MŚ 2018. Kamil Glik żyje jak maszyna. W Soczi śpi po kilka godzin i trenuje cztery razy dziennie

W Soczi trwa walka o powrót do zdrowia Kamila Glika. Obrońca AS Monaco włączył tryb "maszyna". Śpi po kilka godzin i trenuje od rana do nocy. Cztery razy dziennie. Wszystko po to, aby do dyspozycji wrócić wcześniej, niż na kończący grupowe zmagania mecz z Japonią.

Trzydziestosekundowe wideo opublikowane na twitterowym koncie "Łączy nas piłka" mówi więcej, niż tysiąc słów. Na nagraniu zmęczony Kamil Glik walczy bark w bark, ćwiczy z ciężarami, pcha piłką lekarską. Na początku filmu żartuje: "Kolumbijczycy, bójcie się!". Pod koniec zmienia jednak przekaz mówiąc: "Jacy Kolumbijczycy? Senegalczycy, bójcie się!". I choć występ obrońcy AS Monaco w meczu otwierającym dla Polaków mundial jest raczej wykluczony to jego gra w spotkaniu z Kolumbią nie jest wcale scenariuszem science fiction.

RoboGlik

Reżim treningowy z jakim mierzy się Kamil Glik mogłaby wytrzymać tylko maszyna. Albo Kamil Glik. Stoper reprezentacji Polski ściga się z czasem śmiejąc się kontuzji w twarz. - Harujemy od rana do nocy. Dosłownie - zapewnia fizjoterapeuta Bartłomiej Spałek, który nad powrotem piłkarza pracuje wraz z trenerem przygotowalnia fizycznego Remigiuszem Rzepką. Jak widzieliśmy na filmie "ŁNP" rolę w planie doprowadzenia Glika do używalności ma nawet masażysta kadry Wojciech Herman, w przeszłości junior Pogoni Szczecin, który w zajęciach na boisku wciela się w rolę statysty testującego siłę barku 30-letniego piłkarza.

11 tysięcy kilometrów w 10 dni

Każdy dzień pracy przybliża Glika do występu na mistrzostwach świata - i wcale nie musi to być występ w ostatnim grupowym starcie z Japonią. Aby zminimalizować czas powrotu do zdrowia stoper trenuje cztery razy dziennie. Gdy jego koledzy zbierają się na śniadanie, on w basenie lub na rowerku stacjonarnym od kilkudziesięciu minut pracuje nad obudową tlenową. Wszystko po to, aby nadrobić zaległości jakie pojawiły się w ostatnich dwóch tygodniach. A te są efektem podróży, które Glik odbył, aby usłyszeć, że może jechać na rosyjski mundial.

- W tym czasie spałem po trzy, cztery godziny - mówi nam Glik, który większość czasu spędził w samochodach i samolotach na trasie między Arałowem, Przemyślem, Warszawą, Niceą, Jastrzębiem i Soczi. Łącznie w ciągu 10 dni pokonał blisko 11 tysięcy kilometrów.

Kamil Glik podczas treningu reprezentacji Polski w Soczi Kamil Glik podczas treningu reprezentacji Polski w Soczi FOT. KUBA ATYS

Najpierw siłownia, potem boisko

Czasu na sen Glik nie ma także w nadmorskim kurorcie. Po porannym rozruchu czekają go dwa treningi. Pierwszy - na siłowni, wraz ze Spałkiem, który odpowiada za przygotowanie barku jednego z najbardziej doświadczonych kadrowiczów. - Wzmacniamy bark, robimy stabilizację całego stawu barkowego, pracujemy nad mobilnością siły obręczy barkowej, jest też trening funkcjonalny, który usprawnia pracę korpusu - wylicza Spałek. O motorykę dba Rzepka. To on nadzoruje obciążenia, które Glik otrzymuje w trakcie ćwiczeń na murawie.

Bez leków przeciwbólowych

To wciąż nie koniec. W późnych godzinach wieczornych Glika czekają jeszcze jedne zajęcia. Tym razem znów trenuje ze Spałkiem, ale już na stole fizjoterapeutów, którego w ostatnich latach unikał jak ognia. - W Torino koledzy bili mi brawo, kiedy szedłem na jakiś zabieg. To było święto. Bo zwykle  wystarcza chłodzenie lodem, ewentualnie masaż zimną i ciepłą wodą. To moja odnowa - tłumaczył piłkarz w książce "Tajemnice kadry". Tym razem jednak nie ma wyboru i kolejne godziny musi spędzać pracując manualnie z fizjo. Podobnie, jak w przypadku Kamila Grosickiego, który wracał do zdrowia po kontuzji w meczu z Litwą w 2016 roku, treningi na leżance odbywają się bez środków przeciwbólowych. Wszystko po to, aby realnie oceniać postępy pracy. - Kamil to twardziel i daje radę - zapewnia Spałek.

Potwierdza to Glik, który w "Tajemnicach kadry" tłumaczył: "Przyzwyczaiłem się do bólu, nie robi na mnie wrażenia. Zdarzyło mi się kilka poważniejszych stłuczeń, które teoretycznie powinny wykluczyć z gry, ale grałem. To kwestia charakteru. Są zawodnicy, którzy wolą odpuścić i tacy, którzy nie pękają". On kolejny raz nie pęka. I robi wszystko, aby zdążyć na mecz z Kolumbią. Czy mu się uda? Przekonamy się już w ciągu kilku najbliższych dni.