MŚ 2010. 1/8 finału. Chile chce zawstydzić Brazylię

Brazylijczycy, wynalazcy jogo bonito, którzy się pięknej gry wyparli, podejmują Chilijczyków wcielających tę ideę w czyn w każdym meczu mundialu. Czy w 1/8 finału przyniesie im to zgubę?
W ojczyźnie Pelego mit był żywy do 1982 roku. Wówczas "Canarinhos" po raz ostatni obsesyjnie pragnęli wpędzać publikę w ekstazę, popisowo zepsuli mundial, do dziś symbolizują fiasko romantycznych porywów, które podarowują zwycięstwa innym. Ale Socrates - jeden z bohaterów tamtej drużyny, który między treningami czytywał nie tylko greckich filozofów - przyczyny agonii jogo bonito widzi w przemianach społecznych.

- Do lat 70. dzieci z klasy średniej nie zostawały zawodowymi piłkarzami - mówi. - Futbol oferował za niskie pensje. Kiedy do klubów weszły poważne pieniądze, prowadzącym je białym zaczęło zależeć, by wypchnąć na boiska rodziny i znajomych. Powstały bariery, które ograniczyły szanse biednych na wielkie kariery, nie zawsze o wszystkim decydował talent. Ponieważ jesteśmy w talent najbogatsi, pozostaliśmy potęgą, ale to czarnoskórzy są natchnieni do piłki, mają instynkt i naturalny dar.

Bez Kaki tylko pustka

Diagnozując przed kilku laty stan brazylijskiego futbolu, Socrates - sam biały brodacz po medycynie, po zakończeniu kariery otworzył klinikę - nie pił do nikogo konkretnego. Gdyby wymieniał nazwiska, wspomniałby pewnie o Dundze - dzisiaj selekcjonerze, na początku ubiegłej dekady defensywnym pomocniku tak dalece uosabiającym wolny i nudny styl gry reprezentacji, że fani i dziennikarze nazwali tamten okres "erą Dungi". Okres zwieńczony odzyskaniem po ćwierćwieczu tytułu mistrzów świata.

Musiałby Socrates wspomnieć również o Kace, liderze obecnej reprezentacji, który ma za sobą najsmutniejszy od lat sezon klubowy, a teraz haruje od świtu do zmierzchu, by odżyć po kontuzji i zacząć przypominać samego siebie.

Definicję piłkarz Realu Madryt spełnia w każdym calu. Jego mama jest nauczycielką matematyki, ojciec inżynierem, chodził do prywatnych szkół, interesuje się historią sztuki, lubi teatr. A na boisku stawia na powściągliwą wydajność, nawet drybluje dyskretnie, nie epatując wywijaniem stopą nad piłką. Jakby chciał mit brazylijskiego półboga futbolu nieodwracalnie zdemontować.

W RPA jest przygaszony, narzekają na niego wszyscy, ale efektywny pozostaje. To jego dwie asysty dały zwycięskie gole w meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej. A kiedy pauzował za czerwoną kartkę, "Canarinhos" portugalskiej defensywy skruszyć nie umieli. Zastępujący go Julio Baptista - piłkarz zwiedzający wielkie kluby, lecz świetnie grający incydentalnie i przeciw słabym - potwierdził, że do dużych wyzwań się nie nadaje. A cała Brazylia potwierdziła, że pod nieobecność Kaki znacznie ubywa kadrze mocy w ofensywie. Bez lidera staje się zespołem, który trudno pokonać, ale też stosunkowo łatwo się przed nim obronić.

Robinho, czyli słabość Dungi

Teorie Socratesa nie przekonałyby nikogo w Chile. Reprezentacja tego kraju zdobyła chyba najwięcej nowych fanów podczas mundialu, co mecz wcielając w życie bezkompromisowe idee trenera Marcelo Bielsy. Jej piłkarze - przede wszystkim biali - uprawiają futbol najbliższy jogo bonito, wkładając w ofensywę więcej inwencji niż Brazylijczycy i Argentyńczycy razem wzięci, w dodatku wszelkie ewolucje wykonują w wariackim tempie, nie tracąc przy tym panowania nad piłką. Alexis Sanchez nie mógł zrobić w RPA więcej, by umocnić Alexa Fergusona w niejednokrotnie już wyrażanym przekonaniu, że skrzydłowy zasługuje, by prowincjonalne Udinese wreszcie zmienić na klub formatu Manchesteru United.

Styl Chilijczyków podoba się wszystkim, nawet od Brazylijczyków można usłyszeć, że sąsiedzi "Canarinhos" zawstydzają, dbając o cudze bezcenne dziedzictwo. Galopada uprawiana przez drużynę Marcelo Bielsy ma jednak poważne wady. Pierwsza: absorbuje zbyt wiele energii. Druga: zamienia niekiedy piłkarzy w jeźdźców bez głowy, którzy tracą cierpliwość, zbyt dużo faulują, sami sobie wyrządzają krzywdę. Tak było w meczu z Hiszpanią, w którym skazali się na Brazylię w 1/8 finału.

Czy czegokolwiek się nauczyli? - Nie zmienimy o milimetr tego, co dotąd robiliśmy, niezależnie od przeciwnika. I mamy nadzieję, że Brazylia zgodnie ze swoją historią i tradycją też spróbuje zaatakować - mówi Jean Beausejour.

Albo jest naiwny, albo próbuje prowokować. "Canarinhos" na nikogo nie napadają bez zastanowienia, a porywczy styl Chilijczyków wybitnie im odpowiada. Wygrywają z nimi od siedmiu meczów, w ostatnich padały wyniki, które mogłyby odebrać nadzieję najodporniejszym na przykre doświadczenia: 4:2, 3:0, 6:1, 3:0, 4:0, 5:0. Sam Robinho potrzebował dwóch spotkań z tym przeciwnikiem, by ugodzić go sześcioma bramkami i obwołać swoim ulubionym.

On akurat jest jedynym piłkarzem należącym do gatunku, za którym tęskni Socrates i miliony jego rodaków - czarnoskórym, pochodzącym z biednej rodziny, uwielbiającym bawić kibiców nawet wtedy, gdy jego sztuczki nie pomagają drużynie. Selekcjoner robi dla Robinho wyjątek w kadrze i jeszcze okazuje mu specjalne uczucia. Znaczy - coś z pierwotnego brazylijskiego pędu do jogo bonito w Dundze jednak tkwi.