Mundial 2010. To nie są mistrzostwa dla Afryki

Piłkarze Ghany znów strzelili gola z rzutu karnego, znów uśmiechało się do nich szczęście. Tym razem szansy nie wykorzystali, mimo 70 minut gry w przewadze tylko zremisowali z Australią, która była bliższa wygranej
Harry Kewell po meczu szalał. - Jest sędzią, ławą przysięgłych i katem - wściekał się na arbitra Roberto Rosettiego, który wyrzucił go z czerwoną kartką. - Jestem zrozpaczony, ten facet zabił mój mundial. Musiałbym urwać sobie ramię i gdzieś je odłożyć, żeby uniknąć zetknięcia z piłką [uderzoną przez Jonahana Mensaha, Australijczyk stał w bramce]. Nie wyciągnąłem ręki, nie chciałem sobie nią pomagać. W dodatku kiedy zszedłem z boiska, do szatni odprowadził mnie ochroniarz. A potem nie pozwolił wyjść. Nie wiem, czego się obawiał - wyrzucał z siebie skrzydłowy Galatasaray.

Miał pecha on, miała cała drużyna. Po klęsce 0:4 na inaugurację oraz utracie kluczowego gracza (Tima Cahilla też wyrzucił w meczu z Niemcami sędzia) mało kto oczekiwał, że Australijczycy się podniosą. Tymczasem nie tylko się podnieśli, ale błyskawicznie objęli prowadzenie w meczu z Ghaną, który wyglądała na najsolidniejszą spośród afrykańskich uczestników mundialu. I może zdobyliby jeszcze drugą bramkę, gdyby arbiter podyktował jedenastkę za faul na usuniętym potem Kewellu. Powody miał.

Australia przetrwała, uratowała remis, była wręcz bliższa wygranej. Jej los leży już jednak nie tylko pod nogami jej piłkarzy. By awansować, musi pobić Serbię oraz żyć nadzieją, że Ghana pobije Niemcy.

Ghanę usatysfakcjonuje w ostatnim meczu remis. Jej piłkarzom sprzyja fortuna. Serbii też nie pokonaliby zapewne bez absurdalnego odruchu Zdravko Kuzmanovicia, który wyskoczył do piłki - w polu karnym - z dłonią wyciągniętą wysoko nad głową. Oba mecze kończyli w przewadze liczebnej, zostali liderami grupy, choć wszystkie dwa strzelone na turnieju gole zawdzięczają rzutom karnym. W sobotę nie mieli żadnego pomysłu, by osłabienie przeciwnika przekuć w swoje zwycięstwo, z czasem sprawiali raczej wrażenie wycieńczonych i tęskniących do gwizdka.

Wcześniej zaszkodził im kolejny na mundialu wybryk bramkarza. Richard Kingson byle jak odbił piłkę kopniętą z rzutu wolnego przez Marko Bresciano, podarowując ją Brettowi Holmanowi, który dopełnił formalności. I zrobiło się 1:0. Winę bramkarz zwalił tradycyjnie na jabulani. - Jest zbyt lekka, nie sposób jej kontrolować - stwierdził.

Przybywa jednak obserwatorów, którzy wzdychają, że jabulani to błogosławieństwo mundialu. W turnieju pada jak dotąd niewiele goli i aż strach pomyśleć, ile by padało, gdyby nie notoryczne pomyłki golkiperów.

Pomyłki popełniane przede wszystkim przez Afrykanów. Piłkarze Ghany stają się ostatnią nadzieją tego kontynentu. Niemal na pewno polegli gospodarze, minimalną szansę na awans zachowali Algierczycy, Nigeryjczycy sprawiają wrażenie najsłabszego finalisty mundialu, Kamerun jako pierwszy z niego odpadł. Rośnie prawdopodobieństwo, że żadna afrykańska drużyna nie przeciśnie się do drugiej rundy.