MŚ 2010. Grupa C: Anglików sen o potędze nr 11. Grają z USA, Słowenią i Algierią

Jak zwykle jadą po zwycięstwo, jak zwykle mają gwiazdy. I jak zwykle boją się, że znów będzie klapa. Chytrze postawili jednak na włoskiego trenera, który nie zwykł przegrywać. Tym razem musi się udać.
Od prehistorycznego zwycięstwa na rozgrywanych u siebie MŚ w 1966 r. Anglicy przegrali już dziesięć mundialowych batalii, trzykrotnie w ogóle się do finałów nie kwalifikując. Najbliżej sukcesu byli w 1990 r., ale najpierw Stuart Pearce i Chris Waddle przestrzelili karne w półfinale z Niemcami, a potem marzenia o brązowym choćby medalu wybili Anglikom z głowy Roberto Baggio i Salvatore Schillaci.

44 lata upokorzeń - także na mistrzostwach Europy - na których reprezentacja nigdy nie dobiła do finału. Scenariusz upadku zawsze z grubsza podobny: niezłe eliminacje, pompowanie balonu, a potem efektowne spuszczanie z niego powietrza. Bramkarskie wpadki, głupie czerwone kartki, mizeria w ofensywie, nuda w środku pola, a w najlepszym wypadku złośliwość losu w postaci Maradony i jego "ręki Boga". W trofeach Anglicy równać mogą się z Albanią, San Marino i Polską. Oni też od czasów Beatlesów niczego nie wygrali.

Trudno uzmysłowić sobie skalę tego dramatu. Gehenny kraju, który jest gospodarczą i piłkarską potęgą. Gdzie prawa telewizyjne do ligi sprzedaje się za półtora miliarda funtów. Gdzie rodzą się przecież talenty grające w Chelsea, Liverpoolu, Arsenalu, Manchesterze United. Jasne, Premier League to największa na ziemi legia cudzoziemska, ale jednak Lineker, Barnes, Owen, Gascoigne, Beckham, Lampard, Shearer, Platt i wielu innych to porządni piłkarze, z paszportami jak najbardziej brytyjskimi.

Co z tego, skoro żaden trener nie potrafił poskładać z tych klocków medalowej drużyny. W 2001 r. federacja (FA) zdesperowana, że marnuje się "kolejne złote pokolenie", po raz pierwszy sięgnęła po zagranicznego szkoleniowca. Wybór Szweda Svena Görana Erikssona okazał się inwestycją drogą, ale chybioną. FA płaciła rocznie 4 mln funtów, on zrobił z Anglii najnudniej grający zespół w Europie. Na dodatek zamiast pracować, romansował na boku z kim popadnie, a pensję pobierał bezczelnie przez dwa Euro i jeden mundial.

Teraz wreszcie ma być dobrze, zwycięsko, bo po kolekcjonerze remisów Erikssonie i flegmatycznym Stephenie McClarenie Anglicy zagrali va banque i zatrudnili Fabio Capello. Wielkie włoskie nazwisko, które nie zwykło przegrywać. Jego projekty w Juventusie, Romie czy Realu Madryt wieńczyły zawsze efektowne sukcesy, wyszarpywane często mimo nielichych przeciwności losu. Najbardziej przekonujący jako spec od mokrej roboty był chyba w Madrycie, gdzie dwukrotnie miał pod sobą rozkapryszone gwiazdki, a nad sobą prezesów megalomanów, ale mimo to zdobywał mistrzostwo Hiszpanii.

Capello początkowo był bardziej śmieszny niż straszny. Jego pokraczny angielski szybko zszedł jednak w cień. Anglicy zaczęli bowiem harować na treningach, grali ładniej, a przy tym ciągle zwyciężali. Z McClarenem w eliminacjach Euro 2008 przegrali z Chorwacją 0:2 i 2:3. Z Capello rozbili ją 4:1 i 5:1. Włoch w drużynie wprowadził dyscyplinę, zakazał PlayStation, przepędził z hoteli żony i dziewczyny, srogo karał za spóźnienia. Wszystkie posiłki obowiązkowo piłkarze jedzą wspólnie, a do trenera mówią wyłącznie "Sir" lub "Mr Capello". Ze zgrai gwiazdorków Anglicy przeistoczyli się w karne wojsko. Eliminacje wygrali w cuglach.

Na MŚ zagrają bez kontuzjowanych Beckhama i Rio Ferdinanda, ale Capello odkrył dla kadry Garetha Barry'ego. Miał odwagę nie brać Theo Walcotta. W życiowej formie jest Rooney. Prasa Włocha kocha. Nic, tylko złamać klątwę i wygrać mundial, po 44 latach. Proste? Mr Capello, nie takie rzeczy już pan robił.

Wyjście z grupy nie powinno być trudne, choć już w pierwszym meczu Anglicy zagrają z USA. Drużyną wartą uwagi, bo też mierzącą w mistrzostwo świata, tyle że mierzącą po cichu. Mało kto dziś pamięta, że po MŚ w 1994 r. szefowie US Soccer stworzyli plan, by do 2010 r. zdobyć tytuł na mundialu. I skrupulatnie go realizują. Zwielokrotnili liczbę piłkarzy, boisk, zaimportowali setkę trenerów, potem wyhodowali własnych, zbudowali system szkolenia młodzieży, stworzyli zawodową ligę, w której gra Beckham. Przestrogą, że kolos staje na nogi, musiał być zeszłoroczny Puchar Konfederacji, którego Amerykanie o mało nie wygrali. W finale prowadzili z Brazylią 2:0, przegrali 2:3 po dogrywce i szaleńczej pogoni Canarinhos. Trener Bob Bradley nie jest słynny jak Capello, ale też ma do walki karne wojsko - bez wielkich nazwisk, ale niezmordowane, silne fizycznie, doskonale zgrane i ambitne. Kto pamięta igrzyska w Pekinie i to, co zrobili Amerykanie w turnieju siatkarskim, musi być czujny.

Słowenia wyprzedziła w eliminacjach m.in. Polaków, co wyznacznikiem klasy światowej nie jest. Trudno wierzyć, że drużyna, w której znalazło się nawet miejsce dla piłkarza Wisły Kraków (Andraż Kirm), może zagrozić potędze starej i nowej, czyli Anglii i USA. W debiucie w 2002 r. Słoweńcy nie wygrali na MŚ meczu, teraz może powalczą z najsłabszą Algierią o honorowe punkty.