Sport.pl

MŚ 2010. Wywiad z RPA: Jak grało się w czasach apartheidu

Czternaście lat temu, po upadku apartheidu, wykluczona z międzynarodowych zawodów sportowych Południowa Afryka triumfalnie wróciła na światowe stadiony. W rozgrywanych po raz pierwszy w RPA mistrzostwach Afryki w piłce nożnej południowoafrykańska drużyna zdobyła Puchar Narodów Afryki. Kapitan ?złotej drużyny? pomocnik Neil Tovey odebrał trofeum z rąk Nelsona Mandeli.
Wojciech Jagielski: Pamięta pan tę chwilę?

Neil Tovey: Przechodzą mnie dreszcze, ilekroć o tym myślę.

Przez wszystkich lekceważeni zostaliście mistrzami.

- Nie stało się to wcale tak z dnia na dzień. Po latach izolacji, w 1992 r., gdy białe władze wypuściły z więzienia Mandelę i zaczęły demontować apartheid, przywrócono nas do międzynarodowych rozgrywek. Pierwszy zagraniczny mecz zagraliśmy z Zimbabwe. Do turnieju o Puchar Narodów Afryki w 1994 r. nie udało nam się zakwalifikować. Nie wiadomo, czy udałoby się nam wejść i w 1996 r., ale Kenia, która miała organizować zawody, ogłosiła, że nie podoła. A na nowego gospodarza wybrano RPA. Nie musieliśmy startować w eliminacjach, choć zdążyliśmy rozegrać w nich kilka meczów. To przetarcie bardzo się nam przydało. Im dłużej i więcej ze sobą graliśmy, tym lepszą tworzyliśmy drużynę. Trenerowi Clive'owi Barkerowi udało się stworzyć z nas zgrany zespół. Znaliśmy się zresztą wszyscy bardzo dobrze, bo przecież przez tyle lat mogliśmy grać wyłącznie między sobą.

Świadomość, że nigdy nie zagra pan w międzynarodowym turnieju, nie zniechęcała pana do piłki nożnej? Futbol uważany był w RPA za sport czarnych. Ulubioną dyscypliną białych było rugby i krykiet.

- Nasi rugbiści i gracze krykieta też nie mogli przecież startować w międzynarodowych zawodach. A mnie od dziecka ciągnęło do futbolu.

Jak w podzielonym rasowo kraju grało się w piłkę nożną?

- Do 1978 r. każdy miał swoją ligę. Biali mogli grać tylko w białych drużynach i tylko między sobą, podobnie czarni, Azjaci, mulaci. Dopiero w 1978 r. władze zezwoliły, by piłkarze z różnych ras mogli grać w tych samych drużynach i tych samych rozgrywkach. Pod tym względem piłka nożna w RPA zdecydowanie wyprzedzała inne dziedziny życia. Apartheid zniesiono dopiero w roku 1994.

Mogliście razem grać, ale czarnym nie wolno było mieszkać, a nawet przebywać bez specjalnych zezwoleń w dzielnicach przeznaczonych dla białych. Segregacja rasowa obowiązywała też w hotelach. A pana, białego piłkarza, czarni kibice witali wyłącznie oklaskami.

- Przepisy apartheidu obchodziliśmy, jak tylko było można. Podczas wyjazdowych meczów wypełnialiśmy lipne meldunki w hotelach. Jako piłkarz z wrogością spotykałem się nie z powodu koloru mojej skóry, ale barw koszulki, jaką nosiłem. Przez wiele lat grałem w drużynie Kaizer Chiefs z Soweto. Między naszymi kibicami i zwolennikami naszych lokalnych rywali z Orlando Pirates przez wiele lat toczyła się najprawdziwsza wojna, w której ginęli ludzie. Kibice "Piratów" widzieli we mnie wroga nie dlatego, że byłem biały, tylko dlatego, że nosiłem żółte barwy "Wodzów". Naszym cichym kibicem był Nelson Mandela.

Ale biali kibice piłki nożnej nie zapuszczali się raczej na piłkarskie stadiony w czarnych przedmieściach Soweto czy Mamelodi.

- To prawda, wielu białych kibiców odeszło z tego powodu od futbolu.

Nie mogliście też grać w ligach zagranicznych.

- Południowoafrykański paszport był wilczym biletem. Żadna zagraniczna drużyna nie mogła podpisać z nami kontraktu, bo oznaczałoby to złamanie międzynarodowych sankcji przeciwko apartheidowskiemu rządowi. Niektórzy z naszych piłkarzy wynajdywali zagranicznych przodków i ubiegali się o obce paszporty. Mając je, mogli podpisywać zagraniczne kontrakty. Graliśmy między sobą, nie bardzo wiedząc, jak wypadlibyśmy w konkurencji z innymi. Zresztą tych innych nie mogliśmy nawet oglądać. Telewizja pojawiła się w RPA dopiero w 1976 r.

Upadek apartheidu oznaczał dla was naprawdę wolność.

- Nagle znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie, pojawiły się możliwości, o których mogliśmy tylko marzyć. Teraz marzenia mogły się ziścić.

I ziszczały. Najnowsza sportowa historia RPA przypomina niemal baśń. W 1995 r. w RPA przeprowadzone zostają mistrzostwa świata w rugby, ukochanym sporcie Afrykanerów, twórców i beneficjantów apartheidu. Południowoafrykańska drużyna wygrywa, a pierwszy czarny prezydent kraju Nelson Mandela, przebrany w znienawidzoną przez czarnych zielono-żółtą reprezentacyjną koszulkę, wręcza puchar kapitanowi zwycięskiej drużyny białemu graczowi François Pienaarowi. Kibice wiwatują. Rok później wasza "złota drużyna" wygrywa mistrzostwo Afryki w piłce nożnej. Znów Mandela, znów puchar, znów biały kapitan. Czarni kibicowali drużynie białych rugbistów, biali trzymali kciuki za piłkarzy.

- To były niezwykłe czasy. Po upadku apartheidu zapanowała euforia, która udzieliła się wszystkim. Nie żeby wszyscy byli zachwyceni, że apartheid upadł. Byli szczęśliwi, bo przepowiadano, że po jego upadku w kraju wybuchnie wojna domowa. Nie tylko nie doszło do tragedii, ale ludzie, szczerze, próbowali się ze sobą pojednać, do czego przekonywał Mandela. Sam dał przykład, wyrzekając się zemsty za 27 lat więzienia. To udzieliło się także nam, sportowcom. Myślę jednak, że gdyby rugbiści nie wygrywali, czarni nie kibicowaliby im. Tak samo jak Afrykanerzy nie kibicowaliby nam, gdybyśmy przegrywali mecz za meczem. To nasze wygrane sprawiły, że cały kraj stawał się naszymi kibicami.

W 1994 r. w eliminacjach pokonaliście Kamerun 3:0, Angolę 1:0 i przegraliście z Egiptem 0:1. W ćwierćfinale wygraliście 2:1 z Algierią, w półfinale pokonaliście 3:0 Ghanę, a w finale 2:0 Zambię. Z mistrzostw wycofała się co prawda obrończyni tytułu Nigeria (w proteście przeciwko wykluczeniu jej z Brytyjskiej Wspólnoty Narodów za rządy wojskowych dyktatorów), ale okazaliście się lepsi niż Rigobert Song, Marc-Vivien Foe, Samuel Kuffour, Tony Yeboah, Abedi Pele czy Kalusha Bwalaya.

- Byliśmy naprawdę mocni. Lucas Radebe i Phil Masinga grali już w Leeds, Mark Williams, strzelec obydwu goli z finału w 1994 r. w Wolverhampton. Mark Fish miał wkrótce podpisać kontrakt z Boltonem, a Shaun Bartlett z Charlton. A byli jeszcze przecież tacy gracze, jak: nasz bramkarz Andre Arendse, Eric Tinkler, "Doctor" Khumalo czy John "Shoes" Moshoeu. W 1998 r. w Pucharze Narodów Afryki odpadliśmy dopiero w półfinale, za to po raz pierwszy zakwalifikowaliśmy się do finałów mistrzostw świata we Francji.

A dzisiejsza drużyna RPA nawet nie zakwalifikowała się do finałów mistrzostw Afryki i uważana jest za najsłabszą ze wszystkich drużyn, jakie w czerwcu zagrają w mistrzostwach świata.

- Zmarnowaliśmy tamte sukcesy. Nasi piłkarscy działacze wprowadzili organizacyjny bałagan. Dzisiejsi piłkarze nie mają naszej motywacji do gry, naszej pasji i determinacji. Są zaślepionymi pieniędzmi minimalistami, a dodatkowo psują ich dziennikarze. Jeden czy drugi piłkarz zagra kilka dobrych meczów, strzeli kilka bramek, a żądne sensacji gazety zaraz ogłaszają go nowym Maradoną.

Pele przepowiadał kiedyś, że afrykańska drużyna zostanie mistrzem świata jeszcze w XX wieku. Do tej pory jedyne afrykańskie sukcesy na mistrzostwach świata to awans do ćwierćfinałów Kamerunu w 1990 r. i Senegalu w 2002 r. Jak będzie w 2010 r.?

- To, że mistrzostwa odbędą się w Afryce, oczywiście naszym drużynom pomoże. Będą u siebie w domu. Jednak mecze będą rozgrywane zimą. W czerwcu temperatura w RPA potrafi spadać do kilku stopni, a nocami zdarzają się przymrozki. Mocną drużynę ma Wybrzeże Kości Słoniowej i może zajść bardzo daleko. Najpierw jednak musi wyjść z wyjątkowo trudnej grupy, w której gra z Portugalią, Brazylią i Koreą Północną. Groźna może być Nigeria, która ma wielu ciekawych graczy, a także Ghana, jeśli jej najważniejsi zawodnicy - Appiah, Essien czy Muntari - nie nabawią się jak ostatnio kontuzji. Kamerun od dłuższego czasu nie robi na mnie wrażenia, muszą odmłodzić drużynę.

A RPA?

- Gramy z Francją, Urugwajem i Meksykiem. Wielkim sukcesem będzie, jeśli wyjdziemy z grupy. Wszystko rozstrzygnie się dla nas podczas pierwszego meczu, który na otwarcie mistrzostw gramy z Meksykiem. Do tej pory drużyny gospodarza imprezy zawsze wychodziły z grupy. Byłoby przykro, gdybyśmy właśnie tak zapisali się w historii turniejów.

Wygrane przez RPA mistrzostwa świata w rugby w 1995 r. stały się tematem filmu "Invictus", w którym Morgan Freeman gra Nelsona Mandelę, a Matt Damon kapitana drużyny François Pienaara. Nie żal panu, że film nie opowiada o pańskiej "złotej drużynie", i to nie pan jest bohaterem?

- Ten film opowiada głównie o Mandeli, który powinien być prezydentem całego świata. Gdyby tylko takiego wybierano.

Więcej o: