Henryk Kasperczak: jest na mnie nagonka, ale może da się przetrwać, przeczekać

- Tak naprawdę zwolnił mnie zięć byłego prezydenta, Ben Alego. Chciał mi narzucić, kto ma grać, jaką mamy mieć taktykę. Trochę udawałem głupka, niby się z nim zgadzałem, a później robiłem swoje. Zemścił się - mówi Henryk Kasperczak, wspominając, jak stracił pracę w roli selekcjonera reprezentacji Tunezji w 1998 roku, podczas MŚ we Francji. Czy teraz zostanie zwolniony po raz drugi, mimo że jest na najlepszej drodze do awansu na MŚ 2018 w Rosji?




Łukasz Jachimiak: Przez dwa dni pisano, że żegna się Pan z reprezentacją Tunezji, a Pan tłumaczył, że dopiero odbędą się decydujące rozmowy. Spotkania z szefem federacji już za Panem?

Henryk Kasperczak: Tutejsi dziennikarze niepotrzebnie zrobili zamieszanie. Jeszcze przed rozmowami stwierdzili, że zostałem zwolniony. A Polacy to powtórzyli. W piątek rozmawiałem z prezesem dwa razy, w sobotę jeszcze raz i czekam na decyzję. Sytuacja jest trudna, jest na mnie niesamowita nagonka. Przegraliśmy niedawno z mistrzem Afryki Kamerunem i z Marokiem po 0:1 i prasie bardzo urosło ciśnienie. A federacja musi się z nią liczyć, bo przechodzi trudny czas.

To były mecze towarzyskie, w których zabrakło Panu sześciu ważnych zawodników. W eliminacjach MŚ 2018 gracie w ostatniej fazie i po dwóch z sześciu meczów macie komplet sześciu punktów. Trudno zrozumieć tę, jak Pan mówi, nagonkę.

- I ja tego nie rozumiem. Nie wiem skąd to się wzięło. Na pewno działaczom i części dziennikarzy nie podoba się to, że na pewne rzeczy nie chcę się zgadzać.

Na co konkretnie?

- Po Pucharze Narodów Afryki osłabiono mi zespół. Zawieszeni zostali dwaj zawodnicy - Wahbi Khazri i Ferjani Sassi - na co ja się nie zgadzałem. Oni mimo wszystko dali mi w tamtym turnieju wielką satysfakcję. A że źle się zachowali [Khazri schodząc z boiska nie podał trenerowi ręki, a Sassi po spotkaniu skrytykował kolegów z drużyny i sztab] wobec porażki z Burkina Faso w ćwierćfinale? To się zdarza. Chciałem, żeby w stosunku do nich zastosowano inne sankcje. Działacze się na to nie zgodzili. Zawiesili mi dwóch bardzo dobrych zawodników, poza tym chcieli, żebym spróbował nowych graczy, żebym najlepiej zrezygnował z połowy składu, który grał w Pucharze Narodów Afryki. W Tunezji nie ma wielkich gwiazd, ze średniaków zbudowaliśmy kolektyw i teraz mamy budować od nowa? W takim momencie? Bez tych wybijających się zawodników przegraliśmy dwa mecze po 0:1. Z mocnymi rywalami, z którymi wcale nie zagraliśmy źle. Nie poszło nam, ale walczyliśmy, mimo że graliśmy drużyną trochę rezerwową. Ale wyniku nie ma, a tutaj się wynik niesamowicie liczy. Nieważne, że to były tylko mecze towarzyskie. Cały futbol w Tunezji przeżywa teraz wielkie kłopoty. Co tydzień w lidze są wielkie bitwy na stadionach, piłce cały czas towarzyszy agresja. Prezes jest w bardzo złej sytuacji. Wszyscy chcieliby czerpać siłę i spokój z reprezentacji, więc drużyna narodowa powinna wygrywać wszystko. Tak się nie da, ale chyba szukają winnych idąc najpierw od reprezentacji.

Czyli prezes federacji chce Pana zwolnić i już tylko negocjujecie warunki rozstania?

- Powiedział, że moja pozycja jest zagrożona, że jest bardzo duże ciśnienie, żeby wprowadzić kogoś innego na moje stanowisko. Prezes nie jest przekonany, że trzeba zmiany, widzę, że chce wiedzieć, co ja czuję, co o tym wszystkim myślę, czy jestem mocny. Teraz z rozmów ze mną ma zdać raport zarządowi i razem podejmą decyzję.

Nie kusi Pana, żeby to po prostu zostawić, żeby już na nic nie czekać?

- Jestem zawodowym trenerem, w takich sytuacjach muszę zachowywać spokój. Różnie już w życiu bywało. Tu osiągnąłem na razie wszystkie postawione cele. W Pucharze Narodów Afryki dotarliśmy do ćwierćfinału, po drodze pokonując mocniejszą Algierię. W eliminacjach MŚ doszliśmy do ostatniej fazy, po dwóch meczach mamy sześć punktów, sytuacja jest komfortowa, bo sześć ma też Demokratyczna Republika Konga, a Gwinea i Libia są bez punktów. Na przełomie sierpnia i września mamy dwumecz z Demokratyczną Republiką Konga, te spotkania zapewne zdecydują, kto wywalczy awans. Wszystko mamy w swoich rękach i nagle powstała ta niepotrzebna zawierucha. Przegraliśmy po 0:1 z dwiema czołowymi drużynami Afryki, i jest niesamowite zamieszanie. O co? Szkoda, ale można to przetrwać, przeczekać. Żal rezygnować z walki o mundial w Rosji. Chciałbym tam jechać z Tunezją i najlepiej spotkać się z reprezentacją Polski.

Jest Pan przekonany, że Polska w Rosji zagra?

- Oczywiście. Bardzo mi się podoba gra naszej kadry. Adam Nawałka stworzył dobry, ambitny zespół. I odnalazł dla drużyny narodowej Roberta Lewandowskiego w jego najwyższej formie z klubu. On robi tę różnicę, dzięki której zespół wychodzi z trudnych sytuacji. Już nawet nie będę mówił, że taki Robert przydałby mi się w Tunezji, bo komu on by się nie przydał? Niemcy, Francuzi, wszyscy by go chcieli. To największa światowa gwiazda. Jak kiedyś Włodek Lubański, Grzesiu Lato, Andrzej Szarmach, Kazimierz Deyna. Jak teraz strzelił Czarnogórze z wolnego, to przypomniał mi się gol Deyny bezpośrednio z rzutu rożnego wbity Portugalii. To był mecz eliminacji MŚ 1978, bez tego gola moglibyśmy się nie zakwalifikować do finałów. Teraz do finałów MŚ prowadzi nas Lewandowski. Ale muszę też oddać innym to, co im się należy. Bardzo, bardzo wysoko oceniam naszych bramkarzy, obojętnie który z nich jest w wyjściowym składzie. I bardzo cenię Kamila Glika, który kieruje obroną, jest dzisiaj fundamentem zespołu. A liczę, że z trudnej sytuacji podniesie się jeszcze Grzegorz Krychowiak, bo on też niedawno tworzył kręgosłup drużyny. Mamy bardzo fajny zespół, z dobrą atmosferą, co widać. Chłopcy są ambitni, a Adam Nawałka i jego ludzie wszystko świetnie trzymają. Adamowi trzeba oddać, że kiedy wziął reprezentację, to miał do dyspozycji średniaków. I pomógł im stać się lepszymi piłkarzami. Tak złożył drużynę, że oni się pokazali, wypromowali, poprzechodzili do lepszych klubów.

Pana nazwisko wiele razy padało w kontekście reprezentacji Polski, a chyba naprawdę blisko jej objęcia był Pan wtedy, kiedy odnosił sukcesy z Wisłą Kraków?

- Raz kadrze odmówiłem, właśnie wtedy, kiedy byłem trenerem Wisły. Później moje nazwisko pojawiało się już tylko po to, żeby wykazać, że jest więcej kandydatów niż tylko ten, który zostanie wybrany. Kiedy postawiono na Franciszka Smudę czy Waldemara Fornalika, to moje nazwisko pojawiało się po to, żeby pokazać, że się ze mną liczą, ale się nie liczyli.

To Pan odmówił kadrze, czy raczej szef Wisły Bogusław Cupiał nie pozwolił Panu odejść?

- Nie, nie, prezes Cupiał się zgodził, ja nie chciałem jednocześnie prowadzić i klubu, i kadry. Nie ma co się rozdrabniać, trzeba się skoncentrować na swojej pracy, dwóch srok za ogon nie można ciągnąć. Wisłę wtedy naprawdę świetnie mi się prowadziło.

Tylko że wkrótce sprzedano Panu niektórych ważnych piłkarzy i po wpadkach w pucharach w dziwnych okolicznościach Pana pożegnano. Żałuje Pan tamtej decyzji?

- A czy ja wiedziałem, że mi Wisła sprzeda zawodników? Na tym polega życie, że podejmuje się decyzje. Dobre i złe. Taki jest los człowieka. Ale Wisłę w sumie wspominam dobrze, bo jednak odniosłem z nią sporo sukcesów.

Co uważa Pan za swój najlepszy wynik w trenerskiej karierze?

- Na szczęście jest tego trochę. Z Metz zdobyłem Puchar Francji, w finale tych rozgrywek byłem dwa razy, we Francji przepracowałem 18 lat, zdobywałem tytuł trenera roku, Montpellier potrafiłem doprowadzić do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów, miałem duże sukcesy. Oczywiście byłem też zwalniany. Ze Strasbourga i z Wisły.

I z Tunezji, w 1998 roku, po dwóch meczach finałów MŚ.

- No tak, to było bardzo dziwne, już przed turniejem atmosfera stała się trudna do zniesienia. Miałem wtedy dużo sporów z ludźmi, którzy byli przy władzy w kraju i wtrącali mi się do prowadzenia drużyny. Tak naprawdę zwolnił mnie jeden człowiek, dzisiaj już mogę o tym mówić. To był zięć byłego prezydenta, Ben Alego. On chciał mi narzucić, kto ma grać, jaką mamy mieć taktykę. Trochę udawałem głupka, kiedy rozmawialiśmy. Niby się z nim zgadzałem, a później robiłem swoje, czyli oficjalnie jednak się nie zgadzałem. Nie mógł mi tego zapomnieć. I zemścił się, kiedy miał okazję. Najpierw prezesa federacji sobie ustawił, jak chciał. Tuż przed mundialem powiedziałem prezesowi, że chcę zostać z kadrą Tunezji na dłużej, ale chcę to załatwić przed mistrzostwami, bo mam kilka propozycji i nie chcę odmówić, wierząc Tunezyjczykom na słowo i później zostać na lodzie. Upierałem się, bo kiedyś już tak miałem, że kontaktowali się ze mną m.in. Bernard Tapie z Marsylii i Jean-Michel Aulas z Lyonu, ja im odmówiłem, będąc pewnym, że podejmę pracę w innym miejscu, a ci z którymi byłem umówiony, wycofali się i stałem się bezrobotnym. Tunezyjczycy tak długo mnie wtedy zwodzili, że w końcu podpisałem umowę z Bastią. Zrobiłem to już w czasie mistrzostw świata. Zorganizowałem konferencję i powiedziałem, że zdecydowałem się zadbać o swoją przyszłość. Tunezyjczycy się wkurzyli, ale czekali na wyniki. Jak żeśmy przegrali z Anglią 0:2 i z Kolumbią 0:1, to zięć prezydenta rozpierniczył wszystko, nie dokończyłem prowadzenia drużyny na turnieju.

Pomyślałby Pan wtedy, że jeszcze kiedyś poprowadzi Tunezję?

- A gdzie tam. Niby nie jestem człowiekiem, który się zarzeka, że czegoś nie zrobi, ale wtedy na pewno bym nie pomyślał, że wrócę. Dwa lata temu dostałem ofertę od nowych ludzi, bo władze federacji się zmieniły. A pomijając końcówkę, ten pierwszy okres pracy w Tunezji wspominam bardzo dobrze. Trafiłem do niej na własne życzenie, bo po doprowadzeniu Wybrzeża Kości Słoniowej do trzeciego miejsca w Pucharze Narodów Afryki w 1994 roku miałem ofertę pozostania w tym kraju i dostałem jeszcze kilka innych propozycji, z których najbardziej spodobała mi się ta tunezyjska. Zostałem selekcjonerem i dyrektorem, który miał zbudować poważną piłkę. Osiągnąłem duże sukcesy. Dzięki Tunezji jako trener pojechałem na igrzyska olimpijskie i na MŚ, grałem w finale Pucharu Narodów. To chyba były moje największe sukcesy w karierze. Teraz, po 20 latach, widzę, że bardzo dużo się zmieniło w mentalności Tunezyjczyków. Kraj przechodzi bardzo trudny czas, jest problem ekonomiczny, polityczny i to rzutuje na wszystko, również na sport. Nie ma w narodzie optymizmu.

Mówił Pan, że osiąga wszystkie wyznaczone cele, a może jednak w Pucharze Narodów Afryki tak nie było, bo po tym jak odpadliście w ćwierćfinale media po raz pierwszy pisały, że Pan odchodzi?

- Było zamieszanie, ale nie takie jak teraz. Reprezentacja zrobiła taki wynik, na jaki było ją stać. Gdyby miała szczęście, mogłaby dojść dalej, ale my nie mamy drużyny na mistrza, na finał, a nawet na półfinał. Mam bardzo duże problemy ze znalezieniem dobrych zawodników, bo w swoich europejskich zespołach Tunezyjczycy prawie w ogóle nie grają. Ale piłka to gra kolektywna, składam zespół, jak mogę i generalnie nie zawodzimy. Tylko że w związku coraz mocniejsza staje się opozycja, federacja jest tak krytykowana, jak kiedyś Polski Związek Piłki Nożnej. Prawda jest taka, że czy ja odejdę, czy zostanę, to tu cały czas będzie niespokojnie. Niestety, Tunezja przeżywa zły czas. W piątek premier wezwał do siebie prezesa, bo się boi o bezpieczeństwo ludzi na stadionach. Agresja jest niesamowita. Wokół tunezyjskiego futbolu zrobiło się bardzo gorąco. I dlatego od reprezentacji oczekuje się, że będzie dawała odetchnąć, że po jej zwycięstwach chociaż na chwilę będzie spokój. Teraz go nie daliśmy i jest zawierucha.

W lipcu skończy Pan 71 lat - rodzina nie namawia, żeby Pan odpuścił, znalazł sobie spokojniejszą pracę albo już odpoczął od piłki?

- Moja żona za dobrze mnie zna, żeby takie rzeczy mówić (śmiech). Jesteśmy razem już prawie 50 lat. Jak zawsze w Afryce jestem sam, ale często jeżdżę do Francji, bywam też w Polsce. Moja żona do Afryki nigdy nie chciała przyjechać na stałe, oczywiście przyjeżdża tu do mnie i odjeżdża, tak jak ja przyjeżdżam do niej. Piłka to moja pasja, w Afryce mnie cenią, a ja się tu odnajduję. Oczywiście życie rodzinne jest ważne, pewnie że jest przyjemnie być dziadkiem, zwłaszcza że wnucząt mam już siedmioro, ale pasja to pasja. A dzięki wnukom żona nie jest teraz tak samotna jak wtedy, kiedy prowadziłem Tunezję po raz pierwszy. Tyko wówczas tak naprawdę na długo osiadłem w Afryce. Inne kraje ściągały mnie raczej po to, bym zrobił szybki wynik. Teraz miało być jak kiedyś w Tunezji. Myślałem, że popracuję dłużej. Zresztą, może jeszcze tak będzie.

Słyszałem, że bez względu na decyzję szefów tunezyjskiej federacji lada dzień przyleci Pan do Polski. Po co?

- Będę w środę w Warszawie. Przyjadę na konferencję zapowiadającą mecz charytatywny między mistrzowską reprezentacją Brazylii a drużyną gwiazd, którą mam poprowadzić. Więcej na razie nie powiem, nie będę wychodził przed szereg, ale zapowiada się bardzo ciekawe spotkanie.

Jeśli zgłosi się do Pana prezes któregoś z klubów polskiej ekstraklasy, to podejmie Pan rozmowy?

- W naszych klubach sytuacja bywa podobna do tej z afrykańskich drużyn. Ale w piłce jest tak, że to, co się myśli dzisiaj, nie jest prawdą jutro. Do środy moja sytuacja w Tunezji już się pewnie wyjaśni i liczę się z tym, że na konferencji w Warszawie takie pytanie od dziennikarzy dostanę. Wtedy odpowiem.