Włochy - Paragwaj. Nowe twarze mistrzów świata

W poniedziałek w grupie F: Włochy - Paragwaj. Podstarzali, wypaleni, bez gwiazd, z kontuzjowanym rozgrywającym. Włochom wszyscy wmawiają, że czeka ich nieuchronna klęska. Za to u rywali obrońców tytułu - Paragwajczyków - euforia
Do turnieju Włosi przygotowywali się bliżej nieba niż którykolwiek z mundialowych konkurentów, w leżącym 2000 m n.p.m. Sestriere, żeby piłkarze bezboleśnie znieśli bieganie po wysoko położonych boiskach w RPA.

Teraz trenują w miejscowości Centurion, czyli na pustkowiu - rozległym płaskowyżu pod Pretorią. Panuje tam spokój absolutny, nawet pogoda wydaje się łagodniejsza.

Po zajęciach udają się do Casa Azzurra - tradycyjnie już najbardziej stylowego i eleganckiego pośród wszystkich mundialowych ośrodków - w którym rozmawiają z prasą. Na głównym dziedzińcu stół do świetlicowych piłkarzyków. Też niezwyczajny, długi, rączek do gry wystarczy dla całej kadry - od 23 powołanych piłkarzy, przez selekcjonera i asystentów, po masażystów. Jeśli się bawimy, to wszyscy.



Jedzenie leciało do RPA razem z nimi. 2,5 tony makaronu, 400 kg pomidorów, 200 kg parmezanu, 60 kg kawy, 200 litrów oliwy z oliwek, 100 kg wędlin w trzech odmianach. Nawet w kwestii ekspresu do kawy Włosi nie zaufali gospodarzom mundialu i zabrali swój. Jak zwykle zbudowali na wyjeździe swoją małą Italię. I jak zwykle uciekli od awantur,

skandali oraz skandalików,

przy których starali się wymyślić sposób, by wypaść godnie na mundialu.

Selekcjoner Marcello Lippi od miesięcy wysłuchuje, że nadmiernie przywiązał się do sławnych nazwisk, które noszą piłkarze dziś skończeni i wypaleni. Pomocnik Juventusu Claudio Marchisio musiał przysięgać, że zależy mu na jedności Włoch i szanuje hymn, bo zarzucono mu, iż przed sparingiem ze Szwajcarią zmienił jego słowa na obraźliwe dla mieszkańców Rzymu. Minister Roberto Calderoli apelował, by kadrowicze sami zaproponowali obniżkę mundialowych premii, bo trwa kryzys, a jego koszty muszą solidarnie ponosić wszyscy. Odpowiedział Fabio Cannavaro. - Żyjemy w śmiesznym kraju - wyparował 36-letni obrońca. I natychmiast dowiedział się od polityków, że na grę w kadrze nie zasługuje, że trener, gdyby podejmował racjonalne decyzje, powołałby innego weterana - Marco Materazziego.

Wyborów oczywistych Lippi niemal nie dokonywał, bo grupa ludzi pretendujących do kadry sprzeciętniała. Kandydatów przybyło, ale nie dlatego, że na murawy wybiegła nowa generacja znakomitości. Przeciwnie, selekcjoner we wszystkich formacjach ściera się z podobnymi dylematami - zaufać jeszcze raz doświadczonemu, lecz gasnącemu mistrzowi czy postawić na młodego, który żadnym poważnym międzynarodowym wyzwaniom nie podołał? Ewentualnie na postrzeleńca (Balotelli, Cassano), który stracić głowę może w każdej chwili - i podczas gry, i podczas treningu, i podczas śniadania?

Utratę jakości widać przede wszystkim w napadzie. Na poprzedni mundial pojechali Del Piero, Totti oraz Inzaghi, czyli postaci monumentalne, multirekordziści, których dokonania składają się z setek goli oraz tysięcy meczów - w hitach reprezentacyjnych, w europejskich pucharach, w szlagierach Serie A. Wspierał ich znajdujący się wówczas w fenomenalnej formie gladiator Luca Toni, dopiero na samym końcu czekał na swoją szansę Alberto Gilardino.



Ostatniego wciąż podejrzewa się, że onieśmielają go jupitery stadionów, na których toczą się mecze nad meczami - nawet jeśli w Fiorentinie nie zawodził. Ale teraz on rankingowi przewodzi. Jego konkurenci z ataku dzielą się na tych, którzy chcieliby jak najszybciej zapomnieć o minionym sezonie klubowym, oraz tych, którzy nie mają pojęcia, jak smakują wielkie międzynarodowe mecze. Vicenzo Iaquinta miesiącami się leczył i cierpiał z całym Juventusem powalonym kryzysem najgłębszym od dekad. Antonio Di Natale (król strzelców Serie A), Fabio Quagliarella oraz Giampaolo Pazzini to bohaterowie średnich klubów, którzy razem wzięci uciułali w kadrze... 10 bramek.

Sami piłkarze przyznają już, że nie ma pośród nich - zwłaszcza wobec kontuzjowanego, ścigającego się z czasem Andrei Pirlo - ani jednego wirtuoza, gwiazdora sławnego ponad granicami, który zwykł porywać tłumy, a nie tylko robić na boisku to, co do niego należy. To całkiem

nowa twarz reprezentacji Italii.

Niby notorycznie oskarżanej o wygrywanie kosztem spektaklu, ale zawsze przy zastrzeżeniu, że wypuszcza na murawę futbolistów bezdyskusyjnie wybitnych. Teraz Cannavaro, w 2006 roku gracza roku na świecie, nie trzeba namawiać, by oświadczył, że zamiast indywidualności obrońcy tytułu rzucą na szalę żądzę zwycięstwa i dumę mistrzów. To w ustach Włocha niezwykłe.

Paragwajczycy w swoich solistów wierzą. Oni, znani raczej ze zmasowanej defensywy, w mundialowej historii zostali zapamiętani dzięki tak zwalistemu jak charyzmatycznemu bramkarzowi José Chilavertowi. - W całej historii naszego futbolu nie dysponowaliśmy zestawem napastników tak mocnym, tak kompletnym. Mówię to z przekonaniem, pamiętając, jak dotkliwą stratą jest nieobecność Salvadora Cabanasa [postrzelonego w głowę]. Przyleciałem tutaj z reprezentacją silniejszą niż te, które prowadzili wszyscy moi poprzednicy - ostrzega rywali trener Gerardo Martino. A kiedy wypowiadał te słowa, nie wiedział jeszcze, że na inaugurację wyleczy się Oscar Cardozo (usiądzie dziś na ławce), który strzelił w minionym sezonie dla Benfiki Lizbona 25 goli... Za Martino przemawiają wyniki z eliminacji, wśród ofiar jego piłkarzy były Brazylia i Argentyna.

Lippi z entuzjazmem nie mówi nigdy. Mówi ze spokojem, ufa w perfekcyjnie zaplanowane przygotowania, przekonuje, że nie zaniedbał absolutnie niczego. I przypomina, jak ci, którzy gwałtownie krytykowali go przed czterema laty, wpychali się potem do karocy wiozącej złotych medalistów. Piłkarze brzmią jak echo swojego trenera. Zambrotta: - Przyzwyczaiłem się już, że nam, Włochom, przed każdym turniejem wmawia się, że nie umiemy.