Mistrzostwa świata w piłce nożnej 2018. Japonia - Polska 0:1. Piłka nożna człapana

Futbol brudny, futbol niehonorowy. Nikt nie zareagował, wszyscy bez słowa sprzeciwu złożyli podpis pod przyzwoleniem na tę farsę, która nie miała nic wspólnego z jakimikolwiek zasadami fair play. Zwycięstwo? Całkowicie bez znaczenia.
Adam Nawałka Adam Nawałka EUGENE HOSHIKO/AP

Gra pozorowana

Ostatnie dziesięć minut spotkania można uznać za kwintesencję postawy Polaków na mistrzostwach świata. Postawy biernej i niechlujnej pod niemalże każdym względem. To nie końcówka z Japonią rzutuje na negatywny obraz gry drużyny Nawałki. Jedyne czym jest, to jego dopełnieniem. Kropką nad "i". Cena za trzy punkty okazała się być bardzo wysoka. Na szali położono honor  - o ironio - w meczu właśnie o honor.

Bo chociaż Biało-Czerwoni nie wracają do domu z zerem na koncie, to może lepiej by było, gdyby w ostatnim starciu też przegrali, ale dla odmiany po walce do upadłego. Wygrana, w tym określonym przypadku, nie była najważniejsza. Charakter natomiast nie jest abstrakcyjnym tworem, a czymś realnym, co faktycznie wpływa na postrzeganie całego zespołu.

Ale nie wpłynie. Polacy zagrali tak, jak chciał przeciwnik. Wzięli komplet oczek idąc po linii najmniejszego oporu oferując Japonii spokojny awans. Idąc, nie biegnąc.

Polska - Japonia Polska - Japonia Screen

Antyfutbol

W momencie wprowadzenia piłki z linii obrony stoperzy ustawiali się dość szeroko, robiąc tym samym miejsce Krychowiakowi, który z założenia miał zejść niżej i zająć się organizacją gry. Manewr nie miał żadnego pozytywnego wpływu na konstruowanie ataku pozycyjnego. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest bardzo prosta i wcale nie wymaga dogłębnej analizy. Zawodnicy ustawieni wyżej nie pokazywali się do podań, przez co rywal nie miał najmniejszych trudności z odcięciem tej części formacji i to nakładając zaledwie średni pressing.

Sakai, Okazaki i Muto musieli wykonać zaledwie kilka kroków do przodu, żeby zmusić Polaków do zmiany kierunku gry. Nie był to w żadnym przypadku zmasowany i agresywny doskok. Zwykle jeden z nich przesuwał się bliżej gracza z części defensywnej, który akurat był przy piłce, by ten skapitulował i wycofał/podał wszerz do najbliższego. System podopiecznych trenera Nawałki można opisać bardzo prostym schematem: kilka podań między stoperami, próba zagrania do Krychowiaka, wycofanie do Bednarka i laga (zwykle skazana na stratę) na najbardziej wysuniętych zawodników.

Szerokie ustawienie duetu Glik-Bednarek miało miejsce również na wysokości pola karnego lub w jego obrębie, gdy Fabiański wprowadzał piłkę do gry. Była to woda na młyn dla Japończyków, którzy wówczas mieli dogodne warunki do nałożenia pressingu i tym samym zmuszenia Polaków do wybrania innego, jeszcze bardziej mozolnego wariantu.

Polska - Japonia Polska - Japonia Screen

Lekką ręką

Podobnie zresztą wyglądała sytuacja już po uruchomieniu bocznych sektorów boiska. Na powyższej grafice widać, jakie proste środki stosowali podopieczni trenera Nishino, żeby wypchnąć Jędrzejczyka (tu: Sakai, Yamaguchi, Muto). Taki sam manewr wykorzystywano na przeciwległej flance.

Działania nie były inwazyjne, ale bardzo skuteczne, bowiem Polacy nie przesuwali się w obrębie formacji. Brakowało nawet takiego chaotycznego doskoku, jaki zaprezentowali w pierwszym kwadransie meczu z Kolumbią. Tym razem gra była prowadzona typowo na stojaka.

Niech za podsumowanie postawy posłużą te najprostsze elementy. Rzuty z autu Jędrzejczyka na wysokości linii środkowej boiska równie dobrze można było oddać przeciwnikowi jeszcze przed ich wykonaniem. Koledzy byli zwykle na tyle daleko, że nawet ze stałego fragmentu nie dało się kogokolwiek uruchomić bez groźby straty. Fabiański nawet nie miał powodu, żeby szybko rozpoczynać kontrataki po udanej interwencji, bo nikt nie kwapił się do wykorzystania przewagi z przodu. Wreszcie Zieliński nie podejmował prób dryblingu, tylko bez jakiegokolwiek zaangażowania wycofywał do obrony.

Polska - Japonia Polska - Japonia Screen

Zagęszczenie umowne

Podopieczni trenera Nishino podeszli do tego meczu z dużym spokojem. Nie narzucali tempa, nie starali się za wszelką cenę strzelić gola.

W pierwszej połowie nie mieli żadnych problemów, żeby wprowadzić piłkę z linii defensywy. Najczęściej zajmował się tym Shibasaki, którego zadanie było maksymalnie ułatwione. Polacy nawet nie zamierzali nakładać jakiegokolwiek pressingu na przeciwnika, nie wspominając już o okazjonalnym doskoku (również nie miał miejsca). Dlatego Japończycy bez trudu przedostawali się w okolice koła środkowego i dopiero tam przechodzili do bardziej konkretnych działań.

Polska - Japonia
Screen

Biało-Czerwoni wracali do wyjściowego ustawienia w obliczu ataków rywala i starali się trzymać odpowiednie odległości w obrębie formacji, ale nie przynosiło to żadnych korzyści. Ustawienie było pozorne. Japończycy nawet szczególnie nie musieli podkręcać tempa, żeby znaleźć dziury w formacji i posłać podanie między linie (często z pominięciem środka). Złożyło się na to co najmniej kilka czynników: opóźniona reakcja na ruch rywala, brak jakiegokolwiek podziału obowiązków i wreszcie całkowite odpuszczanie, gdy trzeba było wykrzesać z siebie choć trochę wysiłku.

Niski pressing

Kwintesencję ospałej postawy stanowiło ostatnie dziesięć-piętnaście minut meczu. Wszyscy jak jeden mąż złożyli podpis pod cyrografem, który dawał zwycięstwo, ale odbierał szanse na powrót do kraju z tarczą, a nie na niej. Podczas gdy Japończycy wymieniali podania w obrębie linii obrony, Polacy nawet się nie przesuwali. Nie próbowali doskoczyć do rywala, nie starali się odebrać mu piłki, wyprowadzić kontrataku, sprowokować go do działania. Przystając na warunki, nie wyłamali się ze schematu, w który sami się wpakowali na początku turnieju - pozostali bierni, usłużni, bez wolnej woli.

Grę pozorów przyjął również trener Nawałka, który po konfrontacji powiedział: - Jestem zadowolony, gdy wykonywane są założenia. A my zakładaliśmy grę w niskim pressingu. W tym przypadku ten "niski pressing" oznaczał stanie w miejscu i przystanie na farsę, którą stworzyli Japończycy. Faktycznie obecny system kadry nie opiera się na agresywnym doskoku do przeciwnika, ale nie da się przyjąć takiej wypowiedzi po ponad dziesięciu minutach kompletnego paraliżu. Nawet jeśli trudno wyobrazić sobie selekcjonera uderzającego pięścią w stół przy wtórze mocnych słów.

Polacy nie tylko podsumowali cały trójbój meczem z Japonią, ale właśnie samą końcówką pobytu w Rosji udowodnili, że jeśli coś boli, to zawsze może bardziej. Bolały porażki, bolał brak stylu, a ostateczny cios zadało zaledwie kilkanaście minut najmniej znaczącego starcia. Okazało się, że dla bezwartościowych punktów lekką ręką da się odrzucić wszelkie wartości - nawet w sytuacji, gdy faktycznie pojawia się wielka szansa na wygranie jednej z ważniejszych. Honoru.

Więcej o: