Mundial 2018. Polska - Japonia. Jak kadra cofnęła się do czasów największej wspólnej traumy: niewyjścia z grupy w Euro u siebie

W czwartek Polska-Japonia w Wołgogradzie. Mówią, że o honor. Ale przecież raczej o przekonanie się, co zawiodło we wcześniejszych meczach : głowy, serca, nogi czy wspólny plan.
Adam Nawałka Adam Nawałka FOT. KUBA ATYS

W hotelu Hyatt coraz więcej zapakowanych pudeł i skrzyń. Z ośrodka "Sputnik" za chwilę zacznie znikać to wszystko, co tu przyjechało z Polski. A potem odjedzie FSB, policja, Specnaz i kto tam jeszcze pilnował bezpieczeństwa Polaków. Zostaną agronom Gleb, koordynator Artiom, dyrektor Jurij i wspomnienie o ich całkiem niedawnych nadziejach, że w "Sputniku" będzie trenować kadra, która w mundialu zajdzie daleko. I że to boisko, niedaleko sanatorium, w którym Breżniew moczył nogi w siarkowodorze, będzie jej przynosić szczęście. 

We wtorek Polacy trenowali tam ostatni raz. Za zamkniętymi drzwiami, zamkniętymi raczej dla dochowania rytuału niż z rzeczywistej potrzeby.  W środę reprezentacja ostatni raz odlatuje z lotniska w Adlerze na mecz. Następny start z Adlera będzie już do Polski, w piątkowe południe 29 czerwca. Z lądowaniem w Warszawie o godzinie 15. I z wyjściem do kibiców, a nie przez korytarz VIP. Tak przynajmniej było w planach jeszcze we wtorek. Było też w planach, że w Wołgogradzie zagrają od początku m.in. Łukasz Fabiański, Kamil Glik i Rafał Kurzawa. Liczba piłkarzy zaczynających polskie mecze MŚ 2018 w podstawowym składzie urośnie do co najmniej 18. 

Soczi, wspólny wyrzut sumienia

I to już jest koniec. Ostatni mecz mundialu, szybkie pakowanie w Soczi i do Polski. Dwa lata temu piłkarze lecieli z La Baule do Warszawy ze zwieszonymi głowami, rozczarowani odpadnięciem w ćwierćfinale Euro z Portugalią, niepewni jak ich powitają kibice. Trochę się zdziwili na miejscu, ze jednak jest entuzjazm. I z każdym kolejnym dniem urlopów, podczas których ludzie wskakiwali na nich z radości, dziwili się coraz bardziej. A teraz wiedzą, co będzie. Cofają się do największej reprezentacyjnej traumy swojego pokolenia: niewyjścia z grupy w Euro 2012. Jeśli będą jakieś brawa na powitanie, to z litości, jak sześć lat temu w strefie kibica na Placu Defilad. Polacy nic się nie stało, jesteśmy z wami.

Jak La Baule sprzed dwóch lat pozostanie wspólnym wspomnieniem przełamywania niemocy w wielkich turniejach, tak Soczi będzie już zawsze wspólnym wyrzutem sumienia. I jeszcze trochę potrwa, zanim sobie wszyscy poukładają w głowach, co poszło nie tak. I co z tym zrobić dalej.

- Może szkoda, że z Litwą tak dobrze poszło - słychać w sztabie

Czerwcowy wieczór, trwa przerwa w towarzyskim meczu z Litwą, ostatnim sparingu kadry przed turniejem. W polskiej szatni cisza. Nikt nie podnosi głowy, żeby nie musieć patrzeć w oczy poirytowanemu Adamowi Nawałce. Turniej już za chwilę, a nic się nie klei. Pierwsza połowa meczu - słabiutka. Po przerwie gra się niewiele poprawi, a do tego uszkodzi się Kamil Grosicki i będzie się ścigał z czasem, by wyzdrowieć do turnieju.

To był czerwiec 2016, bezbarwne 0:0 z Litwą przed Euro we Francji. Niedługo wcześniej zdarzyła porażka z Holandią 1:2 po złej grze. Euro 2016 zaczynało się od strachu, nawet jeśli była z gdzieś z tyłu głowy przeczucie, że po zgrupowaniach w Juracie i Arłamowie z dnia na dzień będzie mniej zmęczenia, a więcej mocy. Dziś mówią w sztabie polskiej kadry, że może takiego alarmu zabrakło w sparingach przed mundialem i może szkoda, że z Litwą tak poszło. Z Chile był remis 2:2 po jednej dobrej połowie, drugiej złej. A ze słabiutką Litwą 4:0 jak w koncercie życzeń: z ładną grą, dwiema bramkami Roberta Lewandowskiego, premierowym golem w kadrze Dawida Kownackiego, rzutem karnym Kuby Błaszczykowskiego, pierwszym do którego podszedł od Euro 2016. A jeszcze przed meczem zielone światło do wyjazdu z kadrą na turniej dostał kontuzjowany Kamil Glik. Udawało się tamtego dnia tak wiele, że nawet Jacek Góralski próbował w meczu z Litwą rozgrywania. Wydawało się, że wszystko zaczyna się układać w dobrą całość. Że kadra jedzie do Rosji przygotowana najlepiej jak się dało. Wszystkie strachy z marca, gdy niektórzy liderzy kadry dopiero podnosili się po kontuzjach, poszły na bok. Dziś wiadomo, że to było mało rozważne. I to co się stało w Rosji jest w tym sensie również porażką nas wszystkich, opisujących od kilku lat kadrę. Nie chodzi o brak ostrzeżeń przed grupowymi rywalami, bo tych nie brakowało. Tylko o wiarę, że dobre przygotowania przykryją wszystko, co było złe i niepokojące jeszcze w marcu. Zostało w pamięci że Kuba Błaszczykowski zagrał 90 minut z Chile i strzelił karnego z Litwą, a nie to, że Błaszczykowski zagrał 90 minut, bo Łukasza Piszczka pospinało i musiał zejść wcześniej.

Złe przygotowania? Nikt nie zgłaszał

Inna sprawa, że do meczu z Senegalem nikt w drużynie nie zgłosił np., że czuje się źle przygotowany fizycznie. Impreza w Arłamowie w przeddzień powołań, która teraz wypłynęła jako jedna z możliwych przyczyn zepsucia atmosfery, też jej nie psuła, póki Senegal nie wygrał. A przynajmniej nie psuła na tyle, żeby ktoś ją ujawnił. Impreza zresztą, jak wynika z naszych informacji, była za wiedzą sztabu, który od czasu do czasu daje piłkarzom odreagować, w granicach zdrowego rozsądku. W Arłamowie przed Euro 2016 też dawał. Afera hotelowa nie wybuchła dlatego, że piłkarze coś wypili, tylko że impreza była za plecami sztabu, i bez hamulców. Izolowanie się Roberta Lewandowskiego? News sprzed Arłamowa, gdy były obawy, że będzie podczas mundialu pochłonięty odchodzeniem z Bayernu. Nie był.

Po Litwie i pożegnaniu kadry sen trwał jeszcze tydzień. Piłkarze wyszli w Moskwie na rozgrzewkę przed Senegalem, któryś z nich rzucił, patrząc z bliska na Kalidou Koulibaly'ego i Salifa Sane, "Boże, jakie to są byki", dziś już nie wiadomo, czy w żartach, czy z prawdziwą obawą. A godzinę później było po wszystkim. Po samobójczym golu Thiago Cionka drużyna nie odkręciła się ani do końca meczu z Senegalem, ani do Kolumbii. Wszystkie pozytywne sygnały, które dało zgrupowanie i treningi w Soczi, rozpłynęły się. Jeśli coś miało w Moskwie pójść nie tak - poszło.

Z Senegalem miała być druga Japonia. Ale nic z tego nie wyszło

Arkadiusz Milik nie do końca przekonywał w sparingach przed mundialem, ale zapracował treningami - w decydującej o składzie na Senegal wewnętrznej gierce strzelał gola za golem - na rozpoczęcie mistrzostw w podstawowym składzie. Jego szybkość myślenia i wykonania, odnajdywanie się w tłoku, miały być kluczowe dla budowania ataków i kontrataków. Okazało się jednak, że na grę pod taką presją było jeszcze dla niego za wcześnie. Thiago Cionek do ostatniej chwili rywalizował z Janem Bednarkiem i wygrał tę rywalizację, również dlatego że zgłoszenie przez Bednarka urazu w meczu z Litwą trener zinterpretował jako chęć oszczędzania się przed mistrzostwami. Ważne było, żeby Cionek ten mecz dobrze zaczął, dodał sobie pewności. Ale zaczął od kilku drobniejszych potknięć, po których zaczął się bać: a to główkował na rzut rożny, zamiast klatką piersiową odegrać do Wojciecha Szczęsnego, a to Mbaye Niang zablokował go przy wyprowadzaniu piłki i potem każde następne wyprowadzenie było już do bólu ostrożne. Tak, że rywale zdążyli się przesunąć za każdym razem, gdy była szansa ich zaskoczyć. Z planu rzucenia wyzwania Senegalczykom nie w walce wręcz - dość głupi pomysł przy tak potężnych rywalach - ale grą w piłkę, tak jak to zrobili Japończycy, nic nie wyszło. Nie dało się mijać rywali podaniami, gdy tyle ogniw pękało. Milik, bezcenny jeśli chodzi o granie do przodu z pierwszej piłki i odwracanie stron ataku, stracił czucie. Robert Lewandowski przepadł w podkoszowej walce z centrami Senegalu. Piotr Zieliński grał ofiarnie, ale nie mógł w tym miejscu boiska błysnąć i przygasł po kilku nieudanych akcjach. Łukasz Piszczek nie wytrzymał starć z Niangiem, Kuba Błaszczykowski nie dotrwał do drugiej połowy. Prawa strona boiska, polska gwarancja niezawodności i koło zamachowe podczas Euro 2016, właściwie przestało istnieć.

Następca Adama Nawałki robi już notatki?

Do tego Polska nie umiała wprowadzić piłkarzy w pole karne. Znak firmowy kadencji Adama Nawałki to było właśnie to wprowadzanie. Aranżowanie sytuacji w ataku w ten sposób, by jak najwięcej piłkarzy było w stanie odwrócić uwagę obrony od Lewandowskiego. Czasy, gdy Kamil Grosicki regularnie bywał podczas meczów częściej w polu karnym niż Robert Lewandowski, w Rosji się wydają bardzo odległe.

Na Kolumbię to by i tak zapewne nie wystarczyło. Ale Senegal będzie jeszcze wracać w koszmarach wiele razy. Czwartkowy mecz z Japonią w wołgogradzkim upale, gdzie jest blisko 40 stopni, a gorący wiatr tylko pogarsza sytuację, nie musiał być meczem o nic. A tak zamiast meczem o wyjście z grupy staje się pierwszym meczem budowania nowej kadry po mundialowej porażce. Jeśli trener Adam Nawałka jednak zostanie, co się dziś wydaje mało prawdopodobne, to będzie już budował inaczej, bo dotychczasowa formuła się wyczerpała. Jeśli na jego miejsce przyjdzie ktoś inny, to zapewne z zagranicy, i już od jakiegoś czasu siedzi z notesem przy meczach Polaków, tak jak Nawałka obserwował spotkania u schyłku kadencji Waldemara Fornalika. I dziś będzie notować szczególnie uważnie. W czwartek, na tle Japończyków walczących o awans, mają paść odpowiedzi, co zawiodło w mundialu. Ale też te ważniejsze: co po nim zostaje na przyszłość.

Więcej o: