Mundial 2010. Kamerun na krawędzi

Japonia - Kamerun 1:0. Po kiepskim widowisku Azjaci cieszyli się z pierwszej tegorocznej wygranej, która przyszła w w najważniejszym dla nich meczu.
Krytykowany w Japonii za zabicie samurajskiego ducha i przestawienie drużyny ze stylu ofensywnego na zdecydowanie defensywny trener Takeshi Okada triumfuje. Co do joty sprawdziły się słowa, które wypowiedział kilkadziesiąt godzin przed pojedynkiem z Kamerunem. - Wygramy 1:0 albo 2:1. Samuel Eto'o jest dobry, ale nie jest doskonały - mówił dziennikarzom po ostatnim treningu przed meczem na Free State Stadium w Bloemfontein. Był w świetnym nastroju, choć w tym roku jego zespół nie wygrał żadnego z pięciu meczów, strzelił w nich tylko jedną bramkę. Po mundialu Okada kończy pracę z kadrą, kontrakt nie zostanie przedłużony, nawet jeśli spełnią się słowa, które wypowiedział przed wylotem do RPA: "To nasz czwarty mundial, jedziemy po - minimum - czwarte miejsce".

Kamerun z gwiazdą Interu w roli kapitana czyli Samuelem Eto'o też miał wysokie aspiracje. Sięgające minimum ćwierćfinału - powtórki największego osiągnięcia afrykańskiej reprezentacji na MŚ. Do realizacji marzeń obu drużyn kluczowe było zwycięstwo w pierwszym spotkaniu. Z teoretycznie najsłabszym rywalem, bo za faworytów grupy uważa się Holandię i Danię.

Japonia i Kamerun przystąpiły do gry ze świadomością, że przegrany może rezerwować bilety powrotne do ojczyzny na dzień po trzecim spotkaniu grupowym. Zaczęły tak, by przede wszystkim gola nie stracić. Prób, by go strzelić, było mało. Bardziej starały się przeszkadzać rywalowi, niż przeć do przodu i stwarzać sytuacje.

Pierwsza połowa była jak dotąd najnudniejszą na tym mundialu. Bramka padła przy pierwszej nadarzającej się możliwości. Zdobył ją najdroższy w historii japoński piłkarz Keisuke Honda, za którego CSKA Moskwa w styczniu 2010 roku zapłaciła holenderskiemu Venlo sześć milionów euro.

W drugiej połowie emocji było niewiele więcej niż w pierwszej, a chaosu i niedokładności tyle samo. Pięć minut przed końcem M'Bia trafił w poprzeczkę i to była najlepsza szansa Kamerunu na wyrównanie. Kreowany na jedną z gwiazd mundialu Eto'o błysnął tylko raz, kiedy minął trzech rywali. Poza tym zawiódł, był bezproduktywny i zbędny, tracił dużo piłek. Nie radził sobie z Japończykami, którzy przy każdym kontakcie z piłką opadali go w sile minimum trzech i przerywali akcję. Zarzuty legendy kameruńskiej piłki Rogera Milli, który przed mundialem oskarżył Eto'o, że w grę reprezentacji nie angażuje się tak jak w występy klubie, potwierdziły się wczoraj na boisku.

Dopiero na szóstym mundialu Kamerun przegrał mecz otwarcia. I od razu znalazł się na krawędzi. W sobotę zmierzy się z Danią, która uległa Holandii. Przegrany będzie mógł się pakować. Na afrykańskiej ziemi tylko Ghana wygrała pierwszy mecz mundialu, we wtorek do boju rusza szósta, ostatnia reprezentacja z Czarnego Lądu - Wybrzeże Kości Słoniowej.