siebie. Wystarczy.

W Moskwie Deschamps spróbuje trzeci raz. Prowadzi wielkie pokolenie piłkarzy, nie ma żadnych wątpliwości. W niedziele się okaże, czy to jest złote pokolenie, i czy on zostanie trzecim po Mario Zagalo i Franzu Beckenbauerze, który wygrał Puchar Świata jako piłkarz i trener. Pokolenie Deschampsa też grało w finałach dwóch wielkich turniejów z rzędu, też pierwszy finał mieli u siebie. Ale oni wykorzystali już pierwszą okazję do zdobycia tytułu.

Belgowie wrócą do domu z ogromnym niedosytem. Nie tylko dlatego, że nie awansowali. Również dlatego, że gdy najbardziej było trzeba jakiejś dobrej odpowiedzi, po francuskim golu w 51. Minucie, nie potrafili jej dać. Kiedy najbardziej było trzeba dobrej taktyki, trener Roberto Martinez przedobrzył. Nie zadziałało w pełni ani wyjściowe ustawienie, tym razem z Kevinem De Bruyne na prawym skrzydle. Nie zadziałała też poprawka, gdy po wejściu Driesa Mertensa De Bruyne cofnął się do pomocy. Ale rozgrywał zbyt nerwowo. Z dwóch najważniejszych belgijskich piłkarzy Eden Hazard grał momentami nieziemsko, a De Bruyne, pilnowany przez N'Golo Kante - bardzo zwyczajnie.

Belgia świetnie zaczęła mecz. Hazard nękał dryblingami Pavarda, belgijska linia obrony chwilami była cała na połowie Francuzów, nawet Varane wydawał się momentami stremowany, gdy Belgowie rozpychali się w polu karnym, ale pracy miał wyjątkowo dużo i dobrze się z niej wywiązywał.  Francuzi wybrali kontrataki, też groźne. Wydawało się w pewnym momencie nieprawdopodobne, że gole jeszcze nie padły. Ale nie padły, znów świetny we francuskiej bramce był Hugo Lloris, znów świetny w belgijskiej Thibaut Courtois.

To mógł być przedwczesny finał. A na pewno był ten mecz trochę jak rosyjski mundial w miniaturze. Mundialu talentów z Europy, mundialu dającego poczucie że na szczycie futbolu następuje zmiana warty, mundialu bramkarzy, mundialu smutnych trybun, gdy gra Europa. W Sankt Petersburgu więcej szumu niż Francuzi czy Belgowie robiła grupka Brazylijczyków, którzy liczyli że w tym półfinale zagra ich drużyna. Nie zagrała, ale oni dalej śpiewali o tym, że liczy się tylko Pele, który strzelił tysiąc goli, a Maradona pudruje nos.

Oni śpiewali, a na boisku bywały momenty, gdy liczył się tylko Mbappe z piłką przy nodze. Gdy dostawał piłkę w dobrym miejscu i czasie, zawsze było groźnie. Po jego podaniu w pierwszej połowie Pavard był bliski gola. Po jego odegraniu piętą do wychodzącego na wolne pole Oliviera Giroud  - odegraniu piętą na dwa razy z obrotem, trochę jak w wariacji na temat ruletki Zidane'a - była owacja prawie jak po golu. A to nie było ostatnie jego odegranie piętą. Ale po Mbappe też został tego wieczoru niedosyt: znów, jak w poprzedniej rundzie, zachował się niesportowo, tym razem nie pozwalając rywalom na wznowienie gry, dostał żółtą kartkę. A od pewnego momentu meczu w jego grze było już za dużo ozdób a za mało konkretu. Na przeciwnym biegunie był Blaise Matuidi, cały czas groźny dla Belgów, nawet jeśli nie tak efektowny.

 W końcówce tego półfinału iskrzyło już tylko z powodu fauli, nie groźnych akcji. A jak przystało na miniaturę mundialu, rozstrzygnął stały fragment gry. Golem mogła się już skończyć sytuacja, która do tego rzutu rożnego doprowadziła, ale strzał Giroud zablokował jeszcze Moussa Dembele. Potem dośrodkował Antoine Griezmann, dopisując sobie kolejną asystę w turnieju - i kolejny mecz rundy pucharowej z jakimś rozstrzygającym zagraniem - a Umtiti był bardziej zdecydowany niż pilnujący go Marouane Fellaini. Gol dał Francji swobodę, której jej wcześniej brakowało, a Belgię speszył. I zostanie jej tylko kolejny mecz w Sankt Petersburgu, o trzecie miejsce. Przed Francją finał, w którym będzie faworytem. Niezależnie od tego, jaki rywal będzie tam czekał.