Sport.pl

El. MŚ 2018. Rumunia - Polska 0:3. Majstersztyk kadry w Bukareszcie. Tak się przekracza granice w drodze do Rosji

To był majstersztyk piłkarzy i Adama Nawałki. Lepiej na wszystkie ostatnie problemy odpowiedzieć się nie dało: z pomysłem, fantazją, koncentracją. Przekraczając kolejną granicę: ostatnie takie zwycięstwo kadry zdarzyło się 10 lat temu
- Grając na wyjeździe nie byliśmy ostatnio rewelacyjni. Musimy spróbować zagrać po prostu tak jak na Stadionie Narodowym - powiedział przed wylotem do Bukaresztu Robert Lewandowski i to były prawdopodobnie najbardziej zlekceważone zdania podczas przygotowań kadry do meczu z Rumunią. Przepadły wśród deklaracji, aluzji i niedopowiedzeń w sprawie afery alkoholowej, rozważań o tym jak zastąpić Arkadiusza Milika.

A może przepadły, bo kapitan ujął to delikatnie: nie byliśmy ostatnio rewelacyjni. W zbieraniu punktów na wyjeździe, w meczach z wymagającymi rywalami, polska kadra była po prostu fatalna. I to nie ostatnio, tylko przez 10 lat. Niemal równo 10 lat.

Pierwszy raz od Belgii

15 listopada 2006 roku na początku meczu Belgia-Polska Radosław Matusiak, będący wtedy w życiowej formie, wykorzystał błąd Daniela van Buytena, zabrał mu piłkę i strzelił gola, który okazał się jedynym w tym meczu. To był ostatni raz, gdy Polska pokonała w meczu o punkty na wyjeździe (mówimy o meczach eliminacyjnych, a nie turniejowych na neutralnym terenie) klasową drużynę. Potem zostało jej już tylko pokonywanie San Marino, Gibraltarów i Gruzji. A i z Gruzją w ostatnich eliminacjach męczyła się bardzo długo, nawet jeśli wynik końcowy był okazały.

Choroba rozdawania punktów

Przez te 10 lat mecze wyjazdowe były historią straconych szans. Polska mogła grać dobrze, mogła prowadzić, a i tak punktami się w końcu dzieliła. Ze Szkocją, z Irlandią, jak w ostatnich eliminacjach. Nawet z Kazachstanem. Nawet z Mołdawią, jak za Waldemara Fornalika, bo ta choroba rozdawania punktów trwała już przecież za jego kadencji. A zaczęła się od meczu który był początkiem końca Leo Beenhakkera: prowadzenia zamienionego w porażkę w ostatnich minutach meczu ze Słowacją jesienią 2008 roku. Ten mecz zatruł eliminacje i stał się początkiem czarnej serii. Za Waldemara Fornalika Polska już na początku eliminacji nie wykorzystała swojej szansy w Czarnogórze, gdzie szybko objęła prowadzenie, ale straciła spokój po tym jak Przemysław Tytoń został trafiony racą (brzmi znajomo, prawda? A następny wyjazd eliminacyjny jest w marcu 2017 do Czarnogóry) i skończyło się dramatycznym 2:2.

Wreszcie bez straty gola

W piątek w Bukareszcie kadra Adama Nawałki wreszcie zakończyła tę serię. Za jednym zamachem wyśrubowała rekord meczów o stawkę bez porażki (bez serii karnych) do 12 spotkań, i wyrównała inne osiągnięcie, od którego mija właśnie 10 lat: trzech kolejnych zwycięstw w eliminacjach: trzy miała właśnie tamtej jesieni 2006, gdy najpierw pokonała Kazachstan na wyjeździe 1:0, potem Portugalię u siebie 2:1 i w końcu Belgię. Reprezentacja pierwszy raz od zwycięstwa nad Ukrainą w Euro nie straciła gola, pierwszy raz nie zmarnowała ani ułamka tego, co sobie wypracowała (od tamtego meczu z Ukrainą w każdym kolejnym meczu pierwsza strzelała bramkę, a potem były chwile zaćmienia).

Drużyna się rozwija

To było jedno z najlepszych spotkań za kadencji Adama Nawałki, najlepsza możliwa odpowiedź piłkarzy na aferę alkoholową. Ale też odpowiedź trenera na to wszystko, co mógł o sobie ostatnio usłyszeć i przeczytać: o przywiązaniu do tych samych nazwisk, o zachowawczości przy zmianach, czy raczej braku zmian. W Bukareszcie rozwiał wątpliwości: on cały czas tę drużynę rozwija, wychodzi z nią z kolein. Odszedł przeciw Rumunom od gry dwoma napastnikami, a potem zmiany robił koncertowo, wychwytując i problemy poszczególnych zawodników i zmianę sposobu rozgrywania meczu w drugiej połowie. Robił je na czas, rozpisał na etapy, przywracając system z dwoma napastnikami wprowadzeniem Łukasza Teodorczyka. A ten już w pierwszej sytuacji przyjął w powietrzu piłkę (wcześniej takie piłki przelatywały nad głowami niskich polskich pomocników) i oddał kiedy trzeba, przygotowując akcję na 2:0. Potem przyczynił się też do rzutu karnego.

Przepraszam, jaki kryzys?

Pierwsze okrążenie wyścigu do Rosji Polska kończy jako lider, po wielkim strzale adrenaliny w Bukareszcie, po meczu jak pieczęć na tym, co wypracował Adam Nawałka. Już uważamy za oczywistość, że Polska potrafi wyciągnąć z Roberta Lewandowskiego nawet więcej niż Bayern, że Polska przestała być drużyną kontrataku, że na Polskę wszyscy się mobilizują wyjątkowo, bo przyjeżdża ćwierćfinalista Euro. Apetyty wzrosły i stąd się wzięły te pytania o Adama Nawałkę. Coś podobnego przeżywa w Urugwaju Oscar Washington Tabarez. On podniósł urugwajski futbol z kolan, a bywa atakowany bezpardonowo, Nawałka aż tak mocnej krytyki jeszcze nie zaznał. I teraz prędko nie zazna. - Problemy? Nie ma problemów, są wyzwania. Dobrze jak coś się dzieje, jest ciekawie - mówił w poprzednich eliminacjach, gdy mu przyszło nagle z konieczności poprzestawiać coś w drużynie. Teraz przed Bukaresztem nie tylko przestawiał, ale też wstrząsnął i zamieszał. I mógłby teraz zapytać: przepraszam, jaki kryzys? Ale na szczęście wiadomo, że nie zapyta.



Polscy sportowcy obchodzą Święto Niepodległości. Cieszą się wszyscy, nawet Borussia Dortmund [GALERIA]


Więcej o:
Skomentuj:
El. MŚ 2018. Rumunia - Polska 0:3. Majstersztyk kadry w Bukareszcie. Tak się przekracza granice w drodze do Rosji
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX