Maradona wciąż nie wie, jak grać

Argentyna - Nigeria 1:0. Aż strach pomyśleć, jak przeciętnie grałaby w piłkę trupa argentyńskich wirtuozów, gdyby nie Leo Messi. On się bawił i nie trafiał w bramkę, Nigeria skrzywdziła się sama
Dość srebrnej brody, opasłego brzucha i ciężkiego kroku Maradony, czas na dziecięcą buzię i podfrunięcia wiotkiego Messiego. Gdy piłkarze wyszli na boisko, wuwuzele zagłuszyły furiackie wrzaski argentyńskiego trenera i wszystkie obiektywy wreszcie skupiły się na najbardziej spektakularnym graczu naszych czasów. Jeszcze tylko Nigeryjczycy odmówili modlitwę - rywale nie muszą, ich bóg siedzi na ławce - i zaczęło się przedstawienie.

Najpierw odetchnęliśmy z ulgą, potem westchnęliśmy z zachwytu. Bohater Barcelony, który chce zostać jeszcze bohaterem Argentyny, na zmęczonego wbrew obawom nie wyglądał, przykuwał uwagę przez pełne 90 minut. Tak, Leo Messi w wersji mundialowej też przypomina

następne wcielenie boskiego Diego.

Teraz wiemy już na pewno: Messi nie pastwił się dotąd nad piłką Jabulani nie ze względu na swój kontrakt z Adidasem. On zwyczajnie kocha każdą piłkę. W sobotę długo nie skrzywdził jej pokracznym zagraniem, każde dotknięcie było przeczuciem gola, każde zmieniało na chwilę mecz w jego prywatny pojedynek z rewelacyjnym bramkarzem Vincentem Enyeamą.

- Chcę, żeby Leo bez przerwy był blisko piłki. Wszyscy na to zasługujemy, zabieranie mu jej jest jak wyrywanie dziecku z ręki czekolady - komentował po meczu Maradona.

Messi potrzebował pięciu minut, by przenieść mundial w inny wymiar - dryblingiem (od razu w ilościach slalomowych), podaniem, strzałem. Potrzebował dwóch kwadransów, by wyczarować lewą stopą więcej urzekających zagrań, niż uzbieralibyśmy we wszystkich wcześniejszych meczach turnieju. To wręcz niesprawiedliwe, że zwycięską bramkę faworyci zdobyli dzięki kardynalnemu zaniedbaniu nigeryjskiej defensywy, ze zwykłego rzutu rożnego, bez udziału swego bohatera. Strzelił go raczej antybohater - przede wszystkim dla argentyńskich dziennikarzy, którzy są przeświadczeni, że Gabriel Heinze gra w kadrze głównie dlatego, że jego brat robi interesy z Maradoną.

To niesprawiedliwe, ale zarazem logiczne.

Kiedy Messi czule muska piłkę - albo kiedy prowadzi ją którykolwiek z jego rodaków - zbyt wielu partnerów nie rusza się niemal wcale, czekając, co będzie. Jeśli odłożyć wynik, czarne proroctwa na razie się spełniają - wracają ponure wspomnienia z kiepskich argentyńskich eliminacji, Maradona wciąż nie wymyślił, jak grać.

Jego ludzie w defensywie często reagują nieodpowiedzialnie, a w ofensywie bazują na zrywach wirtuozów. Kontrnatarcia wyprowadzają śmiertelnie niebezpieczne, atak pozycyjny tkają statycznie i przewidywalnie. Ich grze brakuje głównego wątku, co na tle Nigeryjczyków jeszcze nie uderzało w oczy, lecz w starciu z przeciwnikiem lepiej zorganizowanym może przywieść do klęski. Takim przeciwnikiem, który nie pozwoli sobie na luksus zwolnienia z zadań obronnych obu napastników. Takim, który uzna, że Argentyńczykom - zwłaszcza ich liderowi - na wszelki wypadek lepiej nie pozwolić oddychać pełną piersią przed polem karnym. W sobotę między ich obroną a pomocą całe lotnisko może i by się nie zmieściło, ale lądowisko dla helikopterów na pewno.

Drobniutki Messi czuł się tam swobodnie. Słyszeliśmy o Argentyńczyka dolegliwościach, obawialiśmy się, czy wydłużony o mundial sezon wytrzymają jego członki, przecież nadwrażliwe. - Wolałbym, żeby w Barcelonie traktowali go inaczej. Rozegrał pewnie ponad 50 meczów, a jak trener Guardiola kogoś zmieniał, to Hiszpanów. Tylko nasz chłopak zawsze biegał do końca - perorował Maradona.

Zapomniał, że to sam piłkarz tłumaczył katalońskiemu szkoleniowcowi, iż czuje się rewelacyjnie i nie ma ochoty schodzić z boiska wcale. Nic dziwnego,

ustanawiał rekord za rekordem.

Dla katalońskiego klubu gola strzelał średnio niemal co mecz. Z każdego wieczoru przy jupiterach czerpał rozkosz, nie tracił sił, lecz wzlatywał wyżej i wyżej.

W reprezentacji Argentyny (pomijam sparingi) ten sam Messi potrzebuje aż czterech-pięciu meczów, by wypocić bramkę. Tutaj nie wirują wokół niego ludzie, którzy każdym przemyślanym posunięciem starają się dać Messiemu komfort, czyli ciut miejsca na swobodne rozpoczęcie solowego show. Tutaj nie ma uporczywych, płynnych natarć, choć również Argentyna, jak Barca, stoi bajecznym talentem.

Mimo to Argentyńczyk pląsał w Johannesburgu na całego. Gdyby padał z wycieńczenia, nigeryjscy fani nie przyrastaliby ze strachu do krzesełek za każdym razem, gdy uderzał. Nie powiodłyby mu się niemal wszystkie dryblingi. Nie podawałby piłki z precyzją typową raczej dla obrońców, którzy imponującą statystykę celności wypracowują pod własnym polem karnym, wolni od presji przeciwnika i kopiący na odległość kilku metrów.

Dopiero w końcówce zaczął Messi zdradzać ludzkie cechy. Pomylił się aż kilka razy, powinien był ozdobić okazałą inaugurację bramką. Szkód na razie nie wyrządził. Dopiero w starciach decydujących, już po odbębnieniu formalności w słabej grupie, niezbędny może okazać się wyczyn maradoński w sensie ścisłym - dopadam piłki gdziekolwiek, choćby i pod własnym polem karnym, przytulam się, zapominam o bożym świecie i biegnę aż po samego gola.

Bo Diego nadal nie wygląda na trenera, który umie Messiemu pomóc.