Brazylia, czyli siedem sztuczek z cylindra

W sobotę mecz pokutny: Brazylia walczy o trzecie miejsce z Holandią. Kibicom przeprosiny za 1:7 z Niemcami nie wystarczą. Oni chcą by precz poszedł i futbol a la Scolari i pasożyty z piłkarskiej federacji

Jeszcze jeden mecz i kanarkowe koszuki do szafy

A klubowych znów na ulicach Brazylii mnóstwo. Corinthians. FC Sao Paulo. Flamengo, identyczne jak te w których zagrali Niemcy. Życie wraca do normy po nienormalnym wyniku. Nie ma histerii ani dramatów. Są szyderstwa, serwowane na zimno. Na pierwszy trening kadry po klęsce ktoś przyniósł transparent ?Wstyd?. Ktoś inny: że nawet z fabryki Volkswagena gol nie wyjeżdża co pięć minut (Gol to model Volkswagena w Ameryce Południowej, największy hit na tutejszym rynku).

A na stronie www.brasilalemanhaeterno.com jakiś sadysta - ale masochista pewnie też - pokazuje, co by było, gdyby mecz Niemcy-Brazylia trwał nadal. Gdy ostatnio sprawdzałem, Niemcy prowadzili 358 do 48.

Brazylia - Niemcy Brazylia - Niemcy Fot. Frank Augstein

Człowiek łapówka

Gdy Brazylia traciła w Belo Horizonte kolejne gole, po trybunie prasowej Mineirao krążył żart o pięknym brazylijskim słowie: Schadenfreude. Wiele osób to właśnie czuło: niech ma za swoje trener, który wierzył tylko w wyniki za wszelką cenę, niech mają działacze CBF, rozkradający futbol od lat.

Nieudolna drużyna to przy nich najmniejszy problem. Piłkarze przynajmniej zdają sobie sprawę, co zrobili. Trener chyba nie, bo analizował klęskę tak, jakby się po prostu Brazylijczykom mecz nie ułożył, nic wielkiego. Nie tak wielkiego, żeby się z miejsca podawać do dymisji. Ustępujący szef CBF Jose Maria Marin powiedział przed mundialem: albo to wygramy i pójdziemy do nieba, albo przegramy i jesteśmy w piekle. Ale przy rozliczeniach i ten radykalizm gdzieś zniknął. Marin to, jak go nazwał senator Randolfe Rodrigues, zombie z czasów dyktatury. Jak wielu miejscowych piłkarskich działaczy - polityk. Skompromitowany pochwałami dla oprawców w czasach wspomnianej dyktatury w Brazylii. Ale i tak chyba lepszy niż poprzednik, Ricardo Teixeira. Czyli zięć Joao Havelange'a, człowiek łapówka, człowiek prowizja, który przeniósł się na Florydę, gdy w CBF zaczęła mu się palić ziemia pod nogami. I dalej doi stamtąd brazylijską piłkę przez sieć tajemniczych spółek zarejestrowanych na swoich ludzi.

A następca Marina, Marco Polo Del Nero, też na reformatora nie wygląda. Władzę ma przejąć od początku 2015, już powiedział, że nie ma nic przeciw pozostawieniu Scolariego na stanowisku. - Popełnił błąd taktyczny, wszyscy robimy błędy - tłumaczy przyszły prezes. Tak wygląda w CBF odmładzanie kadry. Del Nero jest aż o dziewięć lat młodszy od Marina - ma 73.

Brazylia, arcydzieło marketingu

Piłkarskich działaczy nazywa się tu cartolas - cylindry. Są od lat synonimem interesowności i nieudolności we wszystkim poza napełnianiem swoich kieszeni. Ale odsunąć ich nie sposób, nawet parlamentarne komisje śledcze (pachnie kolejną) nie dały rady. Mimo, że pokazały ze szczegółami brazylijski futbol ukradziony: korupcję, hochsztaplerskie sztuczki przy transferach, układy.

Dziś, gdy komentatorzy wyliczają siedem grzechów głównych brazylijskiej piłki, jak siedem goli Niemców, większość to właśnie zaniedbania i sztuczki cylindrów. Ale żadna władza się sama nie oczyści, póki ma pełny skarbiec. A CBF ma: około 200 milionów dolarów w budżecie, świetne umowy ze sponsorami, którzy zrobili z brazylijskiej kadry arcydzieło marketingu. Działacze nie czują ani potrzeby zmian, ani podzielenia się tymi pieniędzmi tak, by powstał jakiś spójny system szkolenia młodzieży. Nie ma go, siłą Brazylii jest tylko ekonomia skali.

Prawie 200 milionowy kraj, w którym można grać przez cały rok, w którym futbol jest sprawą pierwszorzędną i który wciąż daje wzór kariery z nędzy do pieniędzy, po prostu jest skazany na dopływ talentów. Ale tym zbiorem talentów nikt mądrze nie zarządza. Ten zbiór się łupi.

Wyjściowa Wyjściowa "jedenastka" Brazylii na mecz towarzyski z Panamą Fot. Andre Penner

Futbolowy drenaż mózgów

W 1978 roku Brazylia ostatni raz wystawiła na mundial drużynę piłkarzy grających tylko w krajowej lidze. Potem zaczął się wielki exodus do Europy, piłkarska wersja naszego drenażu mózgów, też przyspieszona przez załamanie gospodarcze. Ale zanim ci piłkarze odchodzili, jednak mieli jeszcze czas, by zostać bohaterami w Brazylii, podbić krajową ligę. Potem już nawet i to nie było konieczne.

Brazylia z eksportera gwiazd stała się, jak i w gospodarce, eksporterem towarów nieprzetworzonych. Wystarczył talent, obietnica i nastolatkowie z Brazylii rozjeżdżają się po świecie, czasem bez kopnięcia piłki w krajowej lidze, albo po kilku kopnięciach. Jak David Luiz, Dante, Hulk czy ci, którzy wybrali nowe ojczyzny: Pepe, Diego Costa. Wywożeni przez pośredników, sprzedawani w taki sposób, że brazylijskie kluby dostają tylko okruchy, reszta trafia do kieszeni menedżerów, na konta funduszy inwestycyjnych, wehikułów finansowych.

Kraj kibica telewizyjnego

Liga brazylijska, nawet wzbogacona w ostatnich latach, gdy gospodarka kwitła, nie jest sobie w stanie pozwolić na zatrudnianie gwiazd kadry. Został jej tylko Fred, ten najbardziej wyszydzony po klęsce, ale ciągle bohater Fluminense. Liga, Brasileirao, ma frekwencję gorszą niż amerykańska MLS, bo mecze są o nieludzkich porach, gdy telenowele zwalniają miejsce w telewizyjnych ramówkach. Tak późno, że po meczach nie działa już publiczny transport, a że bilety są bardzo drogie, więc

Brazylia jest krajem kibica telewizyjnego, a na trybunach rządzą kibice z zaciśniętymi pięściami. Kalendarz ligowy jest jedyny w swoim rodzaju: liga krajowa rusza dopiero późną wiosną, tuż po rozgrywkach stanowych, które są przeżytkiem, ale znieść ich nie można, bo CBF to konfederacja związków stanowych, one do zmiany nie dopuszczą. Zresztą, gdyby znikły mistrzostwa stanowe, co zrobiłoby ze sobą tych 80 procent brazylijskich piłkarzy, którzy grają tylko w nich i w pucharach, ledwie po kilka miesięcy w roku?

Do tego miejscowi trenerzy się nie rozwijają, bo nie mają wielkiej konkurencji z zewnątrz, Brazylia ciągle żongluje tymi samymi nazwiskami. W lidze gra się zachowawczy futbol, bo prezesi lubią pokazać siłę i zwalniają trenerów już po pierwszych niepowodzeniach. Taki brazylijski futbol słabo znamy, żyliśmy złudzeniem o kadrze i jogo bonito, która się nigdy nie skończy. Brazylijczycy niby wiedzą, że to miraż, ale do działania nikt się tu specjalnie nie wyrywał. Może siedem ciosów od Niemców wystarczy. A może muszą poprawić Holendrzy?